Zapraszam również na mój blog motocyklowy

Zapraszam również na mój blog motocyklowy: http://motocyklistka.xemantic.com/

środa, 30 grudnia 2009

Jeśli umierasz, nie ciągnij za sobą innych.

Równo osiem lat temu, pod Szpiglasową przełęczą dwóch ratowników TOPR zginęło pod lawiną. Szli na ratunek dwóm turystom, którzy mimo ostrzeżeń wyszli w góry i zginęli pod śniegiem.
Parę dni temu w Dolomitach stało się to samo. Dwóch nierozważnych turystów, czterech ratowników, lawina.

Ratownicy są niezwykłymi ludźmi. Znam ich kilku osobiście. Są etyczni, odpowiedzialni, niezawodni, oddani swej pracy-pasji. Ale nie to jest kluczem do ich działania. Jakżeż ogromną miłością trzeba kochać ludzi jako takich, żeby być tak zawsze w gotowości ratować ich - najczęściej nie sobie podobnych wytrawnych górskich wędrowców, ale właśnie ceprów, bezmyślnych, źle przygotowanych, poszkodowanych na skutek własnej głupoty, przecenienia własnych możliwości. Jak trzeba kochać ludzi, by iść w te góry, najczęściej w śnieżycy lub ulewie, w nocy, kilometrami wspinać się pod górę, godzinami stać na stanowisku asekuracyjnym. Efektowne kinowe akcje ze śmigłowcem to rzadkość na tle codzienności, jaką jest znoszenie z ceprostrady ziomków którzy skręcili kostkę, bo poszli w góry w klapkach lub adidaskach.
Nie jest łatwo spotkać ludzi tak wartościowych, tak wiernych swemu powołaniu jak ratownicy górscy. A to właśnie oni giną na skutek czyjejś głupoty. Boże, jak to boli.
Czy bolało ich tam, pod śniegiem?

______________________________________________________
ps. parę godzin po tym jak to napisałam - kolejne ofiary lawiny wywołanej prawdopodobnie przez samych turystów.

niedziela, 27 grudnia 2009

Amplifikator (nie)obecności

Przez te całe święta i bardziej nas boli obecność tych, z którymi chcielibyśmy nie mieć nic wspólnego, i brak tych, z którymi już nigdy nie przytulimy się na tym świecie.



To już drugie święta bez Joli.

________________________________________________

Niedziela Świętej Rodziny

...no to sobie idę rodzinnie z Alankiem do Dominikanów. Alanek nie lubi dziecięcego akwarium za szybą, więc sobie powolutku, bezgłośnie chodzi po labiryncie przejść między ławkami, ogląda świeczki, choinki. No a ja za nim jak owczarek za jagnięciem.
Zamiest kazania List Episkopatu do rodzin, napisany tak jakby ludzie byli debilami, czy raczej jakimiś robotami, którym wrzuca się polecenia. Róbcie to! Nie róbcie tego! Żyjcie tak, jak wam mówimy! To jest dobre, to jest złe, kropka. Broń Boże zastanawiać się dlaczego.
Pomiędzy licznymi bredniami i taka: "W tym miejscu należy przypomnieć o odpowiedzialności rodziców za właściwe przeżywanie narzeczeństwa przez ich dzieci. Nie da się z wiarą pogodzić przyzwolenia na grzeszne życie narzeczonych". W jaki niby sposób? Narzeczeni to z reguły ludzie już dorośli, w jaki sposób rodzice mogliby im na cokolwiek zezwalać lub zabraniać??? Do jakiego wieku, panowie biskupi, można się wpieprzać dziecku w życie, waszym zdaniem? No i taki Polak-katolik, jak wspomniany przeze mnie parę dni temu, słucha tego, i myśli: "Czyli jednak dobrze zrobiłem że syna k*rwami obrzuciłem".
Biskupi traktują dorosłych ludzi, wiernych, dokładnie w ten sposób, jak Polak-katolik syna. Jak durnia. Zero psychologii. Nakazy-zakazy. Nie że tam dawanie świadectwa, przykładu, proponowanie swych wartości i szanowanie wyborów. Ale: ty nie myśl, ty rób co ci każę, bo to ja wiem lepiej. Nie liczysz się, nie masz godności i podmiotowości którą powinienem szanować. Właściwie to śmieciem jesteś.
Chodzę sobie w potoku głupot za moim "wyrazem dojrzałości miłości małżeńskiej", a jakaś baba w wieku emerytalno-rentowym jadowicie do Alanka: "A dlaczego ty nie stoisz w jednym miejscu?!" Ale szkoda mi było nerwów, by powiedzieć babsztylowi: "Bo Pan Bóg tak stworzył małe dzieci, że nie potrafią stać w miejscu. Jak będzie stary to sobie będzie stał". I jeszcze, że jak sobie od dziecka skojarzy kościół z gwałceniem jego natury, z miejscem opresywnym i nudnym, to Boga w tym miejscu doświadczał nie będzie.
Dusza jest więzieniem dla ciała.

czwartek, 24 grudnia 2009

Czas święty


Pomiędzy szałem komercji a resentymentem narzekania na nią przywołujemy przebrzmiałe formy, bezskutecznie usiłując odtworzyć zmitologizowane naszą pamięcią treści. Zgorzkniali doświadczeniem życia, zranieni i rozczarowani przez ludzi, daremnie próbujemy odtworzyć zapach naszego dzieciństwa.



Żywimy nadzieję, że chociaż tego dnia ludzie będą mówili ludzkim głosem, więc otwieramy się na nich naszą miękką nieopancerzoną stroną by znowu doświadczyć, że nikt tak nie potrafi skrzywdzić i zawieść jak ołtarzykowana w naszej kulturze rodzina.

Możemy mieć ferie w szkole, urlop w pracy, ale nikt nie da nam wakacji od alergii, bolącego kręgosłupa, źle funkcjonujących nerek, jelit czy żył, grypy, przewijania zasranych pieluch, zrywania się w nocy, wynoszenia śmieci, wymieniania kuwety kotu i psich kup na zalodzonych chodnikach.

W tym czasie, kiedy rzeczywistość zaklinana na różne sposoby mimo wszystko nie chce się od nas odczepić, czuję ciepło i czułość na myśl o Was Ludzie Kochani. Że jest wasza miłość i mądrość.

środa, 23 grudnia 2009

Demonów Narodzenie

Klee pisze:

idzie czas świątecznych blablabla, nieszczerych uśmiechów, fałszywych uścisków, idiotycznych min przy łamanym opłatku, metodycznie zaplanowanej i konsekwentnie przeprowadzonej niestrawności, stosów nielubianych potraw, krępujących wizyt i nietrafionych prezentów.

Więcej, jest to czas który się z założenia spędza z "najbliższymi", z których połowa to durnie, niedorajdy, skretyniali faszyści, a druga połowa to ci którzy w pokorze i pocie dają się tej pierwszej wykorzystywać. Czas celebrowania "więzi", polegającej na prymitywnym powiązaniu biologiczno-genowym lub czyimś nietrafionym przed laty i dawno rozpadniętym lub wbrew wszystkiemu ciągniętym powiązaniu cywilno-prawnym.

Jak tak sobie sięgnę pamięcią w nieodległą przeszłość i nieodległe pokrewieństwa, to jest właśnie ten czas, kiedy niby-wyleczony-alkoholik znów się nawali do nieprzytomności, czas który Polak-katolik wybierze by przy zastawionym pierogami stole obrzucić k*wami swe trzydziestoletnie dziecko za utrzymywanie przedmałżeńskich stosunków płciowych, czas okazywania pogardy krewnym o odmiennych poglądach politycznych i obyczajowych, czas w którym ma z ludzi wychodzić to co najlepsze a wyłazi samo najgorsze, żądza władzy, bezwzględność, brutalność, małość i miałkość umysłów i sumień.

No nic, jeszcze parę dni i będziemy mieli to już za sobą.


Zabijemy świnię, bo Bóg się rodzi.

Skoro święta Bożego Narodzenia opierają się na pozytywnych przesłankach, takich jak dobroć, życzliwość i wybaczenie, to należałoby je celebrować pożywieniem, w którego składzie nie ma potraw będących wynikiem poderżnięcia komuś gardła.
(Juliet Gellatley)

Był trup (cała masa potencjalnych trupów, czekających na swoją kolej), ale tak jakby nie było zabójcy.
(...) Jak to się dzieje, że po zjedzeniu karpia podczas wieczerzy wigilijnej możemy spokojnie nasłuchiwać ludzkiej mowy zwierząt? Co karp by o tym powiedział?
("Zabijanie od święta", w Tygodniku Powszechnym)

Zabijemy świnię, bo Bóg się rodzi
A jak już się urodzi
To nas oswobodzi
(Dezerter, posłuchaj tu)

sobota, 19 grudnia 2009

Tylko człowiek potrafi być prawdziwie nieludzki,

mimo iż jego wysoka inteligencja i świadomość zobowiązuje nas, byśmy wykazywali się większą empatią niż chociażby drapieżniki.

W Tygodniku Powszechnym artykuł:

Jeszcze niedawno, gdy do zrywki drewna na górskich zboczach używano koni, żeby ruszyły, górale rozpalali pod ich brzuchami ogniska. Pies, podobnie jak koń, to w tych stronach tylko sprzęt.

(...)w pobliżu klasztoru, gdzie mieszkają bardzo sympatyczne siostry. Kiedyś jedna kotka miała tam w piwnicy młode. Raz przychodzę i kociąt nie ma. Siostry poleciły dozorcy, żeby je wrzucił żywcem do pieca. – Dlaczego? – pytam. Odparły: – Przecież to nie ma duszy”.

(...)Fundacja Viva! rozesłała do stu warszawskich parafii list z prośbą, żeby proboszczowie napomknęli o zwierzakach coś dobrego, przyszła tylko jedna, anonimowa odpowiedź: „co wy się takimi pierdołami zajmujecie!”.

(...)w Katechizmie, owszem, jest o tym, że ludzka godność kłóci się z zadawaniem niepotrzebnych cierpień zwierzętom, ale zaraz o tym, że „równie niegodziwe jest wydawanie na nie pieniędzy, które mogłyby w pierwszej kolejności ulżyć ludzkiej biedzie”.

Te powyższe cytaty to lżejsze z opisanych tam potworności. Ja to wszystko wiem - jacy są ludzie, szczególnie wieśniacy; co się dzieje w rzeźniach. Wielki szacunek Tygodnikowi, że zajął się tą sprawą. Bo te wszystkie świadome, czujące istnienia, które cierpieć będą jutro czy za rok lub 10 lat, nie mogą czekać aż ludzie rozwiążą "ważniejsze", bo ich własne, "ludzkie" problemy. Dla nich to już będzie za późno.
W tym kontexcie słowa "ludzki" i "zezwierzęcenie" wymieniają się znaczeniami.

I jeszcze jedno. "Humanitarny ubój" to brednia. Póki ludzie nie przestaną zabijać by zjeść, zwierzęta będą masowo nie tylko umierać, będą również cierpieć niewyobrażalny dla nas ból i strach.

piątek, 18 grudnia 2009

Których Bóg obdarzył kondycją homosexualną...

Pisze Joanna Bątkiewicz-Brożek:

Sąd we Francji przyznał prawo do adopcji lesbijce. (...) To kolejny wyrok Trybunału, który pod pozorem obrony praw mniejszości uderza w prawa innych – tym razem najsłabszych. Dzieci bowiem mają niezbywalne prawo do wzrostu w rodzinie, a różnica płci wychowujących je osób stanowi podstawę, na której powinny kształtować się ich osobowość oraz umiejętność budowania relacji społecznych. (...) [wyrok] otwiera furtkę do walki o nowelizację prawa do adopcji dla homoseksualistów. Furtka ta może wieść na niebezpieczne tereny, bo jak wiadomo z doświadczenia Hiszpanii czy Wlk. Brytanii, kobiety nie oddają dzieci do adopcji w obawie, że trafią one do związków homoseksualnych. Zamiast rodzić, poddają się więc aborcji.

Piszę ja jej zatem tak (ale nie odpisała mi):

Założenie, że najistotniejszym kryterium w ocenie nadawania się na rodzica jest pozostawanie w związku z osobą innej płci, jest ryzykowne. Rodzice zakatowanego na śmierć trzyletniego Bartka Kwiatkowskiego są bowiem jednym z wielu przykładów, że to umiejętność tworzenia więzi i kochania dziecka oraz partnera jest kluczowa w tworzeniu rodziny. Jeżeli nadal jednak upierać się będziemy przy twierdzeniu, że "różnica płci wychowujących [dziecko] osób stanowi podstawę" jego rozwoju, powinniśmy rozważyć konieczność odbierania dzieci osobom owdowiałym, rozwiedzionym i rodzącym dziecko poza małżeństwem.

Możemy uznać iż każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie, możemy też dać sobie prawo do hurtowej oceny grupy osób iż nie nadają się na rodziców (ocena taka nazywana jest też "stereotypem" lub "uprzedzeniem"). Niezależnie od tego, próba przeniesienia odpowiedzialności z indywidualnych osób, decydujących o aborcji, na homoseksualistów pragnących zaopiekować się porzuconymi dziećmi, jest głębokim moralnym nadużyciem. Zabicie dziecka, aby przypadkiem nie trafiło pod opiekę związku jednopłciowego, wydaje mi się dziwnym wyrazem troski o nie, tym bardziej że jest konsekwencją decyzji o pozbyciu się go w taki czy inny sposób.

Tym bardziej mi przykro, że muszę takie insynuacje czytać w Tygodniku, który jak dotąd wydawał mi się pismem wykazującym empatię wobec osób, które Bóg obdarzył kondycją homoseksualną.

czwartek, 10 grudnia 2009

Eros i Tanathos

Sklep z zabawkami. Na ścianie drewniane miecze, maczety, sztylety.
Gdyby tam były, nie wiem, sztuczne penisy, staniki udające biust dla małych dziewczynek, oburzeniu i zgorszeniu nie byłoby końca. A mało kto widzi problem w fakcie, że paroletnie dzieci dostają do zabawy narzędzia do zabijania ludzi.
To co się wiąże z początkiem życia - to tabu, "tylko dla dorosłych".
Zaś odbieranie życia, uszkadzanie ciała, krzywda i ból mogą być treścią zabaw dzieciństwa.
Siła, dzięki której istnieje nasz gatunek, to grzech.
Mordowanie jest dozwolone, a w określonych kontextach historycznych chwalebne i bogoojczyźniane.
Miłość jest wstydliwa.

JP2 mówił o cywilizacji śmierci, ale to jego ekipa, przez stulecia jej funkcjonowania, więcej uwagi poświęcając prezerwatywom niż bombom, doprowadziła do wytworzenia kultury, w której możliwe są takie absurdy.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Drugi człowiek zawsze pierwszy


Są tacy ludzie, bardzo dla mnie ważni, których znam od kilkunastu lat, z którymi wielokrotnie wiedliśmy długie i dogłębne rozmowy na tematy najistotniejsze.
Ale nic prawie nie wiem o ich prywatnym życiu. Szczegółów ich biografii, np. że byli inwigilowani i aresztowani przez bezpiekę, dowiaduję się z artykułów o nich w Tygodniku Powszechnym. (o ojcu Pawle, o Józefie)
Bo są tak nieegoistyczni, nieegocentryczni, że siebie samych zawsze trzymają na dalszym planie. Zawsze bliźni są dla nich najważniejsi, więc nie mają już ani uwagi ani czasu, by je sobie samym poświęcać. Zawsze koncentrują się na drugim człowieku.
Ich mądrość i dobroć jest dla mnie takim darem, że nigdy nie będę w stanie się zrewanżować. Robię więc o nich artykuły na Wikipedii. (o Józefie, o o. Pawle). Ale że nie ma w nich ani odrobiny próżności, to pewnie się z nich wcale nie cieszą.

Jeśli instytucja Kościoła Katolickiego ma jakąkolwiek przyszłość, to właśnie w ludziach takich jak oni.

Chleba naszego powszedniego i coca-coli

Ludzie prywatni i medialni narzekają na komercjalizację i popkulturyzację świąt. Że od początku listopada w sklepach i reklamie choinki, kolędy i ubrani w barwy coca-coli Mikołaje, już nawet nie Święci, namawiają nas do zakupów.

Wiem, że tak jest, ale nie czuję, nie widzę tego. Wystarczy nie chodzić do supermarketów. I nie mieć w domu telewizora.

sobota, 5 grudnia 2009

Rodzice i plecak pełen kamieni

If you want to really hurt your parents, and you don't have the nerve to be gay, the least you can do is go into the arts. -
Kurt Vonnegut
Tak.
W jakiejś wsi na Podkarpaciu podobno chłopak zarąbał rodziców siekierą. Od dwóch lat był z innym chłopakiem a oni nie chcieli tego zaakceptować.

Jednym z najtrudniejszych zadań w życiu jest zabić rodziców wewnątrz własnej głowy. Jest to trudne, bo ludziom się wydaje że wycinają sobie ważny organ. I tak to też boli. Dopiero po operacji okazuje się że życie bez narośli jest nie tylko możliwe, ale też dopiero jest prawdziwe.

Spośród ludzi których znam w moim pokoleniu, są tacy, którzy mają dobrych rodziców. Takich, którzy swoje dziecko wyposażyli na podróż samym dobrem, siłą, mądrością, świadomością własnej wartości, poczuciem odpowiedzialności za siebie i innych. Dali mu mapę, ale nie wyrysowali ani celu ani trasy. Całując na drogę, rzekli: "Jeśli będziesz mnie potrzebować, jestem tu; ale idź tam, gdzie sam uważasz za słuszne". Są tacy ludzie w pokoleniu mych rodziców. Znam takie pary. Ale mogę je policzyć na palcach jednej ręki.

Ciekawe, co za 20 lat będzie o mnie myślał Alan.

piątek, 4 grudnia 2009

"Kultura narodowa"

Epos narodowy Polaków zaczyna się od słów: "Litwo, Ojczyzno moja"
(o ile dobrze pamiętam, zauważył to Michał Ogórek)


Czasem jak słyszę że jesteśmy wielkim narodem i mamy znaczący wkład w kulturę światową, ogarnia mnie taka smutna wesołość. Bo jeden z moich uczniów Węgrów 7 lat temu to samo mi rzekł o swej nacji. A ilu pisarzy, filmowców, filozofów węgierskich umiałabym wymienić?

Ale któregoś dnia skubnęłam się, że przecież z Polski jest najlepszy zespół rockowy świata - Riverside. Największy malarz wszechczasów - Zdzisław Beksiński. Najgenialniejszy twórca animacji na świecie - Tomek Bagiński. Najobłędniejszy autor postmodernistycznej fantasy Andrzej Sapkowski. Największy pisarz SF, Stanisław Lem, został godnie zastąpiony przez Jacka Dukaja...
Moja wesołość zmieniła się wówczas na ironiczno-melancholijną.

Aczkolwiek, nie rozumiem kompletnie ludzi, którym podnosi mniemanie o sobie świadomość, że są z tej samej nacji co Małysz, JP2 czy Szymborska. To mówienie o drużynie piłki nożnej "nasi". Te kłótnie, Kopernik był Polakiem czy nie, albo kto obalił komunizm. Jaka to chwała dla mnie? Nie miałam najdrobniejszego udziału w ich dokonaniach.

I druga strona: te krucjaty, np. o Jedwabne. Wcale nie bronię się przed świadomością, że Polacy mogli zabić Żydów. Bo jaką za to ponoszę odpowiedzialność? Urodziłam się przecież 30 lat później.

Przeczytaj komentarze!

czwartek, 19 listopada 2009

Riverside. Byłam.


Byłam na Riverside.
Byłam.
Nie chodzi o to, że zobaczyłam, posłuchałam, obejrzałam. Bo to można z płyty, z DVD, na zdjęciach.
Istotna jest obecność.
Obecność.
Oni tam byli. Nie tylko grali, śpiewali. Ja nie tylko słuchałam, nie tylko patrzyłam, nie tylko machałam włosami. Byli tam. Byłam tam.

I jeszcze urzekło mnie że widać było jak się cieszą, że grają. Amok publiczności pewnie tę radość wzmacniał :-) I że przeżywają to tak samo mocno jak ja. Mimo że to jeden z pewnie dwustu czy coś koncertów które zagrali w życiu. Mimo że byłam jedną z dwustu czy coś osób które ich słuchały.

Może jednak Opatrzność istnieje. Tak żałowaliśmy z Gregorem, że przesunięcie terminu naszego firmowego półmaratonu wypadło właśnie na czas, gdy Riverside koncertowali w naszej okolicy. Gdybyśmy poszli na koncert u nas, w Szczecinie, nie przyszłoby nam do głowy żeby do Berlina pojechać. A tam - świetnie ustawione nagłośnienie. Dwa lata temu na koncercie Riverside w Słowianinie już 10 metrów od sceny rozbijałam się o ścianę amorficznego hałasu. W Berlinie byłam przy samej scenie, kolumny na wyciągnięcie ręki, muzycy o dwa - trzy kroki, wszystko było idealnie.
Fajna publiczność. Dzieciaki miękko uczesane, z myśleniem na oczach. Młodziani z włosami do pasa, więc ci co jak i ja szaleli w pierwszym rzędzie, zamiatali scenę :-)

Na fotkach dużo nie widać, ale nie chodzi o to żeby było widać. One mogły powstać bo tam byłam.
Byłam na Riverside. W Berlinie.

Riverside to najlepszy zespół świata. Tak myślę od wielu lat. To nie żaden patriotyzm lokalny, bo wcześniej to miejsce na podium zajmowali inni, zagraniczni.
Ostatni raz taką extazę przeżyłam za koncercie Depeszów, w 1992 roku.
Też w Berlinie.
Z tym sympatycznym miastem znajomość kontynuować zamierzam.

you can never ever move without leaving a piece of youth.

Oglądanie zdjęć z dawnych imprez i wypraw ogrzewa serce. Piękni ludzie, piękne miejsca, piękne działania.
Tylko czasem igiełka lodu, jak się widzi pary, które już nie są ze sobą.
I inna, gdy widzisz ludzi którym zaufałeś, niepotrzebnie.

środa, 18 listopada 2009

Ubóstwo i wykluczenie, na antenie

Tylko trzy zdjęcia - ale w idealny sposób oddają, że weszliśmy w fazę realnego komunizmu tylko w połowie. Każdemu według potrzeb, ale już na pewno nie od każdego według możliwości.

Potwory wyłażą z nory

Potwory mieszkają w ciemnych norach
wyłażą z tych nor o różnych porach
nieoswojone, zupełnie dzikie
nie mówią żadnym ludzkim językiem

Potwory wyłażą z nory
(...) i trzeba znosić ich częste humory


Nie mogę się oprzeć pokusie zinterpretowania powyższej piosenki w duchu freudowskim. :-P
Że to o porodach.

Typ skojarzeń świadczy o zawartości umysłu.

wtorek, 17 listopada 2009

Nienawiść jest ostatecznym upadkiem

Argumentem przeciwników ustawodawstwa przeciwko przestępstwom nienawiści jest, że "każde przestępstwo jest przestępstwem nienawiści". (...) ale podczas gdy przypadkowe akty przemocy przeciwko drugiej osobie są zawsze wydarzeniem tragicznym, brutalne przestępstwa wywołane uprzedzeniami mają dużo głębsze skutki, bo celem przestępstwa jest wywołanie strachu w całej grupie. Przestępstwa nienawiści, jak to popełnione przeciwko Mattowi, często są bardziej brutalne, gdyż sprawca próbuje zakomunikować że ofiara - czy to czarnoskóry, czy gej, transsexualny bądź Żyd - nie będzie tolerowany.

Judy Shepard, matka zamordowanego Matthew
w xiążce "The Meaning of Matthew"


Dokładnie. Można zostać pobitym, a nawet zabitym, bo się uwiodło komuś żonę, bo się miało przy sobie te parę złotych które komuś brakowały do wódki, bo zupa była za słona. Ten kto cierpi, najczęściej miał pecha, że trafiło na niego. Natomiast zadawanie cierpienia za tożsamość, za to kim się jest, a o czym się nie decydowało samemu - to uderzanie we wszystkich, którzy dzielą tę tożsamość. Dlatego w Stanach takie przestępstwa karze się surowiej. Aczkolwiek jak dotąd ustawodawstwo to dotyczyło tylko przestępstw na tle rasowym, etnicznym i przynależności religijnej.
Morderstwo na Matthew wstrząsnęło amerykańską opinią publiczną i przywołało dyskusję o objęciu tą ustawą także przestępstw na tle uprzedzeń do orientacji sexualnej. Ale wkrótce potem zaczęła się era Busha i sprawa została utopiona na osiem lat. Wszakże, argumentowali republikanie, Biblia nakazuje zabijanie gejów, więc pastor któryby ją przytaczał, miałby problem; a przecież mamy wolność słowa i wyznania. Świetny argument. Niechże tych gejów mordują, wszak dużo ważniejszą od ich bezpieczeństwa sprawą jest umożliwienie duchownym bezstresowego głoszenia kazań.
11 lat po śmierci Matta i Jamesa Byrda Jr. rozszerzenie ustawy, nazwane ich imieniem, przeszło przez wszystkie stopnie legislacji i zostało podpisane przez prezydenta Obamę. Co prawda jego stwierdzenie, że od dziś "nikt w Ameryce nie będzie się obawiał spacerować ulicą, trzymając za rękę osobę, którą kocha" jest trochę na wyrost, bo jeszcze musi zmienić się mentalność społeczeństwa. Ale ona się zmienia, a prawodawstwo jest wyrazem, a nie przyczyną zmian.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Z państwowego nie ukraść, to jak ze swojego dołożyć.

Od kiedy jeżdżę używając voucherów, straciłam sympatię dla taxówkarzy.
Część z nich zachowuje się zupełnie normalnie, część kręci nosem że jakiś kwit dostają zamiast żywej gotówki, natomiast z niektórych wyłazi zwyczajne cwaniactwo. A żeby to było co najmniej 10 zł, a żeby nie uruchamiać licznika (=nie zapłacić podatku), a żeby zaokrąglić w górę. Żeby tak wyciągnąć tę złotówę (sic!), dwie extra. Bo to niby "firma płaci", czyli nie ja, to co mi zależy. A niby z jakiej racji miałabym wyciągać złotówkę z kieszeni mojego Szefa by zostawić ją w kieszeni kierowcy?
To jest takie typowo polskie myślenie, po komunie można by je było tylko nieco sparafrazować: "z firmowego nie ukraść, to jak ze swojego dołożyć". To przekonanie, że firmy to źródełka bez dna, że przedsiębiorcy śpią na forsie i trzeba im ją wydrzeć wszelkimi sposobami, a to czy się pracuje czy nie, nie ma większego znaczenia. Ten brak zauważania prostego przełożenia, że dochód firmy, wypracowany przez realizację jej zleceń poprzez pracę pracowników, jest jedyną drogą do uzyskania pieniędzy na wypłaty dla nich. Ślepota na ten prosty fakt jest typowa zarówno dla większości pracowników jak i dla autorów przepisów prawa pracy. Byleby się robotnik nie narobił, a zarobił. Czy się stoi, czy się leży.
Jedyna wesoła rzecz w tym wszystkim to obserwowanie fluktuacji form słowa "voucher" na wyświetlaczach w taxówkach. Bazuki, znaczy się panie z bazy dyspozycyjnej, używają wszystkich możliwych wariantów. "Wouczer", "vołcher", "vouczer", "wołcher" :-)

piątek, 13 listopada 2009

Siłownia wiatrowa

De Mello pisał (cytuję z pamięci):
Używamy samochodu, by "oszczędzić czas", który potem częściowo zużywamy na ćwiczenia mające poprawić stan naszych zwiotczałych mięśni, a częściowo na pracę mającą pokryć społeczne skutki wypadków na drogach.

Tak. Do tego wszystkie nasze ułatwienia zwiększają efekt cieplarniany (auta, windy, pralki). Na siłownię jedziemy samochodem i biegamy po elektrycznej bieżni.
Nasza cywilizacja stoi na szajbie.

środa, 11 listopada 2009

"Wynagrodzenie"

Tak jakby praca była nieszczęściem.
Tak jakby współtworzenie świata i współuczestniczenie w zaspokajaniu potrzeb ludzkich było dla nas jakąś karą. A nawet JP2 twierdził że to święte powołanie człowieka.
Tak jakby żyło się tylko w weekendy. Jak mnie wnerwiają texty: "jak fajnie już piątek", "nie lubię poniedziałków".
Nawet jeden z synonimów pensji - "wynagrodzenie" - oddaje ten chory stosunek. Fakt wykonywania pracy jest taką krzywdą wyrządzaną przez pracodawcę pracownikowi, że musi mu to zostać "wynagrodzone".

wtorek, 10 listopada 2009

Asyż i Rzym - Raj i Wielki Babilon


Asyż. Jeśli istnieje usprawiedliwienie dla istnienia miast, to właśnie takie że są Asyżem albo że powinny dążyć, by być takie jak Asyż. W tym miejscu jest Dobro i Pokój. Siła ducha Biedaczyny nasączyła każdy kamień, czy to leżący w ziemi, czy współtworzący domy i chodniki. Każdy zielony stok okolicznych wzgórz, każdy szarozielony liść oliwnych drzew jest nią przeniknięty.
Człowiek epoki przedmatrixowej chodzi krętymi i stromymi uliczkami, po których i Franciszek chodził; zanurza się w ciemność gotyckich naw, w których i on się modlił. I czuje pokój. Nawet w tłumie pielgrzymów i turystów, nawet pomiędzy skuterami i samochodami jest tu spokojnie i bezpiecznie. Nawet wzniosłe i przestrzenne bazyliki są tu ludzkie: bo czuje się w nich, że nie dla blichtru, ale z miłości zostały wzniesione. Ludzie zbudowali je dla Franciszka i Klary zaledwie kilka, kilkanaście lat po ich śmierci, a przecież nie mieli dźwigów i softu do projektowania. Siła miłości tych Świętych tak pociągnęła za sobą ludzi, którzy się z nimi zetknęli. Ta miłość jest tam nadal. Po 800 latach.
W tym miejscu Niebo styka się z Ziemią.



Nigdzie na świecie nie było mi tak dobrze.
Rzym, którego doświadczyliśmy bezpośrednio potem, powalił nas i przytłoczył swoim ogromem, brudem, hałasem, przepychem i arogancją. Kontrast powalający. Asyż Franciszka: duchowy, pokorny, ubogi, miłujący. Rzym papieży i cesarzy: doczesny, władczy, pyszny, pazerny, okrutny. To było jak strącenie z nieba w inferno.
Zobaczyłam na własne oczy tę którą św. Jan opisał w Apokalipsie:
Wielką Nierządnicę,
Niewiastę siedzącą na Bestii szkarłatnej,
mającej siedem głów i dziesięć rogów.
A Niewiasta była odziana w purpurę i szkarłat,
cała zdobna w złoto, drogi kamień i perły,
miała w swej ręce złoty puchar pełen obrzydliwości
i brudów swego nierządu.
Pijana krwią świętych i krwią świadków Jezusa.

I zdałam sobie sprawę, że nie jest to, jak głoszą grzeczne przypisy do Biblii Tysiąclecia "Rzym pogański, stolica cezaryzmu, siedlisko zepsucia moralnego, a po Rzymie - mocarstwa prześladujące Kościół". Ta nierządnica, to właśnie papiestwo k**wiące się przez kilkanaście wieków z władzą świecką, papiestwo koronujące cesarzy i królów, władające nimi bądź o tę władzę walczące. Ta dziwka na bestii to instytucjonalny Kościół który zamiast głosić Ewangelię miłości i naśladować biednego Cieślę z Nazaretu wysyłał armie i tarzał się w dostatkach. To Rzym kościołów z marmuru i barokowego złota, budowanych w czasach gdy nie było opieki społeczenej i chorzy lub biedni mogli po prostu umrzeć na ulicach, o ile się nimi nie zajęli szeregowi z dołów tego Kościoła zakonnicy. To Rzym "pijany krwią", bo palił na stosach "heretyków", między innymi tych, którzy wskazywali, że nie tędy droga. O tym właśnie pisze Jan:

A Niewiasta, którą widziałeś, jest to Wielkie Miasto, mające władzę królewską nad królami ziemi».
I przyszedł Biedaczyna z Asyżu i siła jego ducha była tak wielka, że nawet papież Innocenty nie potrafił go na stos wysłać, ale dał mu imprimatur. Legenda głosi, że Innocentemu tuż przed ich spotkaniem śnił się mały człowiek, który podtrzymał upadający Lateran, siedzibę papieża. Właśnie tak było: gdyby nie on, który po prostu poszedł za wezwaniem Jezusa "wszystko co masz, rozdaj ubogim i chodź za mną", nie wiadomo czy chrześcijaństwo by przetrwało, czy nie zapadłoby się, przegnite, pod ciężarem własnej biżuterii.


Wszak Jezus z krzyża w San Damiano nakazał Franciszkowi "naprawić kościół". Więc Franciszek pozbierał kamienie i odbudował Porcjunkulę. Nie wiedział, że tak naprawdę wyremontował walącą się instytucję i dał jej natchnienie do powrotu we właściwym kierunku. Oczywiście ten proces ma jeszcze przed sobą długą drogę. Bo początek końca k**wienia się centrali Kościoła z władzą świecką i bogactwem doczesnym zaczął się dopiero ponad siedem wieków później, na Soborze Watykańskim Drugim.
I jest jeszcze dużo do zrobienia.


Fotki robiłam w Asyżu w październiku 2007

poniedziałek, 9 listopada 2009

Make love not war

U moich starych na chacie. Alanek bawi się na podłodze. Sivy przerzuca kanały. Na którymś film wojenny, strzelają, zabijają.
Widząc, że nikt nie reaguje, mówię: wyłączcie to, on nie powinien takich rzeczy oglądać!
Ani babcia, ani dziadek, nikt prócz mnie nie zwrócił uwagi. A babcia dzień wcześniej obruszała się, że nie zabraliśmy dziecku xiążeczki w której ładną kreską narysowane były nagie dziewczęta.
Katolicka moralność. Zabijanie to takie nic (byle nie dzieci poczętych), nagie ciało to coś obrzydliwego, a sex bez ślubu to zbrodnia.
Podobnie chyba myślą twórcy ramówek telewizyjnych, bo (jak mniemam) filmy erotyczne emitują tylko w nocy, gdy dzieci już śpią. A filmy o zabijaniu przez cały dzień.
U nas w domu nie ma telewizora. Ciekawe jak to będzie funkcjonować, jak Alanek pójdzie do szkoły.

niedziela, 8 listopada 2009

Rydzyk nie wyjdzie z piekła

Z dzisiejszej Ewangelii: Jezus nauczając mówił do zgromadzonych: "Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsce na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok". (Mk 12, 38-40)
Są takie emerytki, które potrafią nie wykupić recept i jeść chleb z chlebem, ale na wezwanie głoszone codzień w eterze wysyłają sporą część swych nędznych świadczeń na Radio Maryja.
Ojcze Dyrektorze, będziesz się za to smażył.
Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. (...) wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie. (42.44)

sobota, 7 listopada 2009

Kodeks pracy gwałci prawo do własności prywatnej

Kodeks pracy stoi w jawnej sprzeczności z konstytucyjnym prawem do własności prywatnej.
Państwo w określonych okolicznościach narzuca obywatelowi (właścicielowi firmy) by swoje własne uczciwie zarobione pieniądze wydawał na coś, na co nie ma ochoty wydawać, np. na dalsze płacenie pensji pracownikowi, który nie jest już (wystarczająco) przydatny. Np. nakazać sądowo przyjąć do pracy z powrotem, jeśli uzna że powód zwolnienia nie przypadł mu do gustu.
Jest to czysty komunizm: założenie, że firmy nie są po to by produkować i dostarczać usługi i towary potrzebne ludziom, ale żeby zapewniać robotnikom pracę, a właściwie nie pracę tylko pieniądze na utrzymanie.
A potem wielki płacz i zgrzytanie zębów, że firmy nie chcą podpisywać umów na czas nieokreślony.
Ja już też tego nie robię, kilku byłych pracowników skutecznie mnie tego oduczyło.

Położyć pawia

- Pacia usunęła z mieszkania wszystko co mogłoby świadczyć, że bytuje tu dziecko - powiedział Dziunek moim gościom którzy przyszli do mnie w Halloween.
- A tam. Po prostu posprzątałam!

Taaak. Jedną z pomniejszych katastrof, jakie przynosi z sobą dziecko, jest fakt, że mieszkanie, którego brązy i zielenie komponowaliśmy z takim wysiłkiem, zapełnia się stosami krzykliwie kredkowo-cukierkowych pstrokatych przedmiotów. Producenci zabawek, ubranek, akcesoriów, mebelków i innych pierdół prześcigają się nawzajem w tworzeniu prostych i silnych bodźców które skuteczniej trafią do prymitywnych układów nerwowych ludzkich larw. Nawet rygorystycznie unikając plastiku i kupując rzeczy tylko drewniane czy bawełniane się tego nie uniknie.
I jeszcze że to wszystko leży wszędzie, na podłodze, kanapach, parapetach, jakby nie było półek, skrzynek i szafek. Nie można odłożyć na miejsce.

Alanka deportowałam do babci i zaprosiłam samych bezdzietnych. Rozmnożeni albo by nie mogli przyjść, albo by przyprowadzili potomstwo, którym by musieli cały czas zajmować, czyli jakby ich nie było.

piątek, 6 listopada 2009

R.I.P. Fanaberia

Lepiej niż w domu. W domu zawsze jest coś do zrobienia, ciągle ktoś się drze że czegoś ode mnie chce. Tutaj - nic nie muszę. Wszystko mogę. Wszystko jest przyjazne. Wszyscy są przyjaźni. Filiżanka gorącej czekolady na uspokojenie nerwów.
Tak było w Fanaberii kochanej na Deptaku kochanym.

Fanaberia się skończyła. Inna ekipa, inny wystrój, inne założenia.

Można prowadzić biznes nie znając się na nim, ale trzeba mieć wówczas mądrość i szczęście zatrudnić ludzi którzy się znają i będą uczciwie pracować. Ale wtedy trzeba ich odpowiednio docenić. Wcale nie mówię tu o pieniądzach. Dobre słowo i dobra atmosfera z jednej strony nic nie kosztują, z drugiej są bezcenne.
Ale jak się nie potrafi, to się nie może udać.

środa, 4 listopada 2009

Koniec feminizmu

Na "demotywatorach" zdjęcie rozgrzebanej szafki kablowej z podpisem "tu się kończy feminizm".
Taaa.
Szkoda że nie ma zdjęcia pokazującego drugi koniec feminizmu męskiego, koniec deklaracji wielu mężów, że oni będą współuczestniczyć i sprawiedliwie dzielić obowiązki ze swoimi z reguły pracującymi również zawodowo żonami. To równouprawnienie kończy się w różnych miejscach: na zlewie pełnym garów, na kupie zasranych pieluch, na drzwiach gabinetu pediatry, na blacie który trzeba zetrzeć jeśli się go zachlapało lub rozsypało cukier czy fusy.
Nawet jeśli nie kończy się tam męski feminizm (bo go nigdy nie było, bo pan mąż zawsze uważał że powołaniem baby jest gar i ścierka) to tam na pewno kończy się męska samowystarczalność.

Ps. tak! wiem! generalizacja! ty który to czytasz, na pewno jesteś tym jednym na tysiąc, cudownym wyjątkiem :-P

wtorek, 3 listopada 2009

Lecz pamiętaj naprawdę nie dzieje się nic...

"Debata branży IT" - firmy, uczelnie, miasto. Te same opowieści, co od lat. Instytucje edukacyjne i rządowe opracowują programy finansowane z podatków czy Unii, a biznes i tak radzi sobie sam: szkoli niedouczonych absolwentów za swoje pieniądze. Trafnie zresztą zauważali przedstawiciele przedsiębiorstw: że nie oczekują że liceum i uczelnia da umiejętności dokładni takie jak jest potrzebna, ale wiedzę ogólną choćby z zakresu ekonomii, umiejętność mówienia i pisania po angielsku, i nie naśmieci w głowach przestarzałymi technologiami ani nie zrazi uczniów i studentów do niektórych dziedzin, robiąc z nich lekcje extremalnie nudne i przeteoretyzowane.
Jeden z kolegów z NCDC opowiadał mi na ewaluacji, że po zajęciach o bazach danych na Politechnice / Ziucie nie pomyślałby w życiu że mógłby w tym pracować. Nuda, znikoma praktyka i egzamin polegający na obryciu iluśset stron teorii. Dopiero u nas przekonał się że bazy danych mogą być ciekawe. To wszystko przez to, że na uczelnie jako pracownicy często trafiają odpady ludzkie, które nie poradziłyby sobie w biznesie, a do szkół dyrektorskie pociotki które nie dałyby rady w żadnej innej pracy (pracowałam w szkole, wiem!)
Wypowiedź pani dyrektor z wydziału oświaty zagotowała mi krew. Ludzie od dwóch godzin mówią, że absolwenci liceów (i potem uczelni) trafiający na interwiu nie potrafią posłużyć się angielskim, nie odróżniają PIT od VAT i nie orientują się w mechanizmach ekonomii w której na codzień uczestniczą, a ona wygłasza laudację na temat wiceprezydent Masojć (!#@%&!#$@$) i twierdzi, że mamy świetne szkoły, bo dobre wyniki egazminów niezależnych i wysokie miejsca w rankingach. Beton! Aż się wkurzyłam i mówię, że to są szkolne oceny ze szkolnych egzaminów sprawdzających szkolną wiedzę, a ci piątkowi absolwenci przychodzą na rozmowy kwalifikacyjne w naszych firmach i oblewają egzamin życia, bo nie rozumieją rzeczywistości!!! To że ktoś radzi sobie wewnątrz systemu szkolnego, nie oznacza że poradzi sobie w prawdziwym świecie. Ale do takich wybetonowanych mózgów taki komunikat w ogóle nie trafia i mogą sobie nadal trwać w samozadowoleniu, bo mamy w mieście "najlepsze" liceum (=przemysłowy kombinat produkcji olimpijczyków).
Więc mówię ja tym profesorom i dyrektorom, że jak do mnie trafia CV to nawet nie patrzę, czy i skąd kto ma dyplom, bo za tym nic nie stoi. I że połowa z naszych najwybitniejszych specjalistów, koordynatorów działów w firmie nie skończyła uczelni wcale albo przeszła na kierunek humanistyczny, bo tej matmy na Polibudzie nie mogli już zdzierżyć.
Natomiast ogromnie zaimponował mi prof. Wiliński, dziekan Wydziału Informatyki, swoją pokorą i otwartością. Trochę się oczywiście bronił i chwalił, ale zasadniczo zdawał sobie sprawę z rozziewu między tym co reprezentują sobą absolwenci i tym czego oczekują firmy, i już zaczął temu przeciwdziałać, a także jest otwarty na propozycje w tym zakresie. Na tle przedstawicieli innych instytucji edukacyjnych i ich zachowawczo-samozadowolonej postawy była to inna jakość. Niemniej, potrzeba by zmiany, zaangażowania, pasji i myślenia w całej masie pracowników naukowych, nauczycieli i urzędników, żeby coś się ruszyło.

...i nie stanie się nic, aż do końca.

czwartek, 29 października 2009

Wróbelek i motocyklista

Jechał sobie motocyklista szosą, naraz z boku tuż przed niego wyfrunął wróbelek. Nie udało się uniknąć zderzenia. "Pewnie nie przeżył" zmartwił się kierowca, ale dla pewności zatrzymał się i podniósł wróbelka. Patrzy, a ptaszyna jeszcze dycha, chociaż nieprzytomna. No to zabrał wróbelka do domu, włożył do klatki po kanarku, wstawił miseczki z wodą i jedzeniem i poszedł spać.
Po jakimś czasie wróbelek się budzi, patrzy: leży na uschniętej słomie. Jedzenie w misce. Kraty. Złapał się za głowę:
- O k***a! Zabiłem motocyklistę!

Strasznie stare, ale nie mogłam się powstrzymać :-)
To też jest strasznie stare, w dzieciństwie zrobiło na wielu mych rówieśnikach duże wrażenie, skoro do dziś pamiętamy :-)

środa, 21 października 2009

Lizbona i kurtyzana



Portugalczycy są zupełnie inni. Nigdzie się nie spieszą, wszystko załatwią pojutrze. Każdy posiłek celebrują godzinami. My chcielibyśmy wrzucić coś na ruszt i lecieć dalej, a oni podają pierwsze przystawki, drugie przystawki, czasem trzecie, po daniu głównym deser, potem jeszcze kawa... Tak było we wszystkich lokalach w których nasza firmowa wycieczka jadła w Lizbonie.
Ostatniego dnia po obiedzie musieliśmy jeszcze odebrać rzeczy z hotelu i dojechać na lotnisko. Zaczęliśmy więc prosić Michaela, szefa lokalu, żeby pospieszyć podanie głównego dania i nie podawać już deseru. Michael, który bardzo się zaangażował w naszą imprezę, był zrozpaczony. "Gdybym wiedział, że chcecie wyjść o czwartej, umówiłbym się z wami na pierwszą, a nie na drugą trzydzieści. Takie piękne menu z pięciu dań przygotowałem. Bardzo, bardzo was przepraszam." Gdy wychodziłam, jako ostatnia z ekipy, kelner jeszcze biegł za mną z moim obiadem zapakowanym w pudełko...
Napisałam potem do Michaela że zdążyliśmy na samolot i że jedzenie było dobre bardzo. Gdy w odpowiedzi znów przepraszał, napisałam mu że to ja przepraszam jego, bo zachowaliśmy się jak barbarzyńcy i zepsuliśmy jego pracę, w którą włożył tyle serca.
Przytoczyłam mu epizod z autobiografii "Wyznania chińskiej kurtyzany": narratorka była umówiona na wieczór z dwoma amerykańskimi oficerami, więc cały dzień przygotowywała się spotkanie ze specjalnymi gośćmi. Jej kucharz spędził ogromne ilości czasu tworząc wyjątkową kolację: dobierał smaki, komponował przyprawy. A gdy Amerykanie przyszli, zjedli w pośpiechu, "sprawa" z kurtyzaną znającą najbardziej wyrafinowane arkana wschodniej sztuki miłosnej wzięła im po pięć minut.
A są tacy autorzy SF, którzy myślą, że dogadalibyśmy się z Obcymi. Hehe.


(zdjęcia autorstwa Adaśka Najwierniejszego)
a tu jest jeszcze więcej zdjęć z imprezy w Lizbonie i z półmaratonu w którym startowali bliscy mojemu sercu)

niedziela, 18 października 2009

Mordercy drogowi

Chirurg z warszawskiego oddziału ratunkowego pisze, że jego wieloletnie statystyki z kliniki nie potwierdzają kreowanego w mediach obrazu, iż mordercą drogowym jest młody, pijany czy naćpany w BMW, ewentualnie na motocyklu 250km/h lecący przez miasto.

Z moich statystyk wynika: małolat w czarnej beemce z ciemnymi szybami pod wpływem amfetaminy lub alkoholu trafia do szpitala (lub trafiają jego ofiary) raz na dwa miesiące. Motocyklista, który kogoś zabił, trafia się raz na pół roku. Natomiast, motocyklista, którego ktoś zabił lub próbował zabić, trafia do nas dwa razy w tygodniu.

A wiecie Państwo kto jest, też w moich statystykach, absolutnym numerem jeden jeśli chodzi o liczbę ofiar? Jest to pani lat 30-40, trzeźwa, w dobrym, służbowym samochodzie, przejeżdżająca pieszego na pasach. To się zdarza CODZIENNIE, i to kilka - kilkanaście razy dziennie.

Dopiero w połowie następnego akapitu zorientowałam się, że fałszywy jest obraz który mi się wyświetlił: starzejąca się biurwa z banku, czerwona szminka i paznokcie, włosy tlenione na lakier, w garsonce, z klipsami na uszach. Trzeźwa kobieta 30-40 w dobrym aucie - to ja, mimo całego mojego hipizmu.

Dlatego trzeba jeździć motocyklem. Jest węższy, więc prawdopodobieństwo że się kogoś trafi się zmniejsza.

(Artykuł przeczytaj koniecznie.)

.

Walka z owsikami (wiatrakami)

Alan miał owsiki.
Żeby się pozbyć tego paskudztwa, trzeba jednocześnie dać lekarstwa i wysprzątać na steryl cały dom, bo to przetrwalnikuje się wszędzie i jest inwazyjne nawet po trzech miesiącach.
Więc w ciągu jednego dnia wygotować w garnku, uprać i uprasować bieliznę, ubranka, pościel, ręczniki, zasłony, pokrycie kanapy. Wszystko odkurzyć i przetrzeć na mokro. A do tego akcję trzeba czasem powtarzać dwa, trzy razy.

Walka z paromilimetrowym robalem: wiele dni pracy kilku osób. Ja,
homo sapiens, ssak, naczelny, tysiące lat dziedzictwa, kultury i cywilizacji, uginam się przed tak prymitywnym syfem, który nie ma nawet układu nerwowego.
Byliśmy na Xiężycu a nie umiemy tego ohydztwa skutecznie wytępić. Mamy transportery opancerzone, tarcze antyrakietowe, nanoroboty, inteligentne rakiety, bomby, które potrafią zabić
trzy miliardy ludzi jednocześnie, a nie radzimy sobie z owsikiem czy lamblią.

Wysiłki ludzkości są najwyraźniej źle ukierunkowane.

Pierwszy "wiersz" hipertextowy

Szukam. Nie zatrzymuję się
w drodze.
Pytam. Nie wierzę
na słowo.
Otwieram się. Nie utwierdzam
w przekonaniu.
Idę. Nie trwam.

(pierwszy mój, nie wiem jak światowa poezja...)

(Mustangowi i Ani wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia:-)

sobota, 17 października 2009

Skąd jesteśmy? :-)

Strasznie stary dowcip ale bardzo go lubię

Egzamin teoretyczny (ustny) na prawo jazdy.
- Proszę bardzo, dojeżdża pan do skrzyżowania, tu droga z pierwszeństwem, tu znak stop, tu tramwaj, tu karetka. Proszę mi powiedzieć, kto pierwszy przejedzie przez skrzyżowanie?
- Pierwszy przejedzie motocyklista.
- Panie, a skąd tu się wziął motocyklista???
- A kto ich tam wie, skąd oni się biorą...

poniedziałek, 28 września 2009

"jest puszczona fizjologią"

Boże,
który w swojej bezduszności sprawiłeś,
że ludzie rozmnażają się w tak kretyński, chory sposób,
spraw,
by ci których stworzyłeś na obraz i podobieństwo swej bezduszności,
lekarze,
nie okazujący miłosierdzia nad cierpiącymi ludźmi,
również twojego i ludzkiego miłosierdzia nie zaznali.
Spraw, by powróciła do nich
każda chwila cierpienia,
któremu mogli ulżyć,
ale pozwolili mu trwać.
Spraw, by ci, powołani do służby
zdrowia, a którzy tak skwapliwie wykorzystują swą władzę
nad zdrowiem i życiem człowieka,
zaznali również tego poniżenia,
którym szafują tak szczodrze i bezinteresownie.
Spraw, by każde bezlitosne, chamskie i poniżające słowo,
skierowane do bezbronnego, cierpiącego i oddającego się w ich opiekę człowieka,
wróciło do nich, gdy sami będą potrzebowali pomocy.
Obdarz ich hojnie chorobą
i spraw by trafili do szpitala,
w którym nikt ich nie zna.
Jeszcze w tym życiu.
A tym, którzy biorą łapówki,
pozwól się przekonać,
że za pieniądze nie wyjdą z piekła.

Pisałam w nocy, w czasie gdy Ania "została puszczona fizjologią" zamiast planowanego cesarskiego cięcia. Przez tysiące lat miliardy ludzi doznawało cierpienia przy wyrywaniu zębów albo gdy na skutek wypadku lub walki stracili kończynę. Dlaczego więc, od kiedy wynaleziono anestezjologię, ich się znieczula, a rodzące kobiety nie, "bo tak było zawsze"?

Ps. Alexandro ja wiem że Ty jesteś inna!!!! :-*

sobota, 19 września 2009

Co mamy zrobić, żebyście nas widzieli?

Przez cały sezon motocyklowy był względny spokój, a teraz na koniec co dwa, trzy dni coś. Ktoś.
W tej elegii co kilka wersów jak refren powtarza się: "samochód wyjechał z podporządkowanej..."
Tak jak xiędzu profesorowi, który wykładał na filozofii gdy Dziuny tam się uczył. Trzy dni temu jechał 40km/h ulicą Monte Cassino. Dwa skrzyżowania od mojego domu. Reanimowali go na ulicy 20 min. Odzyskał przytomność wczoraj.
Osobie kierującej autem też współczuję.
Instruktor pokazuje kursantom kask. "Co to jest?" - "Kask" - "Nie, to czapka niewidka".

Jesteśmy mali, ale nie jesteśmy muchami. 8 na 10 kolizji spowodowanych jest przez kierowców samochodu, którzy nie widzieli motocykla.



Co mamy zrobić, żebyście nas widzieli? (Uwaga gołe panie!)



Ale co by było warte życie, gdyby się nie jeździło na motocyklu?


____________________________________________

piątek, 18 września 2009

Pieprzyć klasę robotniczą

Jestem w Firmie; z okien biura widok na urząd wojewódzki i tysiące ludzi, którzy uważają, że skoro ich zakład stracił zamówienia, to ja powinnam na nich pracować.
Jak to ktoś trafnie zauważył: kiedyś związki zawodowe broniły ludzi pracy przeciw posiadaczom środków produkcji; teraz wyrywają jednym branżom po to, by dać drugim.
Czy nie mógłby w końcu powstać w Polsce ruch społeczny uczciwie i ciężko pracujących przeciwko roszczeniom tych, którzy w głowach mają głęboko zakorzeniony komunizm?

Wracam do pracy. Trzeba zarabiać pieniądze za te zasiłki dla nich.

wtorek, 8 września 2009

Być posiadanym przez dziecko

"Albo coś z wami nie tak i potrzebujecie porady specjalisty, albo jesteście egoistkami zapatrzonymi w siebie i tylko liczy się ja i moje potrzeby. A że trzeba coś w swoim dotychczasowym życiu zmienić, z czegoś zrezygnować dla drugiego człowieka, to już dramat i rozpacz." - odpisuje czytelniczka Wysokich Obcasów autorkom listów utrzymanych w takim samym duchu jak mój poprzedni post. Taka poganiaczka niewolników.

Nie "coś zmienić". Wszystko zmienić. Nie "z czegoś zrezygnować". Z wszystkiego zrezygnować. Tak właśnie jest kiedy się jest posiadanym przez dziecko.

Jak widać w czerwcu napisałam 16 postów, a w lipcu i sierpniu łącznie połowę tego. A dlaczego? Bo przez wakacje niania nie przychodzi w soboty. A więc ja - z pracy do pracy. Z pracy do pracy. Z firmy do domu, do dziecka. Jak mały zasypia, to często nie mam nawet siły umyć zębów - padam razem z nim. Pracuję, opiekuję się, przewijam, gotuję, sprzątam, zabawiam, rozmawiam. Całe życie podporządkowane potrzebom innych osób. A że chciałabym czasem wyjść z klatki, to jest egoizm? Okay. Jestem egoistką.

Niewolnictwo to uświęcona tradycja

W Polsce państwo i prawo opiekuje się ludźmi pracującymi. Mają oni nieprzekraczalne normy czasu pracy w tygodniu, zagwarantowane 12 godzin odpoczynku między dniówkami, 52 weekendy, 10 dni świąt i 26 dni urlopu rocznie, w tym 14 dni cięgiem. Zwłaszcza ludzie pracujący w dużym napięciu uwagi i odpowiedzialni za innych - piloci, kierowcy - mają strzeżony przez
prawo i tachografy obowiązek odpocząć po pracy.
Zaś praca matki, odpowiedzialna i polegająca na ciągłym byciu na stendbaju - nie kończy się nigdy. Pracuje 168 godzin tygodniowo, czyli ponad 4 etaty. Bez fajrantu, weekendu, urlopu. Bez prawa do leżenia w łóżku, jeśli jest chora. Kiedy miałam 39 stopni gorączki, musiałam zajmować się dzieckiem, które również miało 39 stopni gorączki.
Jeśli chcemy mieć choć chwilę przerwy, musimy uprosić babcię, przewalczyć męża lub zapłacić niani.
Nasza kultura wytworzyła strzeżone przez społeczeństwo niewolnictwo matek. Szczególnie aktywymi poganiaczami niewolników są te osoby, które same przez niewolnictwo przeszły. Matka traci nie tylko prawo do swojego czasu, do życia zawodowego, towarzyskiego i kulturalnego. Nie może też już decydować o swoim ciele - koteria położnych i pediatrów wmawia jej, że jeśli przez co najmniej rok nie będzie na każde zawołanie podawać cycka, to skazuje swe dziecko na zagładę. A za tym idzie wszak ciągły niedobór snu, dieta, abstynencja... Kobieta nie ma też prawa (w przeciwieństwie do mężczyzny) stwierdzić że ma wszystkiego dość i odejść. A kiedy już w depresji ciągnie ją do okna, powstrzymuje ją ten sam co zawsze, wbity w głowę imperatyw: "Nie wolno ci myśleć o sobie! Pomyśl o dziecku, osierocisz je, złamiesz mu życie!" To jest ostateczne zniewolenie. Człowiek traci nawet moralne prawo do samobójstwa.

Moja klatka jest otwarta
moje nogi nie są skute.
Tylko dusza niewolnika
jest strażnikiem do drzwi kluczem
(KSU)

środa, 26 sierpnia 2009

Dotykać

W słowniku English-to-English, na tej samej stronie, na tej samej wysokości w sąsiadujących kolumnach słowa "torture" i "touch".

Tuż obok siebie - najgorszy sposób wyrażania nienawiści i najpiękniejszy sposób wyrażania miłości. Przekazywane przez te same receptory w skórze.

Człowiek może tak wiele drugiemu człowiekowi. Wziąć go do nieba albo do piekła. Człowiek człowiekowi Bogiem.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Brak symetrii

Coraz wyraźniej widzę, jak błędnie stworzony jest ten świat.
Żeby coś stworzyć, potrzeba dużo czasu i wysiłku. Np. stworzyć człowieka. Urodzić, wykarmić, potem 20 lat wychowywania, opiekowania się, wspierania w rozwoju. A żeby zniszczyć - wystarczy chwila nieuwagi, odrobina agresji, zwykły przypadek. Chwila - i nie żyje.
Jakiś czas temu przejście podziemne które pokonuję codziennie w drodze do pracy zostało pomalowane w urocze grafitti. Rybki, ośmiornice, neptuny, śliczne rzeczy. Wielu ludzi musiało w to włożyć sporo wysiłku i inwencji. A ostatnio ktoś to zniszczył. Litrem farby i wałkiem, pewnie w ciągu kwadransa.
Zdjęcia z tego zniszczenia i historię która za tym stoi można zobaczyć tu: www.mzet.blox.pl

niedziela, 26 lipca 2009

Matthew Shepard, czyli ja

Może historia Matthew, który został zamęczony za to kim był, tak głęboko mną wstrząsnęła, bo był do mnie podobny?

Urodził się zaledwie miesiąc po mnie (01.12.1976), miał tak samo jak ja 156 cm wzrostu i był tak samo drobny (48 kg, tyle co ja), tak samo jak ja najbardziej ze wszystkiego angażował się w relacje z ludźmi. Przyjaźnił się z kobietami i mężczyznami, a gdy spotykał przyjaciół, energicznie ich przytulał - wspominają to tak: "he would bounce up to me, throw his arms around me in a hug only Matt could give" (język polski nie ma sformułowania "dać przytulenie" a ono tak pięknie to oddaje, że czułość jest darem; "obejmował mnie przytuleniem, jakie tylko Matt potrafił dać"). Tak samo jak ja był "trudnym dzieckiem"; żyjący w lęku przed przemocą, depresyjny, miał autodestruktywne inklinacje. Tak samo jak ja pod wieloma względami nie pasował do społeczeństwa, cierpiał z tego powodu, był obiektem agresji, ale próbował to społeczeństwo oswoić, wierzył że może się ono rozwijać ku powszechnej wzajemnej akceptacji i współodczuwaniu. Angażował się w sprawy świata, chciał ten świat zmieniać, czynić lepszym, lepszym dla ludzi. Jego rodzice i przyjaciele mówią o nim:

Talentem Matta byli ludzie. Uwielbiał być z ludźmi, pomagać ludziom, sprawiać by inni czuli się dobrze.

Wiedział, że oceniać ludzi przed ich poznaniem jest utratą możliwości. Nigdy nie rozumiał dlaczego nie wszyscy tak myślą. Matthew czuł że nie może być nic lepszego na tym świecie niż następny przyjaciel.

Był wyjątkowy poniekąd dlatego że był gejem, ponieważ zawsze był inny i ta odmienność sprawiła że stał się bardziej reflexyjny, wrażliwy i pełen empatii.

Matt kochał ludzi i ufał im. Nigdy nie potrafił zrozumieć, jak jeden człowiek może krzywdzić drugiego, fizycznie czy słowem.

Miał wygląd potencjalnej ofiary: był tym rodzajem osoby na którą jeśli spojrzysz, wiesz że możesz go skrzywdzić i on to przyjmie - nie może nic z tym zrobić, werbalnie ani fizycznie.

Według tego co mówili o nim przyjaciele, był człowiekiem jakim chciałabym być, ale nigdy nie będę (zbyt zła i brutalna bowiem jestem) - "łagodnym duchem":

Jeśli ktokolwiek żył chrześcijańskim ideałem nadstawiania drugiego policzka, to był Matt.


(źródła cytatów: strona fundacji, reportaż, xiążka )

On kochał chłopców i ja chłopców kocham; ani on ani ja nie wybraliśmy tego; wstyd mi, że moja cywilizacja pozwala mi żyć w spokoju a jego zabiła; bo jakaż między nami różnica???




powyższe nagranie wykorzystuje fragment filmu "The Matthew Shepard Story"

inne moje posty o Matthew


________________________________________________________________

sobota, 25 lipca 2009

To know we can die is to be dead already

W biegu pomiędzy drogerią a spożywczakiem, obładowana pieluchami i pomidorami, by zatrzymać się na chwilę, odetchnąć i popatrzeć na piękno, siadam sobie w ogródku Fanaberii, w doborowym towarzystwie: gorąca czekolada, gałka lodów, bita śmietana. Przyglądam się przechodniom, chcąc ucieszyć oczy widokiem pięknych ludzi, półelfów, może by się i trafił elf czystej krwi.
Ale wokół tylko brzydota. Żadnych urodziwych chłopców czy dziewcząt. Chłopi i robotnicy, kloszardzi, pijacy i żebracy, matki z terrorystami w wózkach czy chustach, czy w dresach. Nawet jednej wikińskiej hałastry na weekendowej wycieczce. Ludzie albo starzy, albo cyniczni. Orki i uruki.
Remont parterów hiszpańskich kamienic ciągnie się już od miesięcy. Pod młotami padły kawałki muru ze sprayunkami, które robiłam letnim świtem, w pięknym 2006 roku:


Trzeci, cytat z filmu Hala Hartleya, zginął pod farbą koloru guano:


Już nigdy nie będzie takiego lata.

_______________________________________________

piątek, 24 lipca 2009

Wszystko jest poezja

Biznes/gospodarka to najbardziej humanistyczna/ludzka dziedzina ze wszystkich, bo to ludzie pracują i robią rzeczy potrzebne ludziom. To poeci robią rzeczy często nikomu niepotrzebne.

To taka reflexja abstynującej od lat humanistki nawróconej na biznes.

Alexandra pisze mi, że ona potrzebuje tego co robią poeci. Cenię to w niej.

Dziś mija trzydzieści lat od dnia, gdy Poeta mój ulubiony, Edward Stachura, pisząc "niech żyje życie" wyszedł śmierci naprzeciw.

Stos porąbanego drewna jest najpiękniejszym poematem, pisał. Stos drewna, czyli efekt pracy.

A jeden krytyk zarzucał mu, że nie zauważa "realiów gospodarki towarowo-pieniężnej".
Krytyk mylił się. Stachura miał odwagę wyjść ponad te realia. Ponosząc konsekwencje swoich wyborów, często trudne. Jak to się, nomen omen, mówi "płacąc za to wysoką cenę".

To właśnie Stachura pisał i dawał przykład życia, że nie można być przez pół dnia kimś, a przez drugie pół zupełnie kimś innym. Że pracując wbrew sobie, popada się w schizofrenię. Że praca musi wypływać z serca, z miłości, inaczej jest dehumanizującym niewolnictwem.

Ja w to wierzę. To jest właśnie moje powołanie w Firmie Ukochanej: właśnie tak organizować pracę, taki klimat w niej pielęgnować, żeby dało się ją kochać.

Dlatego wnerwiają mnie ludzie, którzy mówią: "Jak fajnie, piątek, teraz będzie weekend". Jeśli nie kochasz swej pracy, to dlaczego nie znajdziesz innej, którą będziesz kochał? A jeśli nie potrafisz kochać żadnej, to po co pracujesz w ogóle?

Skoro większość naszego społeczeństwa pracuje odwalając swą robotę jak pańszyznę, jak karę boską, to nic dziwnego że nasza gospodarka jest tak marna. Nie chodzi o to, że brakuje kapitału, zasobów naturalnych, infrastruktury czy kwalifikacji. Brakuje miłości. Naszej gospodarce brakuje miłości. Bez niej nic wartościowego ani dobrego się nie stworzy.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, i posiadł wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, a miłości bym nie miał - byłbym niczym.

wtorek, 14 lipca 2009

Filandia

Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy policja nie będzie taka uprzejma
Nigdy straż pożarna nie będzie tak szybka i sprawna

Nigdy papieros nie będzie tak smaczny
A wódka taka zimna i pożywna
Nigdy nie będzie tak ślicznych dziewcząt
Nigdy nie będzie tak pysznych ciastek
Reprezentacja naszego kraju nie będzie miała takich wyników
Już nigdy...
...

Nigdy ksiądz nie będzie mówił tak mądrych kazań

Właściwie to chyba nie chodzi o to że "to se ne vrati". Nigdy nie będzie, nigdy nie było, bo to by było zbyt piękne.
Śliczny clip:




Nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza
Nigdy nie będzie takiego lata

piątek, 10 lipca 2009

Rower, to musi być miłość

Kurierowi rowerowemu ukradli rower. Na placu Rodła, w środku dnia. Świat jest pełen kanalii. Przecież taki kurier zarabia tak marnie, że w 3 lata nie zarobi na nowy rower. A jak nie ma roweru, nie ma narzędzia pracy. I największej pasji; żeby w tym pracować, trzeba to kochać.
Przychodzi kurier do nas do biura; chcę się dowiedzieć, czy się może udało sprzęt odzyskać, więc zaczynam: "Słyszałam że jednemu z was ukradli rower". "Żeby to jednemu" wzdycha z rezygnacją.

W Polsce kradnie się wszystko. Nieodremontowana elewacja parteru zasłonięta reklamową płachtą udającą ciąg dalszy kamienicy. I o tę "niby ścianę" "oparty" nadrukowany rower. W nocy ktoś przyszedł z nożyczkami i ukradł ten rower. Między łopoczącymi na wietrze brzegami dziury widać obdrapany do kości tynk.

Rowerami jeżdżą tylko pasjonaci; przeciętny Polak traktuje swój pojazd jako przedłużenie penisa i najważniejszą formę manifestacji statusu materialnego. Heniu jechał sobie kiedyś rowerem dla przyjemności, a kierowca auta jadącego ulicą w tym samym kierunku otworzył okno, wychylił się i mówi do Henia: "Widzisz? Trzeba było pracować!"

piątek, 3 lipca 2009

Sumienie outsorcowane

Którzy to są – katolicy?” - zastanawia się ośmiu amerykańskich policjantów, usłyszawszy jakiego wyznania jest zabrany przez nich autostopowicz. “A! - przypomniał sobie któryś. “To ci, którzy nie używają kondomów!

Śmieszne? Nie, przerażające. Gdyby najważniejszą cechą katolickiej moralności, widoczną na codzień w życiu wiernych, było niewszczynanie wojen, niebicie żon, oddawanie połowy majątku ubogim... Gdyby pierwszym skojarzeniem z "katolik" było "miłujący bliźniego jak siebie samego"... Ale nie. Na świecie powstają bomby atomowe, dzieci są zmuszane do prostytucji lub zabijania, całe narody giną z głodu, rodziny rozpadają się przez alkohol, ale spośród tych zjawisk najintensywnej (najgłośniej?) zwalczanym przez Kościół Katolicki jest pigułka antykoncepcyjna. Ile na niedzielnych kazaniach słyszymy o rzetelnym płaceniu podatków, przemocy w rodzinie, uchylaniu się od pracy, złośliwości i intrygowaniu przeciw bliźnim, uczciwości wobec pracowników i pracodawców, prowadzeniu aut na trzeźwo, a ile o seksie – czystości przedmałżeńskiej, homoseksualizmie, kontroli urodzeń? Do tego stopnia, że mój młody kolega myśli, że seks "jest nagrodą za trud wychowania dzieci", więc bezpłodni i przekwitnięci, no i oczywiście homosexualni, nie mają do niego prawa. “Prawo do seksu”! Jakżeż chora musi być mentalność, która wytworzyła takie pojęcie!

Lektura blogu Artura Sporniaka "Małżeństwo pod rygorem" i przytaczanych tam opinii była dla mnie tym co dobiło moją niegdyś tak silną więź z Kościołem. Jedni uprawiają intelektualną woltyżerkę, budują wymyślne konstrukcje argumentacji żeby udowodnić że antykoncepcja jest zła z założenia - coś czego się nie da udowodnić, bo to przecież bzdura. Inni żyją nadzieją na “rozluźnienie stanowiska Watykanu”, wypatrując różnych znaków na niebie i ziemi, i spekulując co na ten temat będzie sądził następny papież. Takie podejście do etyki jest dla mnie absurdem. Czy ci ludzie liczą na to że może uda się przekonać biskupów, a oni przekonają papieża, a papież przekona Pana Boga i Bóg nie będzie ich strącał do piekła? Albo coś jest dobre albo złe, albo to robimy albo nie. Miliony zabezpieczonych aktów małżeńskich dziś są "wewnętrznie złe", a jutro, jak papież zmieni decyzję, takimi być przestaną? Czy trzeba będzie się wyspowiadać z tych sprzed decyzji również? Nazwałabym to “outsorcingiem sumienia”, “sumieniem scentralizowanym”. Jest ono oznaką niedojrzałości; podobnie niektórzy dorośli już ludzie nadal słuchają we wszystkim mamy, “bo jeśli to co ona mi kazała będzie miało złe skutki, to nie będzie to moja wina”. Nie chodzi o to żeby robić coś dobrego, unikanie zła też nie jest celem; chcą tylko żeby nikt się do nich nie mógł przyczepić.

Ojciec dwójki nastolatków, katolik, humanista po studiach zarabiający w zawodzie 1000 zł dowiaduje się, że moja znajoma po siedmiu latach starań zaszła w ciążę. “Ach, co za szczęście" - mówi; a ja myślę że cieszy się z przyszłymi rodzicami, że się w końcu udało. Ale on kontynuuje: – "Co za szczęście, siedem lat seksu bez ograniczeń i bez tych ciągłych nerwów, będzie miesiączka czy nie”. Jezus mówił o faryzeuszach: nakładają na ludzi ciężary których palcem nie chcą ruszyć. Nikt z wielce mądrych duchownych nie ma doświadczenia męczarni ciąży, horroru porodu, nikt z nich nawet nie towarzyszył żonie na porodówce, nie zrywał się co godzinę w nocy by karmić i przewijać. Nikt z nich nie leżał w łóżku koło żony, podczas gdy to już czternasta noc z rzędu kiedy "nie można". Ale to oni określają, jak mają żyć inni i jak mają się z tym czuć. Gdyby dzieci w dużych ilościach tak uszczęśliwiały wszystkich bez wyjątku, nie trzeba by było namawiać ludzi, żeby mieli ich tuziny.

Parę powyższych myśli oraz parę innych na ten temat było opublikowane w Tygodniku Powszechnym (list "Zniszczeni przez kalendarzyk")

wtorek, 30 czerwca 2009

Tomek Bagiński

foto: Tomasz Świerczyński, Luminance Studio (dzięki!)

Tomek Bagiński pokazywał w Multikinie swój nowy, bardzo piękny film Kinematograf, a potem można było porozmawiać z Mistrzem. Ujmująco skromny, inteligentny, sympatyczny człowiek. Młodym natchnionym grafikom, którzy go pytali "w którą stronę się rozwijać" odpowiedział niezwykle mądrze, że należy iść za głosem wewnętrznym, a nie za tym co aktualnie sugeruje rynek, bo za parę lat tendencje mogą się odwrócić.
Siedem lat temu Katedra powaliła mnie ogromnie. Dziwiłam się, czemu znajomi się dziwią, że na sześciominutowy film jadę do Warszawy pociągiem sześć godzin w jedną stronę, bo w moim mieście wojewódzkim nie można go było obejrzeć. Do dziś żadne inne dzieło sztuki nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.
Moja recenzja Katedry (opublikowana w "Pograniczach")

____________________________________________________________

sobota, 27 czerwca 2009

Koniec pewnej epoki


Jest piękny rok 2006. Delikatne światło poranka ciepło podkreśla urodę detali architektonicznych na elewacjach kamienic wokół placu Zamenhofa. Placem przemyka, odpaliwszy auto i pomachawszy mi zza szybki, pani Renata, która robi dla NCDC różne gadżety z logo. Właśnie przechodzę pod zegarem na Deptaku, niespiesznie idąc w stronę kochanego biura.
Pipip! - Amorfis przysłał SMS. "Kup mi proszę drożdżówkę, bo jak jechałem do pracy, to było jeszcze zamknięte".
Wchodzę do Duetu zatem - uśmiechnięta sprzedawczyni wprawia mnie w konsternację pytaniem, czy drożdżówka ma być z serem czy z truskawką.
- Hmm - mówię - to dla mojego przyjaciela. On przyjeżdża tu co rano na rowerze. Taki szczupły, ciemne włosy...
- A, jasne! - pani curkierniana już wie, który wariant preferuje Amorfis. Zjawisko, które nie mogłoby wystąpić w żadnym hipermarkecie.
I znów deptak - śliczne latarnie, wdzięcznie wygięte kształty ławeczek. W ciszy poranka słychać wróbelki, które śmigają po drzewkach rosnących w wielkich donicach. Dziewczyny właśnie otwierają kochaną Fanaberię i sponad doniczek z kolorową florą uśmiechają się do mnie. Uśmiecham się i ja, wiedząc że w przerwie w pracy lub po fajrancie wskoczę tu wypić czekoladę na gorąco, może w towarzystwie któregoś z moich uroczych przyjaciół. W drzwiach Galerii macha do mnie chłopak prowadzący zajęcia z lepienia ceramiki, pod którego okiem zrobiłam japońskiego duszka dla Tadka na prezent ślubny. Gołębie rozbryzgują poranne słońce, trzepocząc się w fontannie. Przez okno biura nieruchomości pozdrawia mnie znajomy pośrednik. A z przeciwka, w stronę drzwi niebieskiej kamienicy, tej samej do której i ja zmierzam, idą ukochani kumple z ukochanej Firmy.
Uśmiechają się do mnie promiennie.

I w tej chwili przenika mnie i otula niezwykłe uczucie, że to jest moje miejsce. Że jestem tu u siebie. Że je współtworzę, że coś w nie wnoszę, a ono mi sprzyja, jest przyjazne. Pierwszy raz w 30 roku życia poczułam się tak w mieście mego urodzenia, z którego zawsze chciałam wyjechać. Uczucie przynależności ogarnęło nie całe miasto co prawda, ale ten Deptak, jego najpiękniejszą ulicę.

Niebo jest wysokie i niebieskie. Będzie piękny dzień.

Teraz (czerwiec, 2009) piszę to siedząc z lapkiem w Fanaberii. Przed chwilą było tu Dziecko Emo, słodkie zjawisko do niedawna pracujące w Galerii. Parę tygodni temu wyjechał do Warszawy, teraz jest tu chwilowo, po wyniki matury. Iza, moja ulubiona kelnerka z Fanaberii, wraz z inną koleżanką, odchodzi z pracy. Bez nich to miejsce nie będzie już tym, czym było. Zresztą i tak zaglądam tu nie codziennie, ale góra raz w tygodniu, kiedy dziecko mnie wypuści. Biuro Firmy ukochanej od roku jest gdzie indziej i nie mijam już tych pięknych latarni, tego lśniącego bruku każdego poranka.

Deptak się rozpada.
Straciłam swoje miejsce na świecie. Znów jestem na banicji.

piątek, 26 czerwca 2009

Nikt nie rodzi się podatnikiem

"Płodzenie i rodzenie dzieci dla zapewnienia sobie utrzymania na starość jest instrumentalizacją życia ludzkiego. Domaganie się zaś od innych, aby rodzili dzieci, które będą pracowały na nasze emerytury, to instrumentalizacja nie tylko przyszłych istot ludzkich, ale także tych obecnych, mających być rodzicami" - z genialną trafnością pisze Janusz A. Majcherek w Tygodniku Powszechnym, i słusznie zauważa, że taka prokreacjonistyczna postawa, propagowana przez wielu polityków i licznych hierarchów jest głęboko nieetyczna, niezgodna z kantowskim postulatem „Postępuj tak, byś człowieczeństwa zarówno w twej osobie, jak też w osobie każdego innego używał zawsze zarazem jako celu, nigdy jako tylko środka”.
W tym samym artykule autor demaskuje też nierealność założenia, że każde dziecko stanie się w dorosłości podporą systemu ekonomicznego:
"Nawołując do zwiększenia przyrostu naturalnego, nie myśli się o zapewnieniu wystarczającej liczby przyszłych informatyków, finansistów czy menedżerów – tych trzeba wykształcić, a nie tylko spłodzić." Dzieci pochodzące z rodzin patologicznych - a te najczęściej są wielodzietne - z reguły zostają bowiem beneficjentami świadczeń socjalnych, a nie ludźmi pracującymi i płacącymi podatki.
Dodam od siebie, że w tym kontexcie wspieranie "becikowym" wszystkich po równo jest absurdem, a dodatkowy tysiąc złotych na "pępkową" wódkę dla "ubogich" to kwintesencja paranoi, w jaką popadło nasze "solidarne" państwo: wspierania przede wszystkim patologii, podczas gdy uczciwie pracujący, zdrowy społecznie obywatel nie tylko nie może liczyć na żadne wsparcie, odwrotnie: to ten któremu najłatwiej zabrać i porozdawać tym, którzy pracować nie mają ochoty.

niedziela, 21 czerwca 2009

Być człowiekiem. Być Bogiem.

What makes a man a man?
The cut of a coat, the hint of a tan?
It's not who you love, but whether you can.
Janis Ian (posłuchaj tu)

(Co czyni człowieka człowiekiem?
Krój płaszcza, odcień opalenizny?
Nie to kogo kochasz, ale czy potrafisz kochać.)



What penalty must we perform
for craving someone warm, somewhere upon this chilly planet?
A rifle butt against the head,
because we'd heard it said
that only God can make a man. It's true.
But only man can make a scarecrow out of you.
And only man can make a God who might approve.
Kristian Hoffman

(Jaką karę musimy wymierzyć
za tęsknotę za kimś ciepłym, gdzieś na tej zimnej planecie?
Kolbą strzelby po głowie,
bo słyszeliśmy że jest powiedziane
że tylko Bóg może stworzyć człowieka. To prawda.
Ale tylko człowiek może z ciebie zrobić stracha na wróble.
I tylko człowiek może stworzyć Boga, któremu to się podoba.)

(powyższe cytaty pochodzą z piosenek napisanych dla Matta; dla pamięci: mordercy tak go zmasakrowali bijąc kolbą broni, że rowerzysta który go znalazł przywiązanego do płotu, myślał że to strach na wróble)

Wolter miał rację mówiąc, że "Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, więc człowiek odwdzięczył mu się tym samym".

Jeśli pastor Phelps ma rację i Matthew jest w piekle, to ja wolę iść do piekła i być tam razem z nim, niż do nieba by spędzić całą wieczność z bogiem Phelpsa.

Solidarność z katem

Przeraża mnie siła psychologicznego mechanizmu, który powoduje że ludzie słysząc o krzywdzie i zbrodni próbują na siłę znaleźć w ofierze winę czy współodpowiedzialność, albo chociaż coś ohydnego. Skrzywdzonego człowieka starają się uczynić w swych oczach mniej ludzkim.
Może przez to, że postawa, która była przyczyną zbrodni, nie jest im obca. Różnią się od mordercy czy krzywdziciela tylko ilościowo, ale nie jakościowo. Skoro nie mierzi ich przemoc sexualna, to wymyślą że zgwałcona kobieta "sama tego chciała", "musiała go sprowokować". Skoro są darwinistami ekonomicznymi (jak ja) to agresja wobec bezdomnych ich mniej wzrusza niż agresja bezdomnych wobec pracujących. Skoro są homofobami, to znajdą usprawiedliwienie dla morderców gejów. Współ-odczuwamy tylko z podobnymi sobie; cierpienie "ruskich", "kałmuków", czarnoskórych czy Azjatów, przedstawicieli innych klas społecznych, religii czy mniejszości zawsze ma mniejszą siłę emocjonalną...
Wyczytałam na jednym polskim blogu taką bzdurę: rzekomo wielu chłopców spotyka się z molestowaniem sexualnym w dzieciństwie, co powoduje że żyją z ukrytą wściekłością do mężczyzn i dlatego ich atakują gdy dorosną. I już mamy "świetną" konstrukcję: geje są sami sobie winni, że są bici i zabijani (kilkanaście - kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych rocznie w samych Stanach; autor powyższych uzasadnień nie sprawdził, czy ci konkretni ludzie kogokolwiek w życiu skrzywdzili). Mamy usprawiedliwienie dla siebie i nam podobnych, jesteśmy niewinni; oni, ci odmieńcy, są winni. Jeśli nie znajdziemy potwora w skrzywdzonym, będziemy zmuszeni zobaczyć go w sobie, stanąć twarzą twarz z faktem, że nasza postawa prowadzi do czynów tak nieludzkich.
Mieszkaniec Laramie - współtwórca społeczności lokalnej, narodu, cywilizacji która wskazuje jako cel odmiennych, mówi: "Myślę, że to była trochę ich wina i trochę jego wina. No tak powiedzmy fifty-fifty".
Homofobia to choroba która bywa śmiertelna. Niestety umierają nie ci którzy są chorzy, ale ci którzy się z chorymi zetkną.

Jessica Weiser krzyczy (posłuchaj!!!)
I can hear your calls from the thousand miles away,
these are not unfamiliar cries,
turn off the TV and cover your eyes,
we are beating innocence until it dies...!
Judgments will not be erased.
Rage will never be replaced
if all we do is stand and watch
and shake out heads and then push it to the back of our minds
until it happens again...!

(Słyszę twe krzyki spoza tysięcy mil,
to nie jest nieznany płacz;
wyłącz TV i zakryj oczy,
bijemy niewinność, aż umrze...!
Osądy nie będą wymazane.
Wściekłość nigdy nie zniknie
jeśli wszystko co robimy, to stoimy, patrzymy
potrząsamy głowami i spychamy to na margines świadomości
aż to się znowu stanie...!
)

Co ja robię innego...?

sobota, 13 czerwca 2009

Homofobia zabija

Trafne myśli znalezione na necie:

Gdyby Bóg nie stworzył gejów, to by ich nie było.

Nie wstydź się miłości, wstydź się nienawiści.

Dlaczego w naszym społeczeństwie ludzie czują się bardziej komfortowo widząc dwóch mężczyzn trzymających broń palną, niż trzymających się za ręce?

(Lesbijka mówi:) Jestem osobą która musi ukrywać to czego świat potrzebuje najbardziej - miłość.

Z czyjej ręki zginął Matthew Shepard? Odpowiedź jest prosta: wszyscy którzy aktywnie promują homofobiczne środowisko, i którzy pozostają cicho w ich obecności.
Dwóch śmieci mogło trzymać broń, ale to my wszyscy pozostali wskazaliśmy cel.

Istota ludzka - pobity, przywiązany do płotu, pozostawiony by umarł na zimnie, bo ty nie zgadzasz się z tym kogo jego serce chciało kochać.

.

wtorek, 9 czerwca 2009

Być czy mieć

Jacek Podsiadło bardzo trafnie ujął to o co chodzi w stosunku do pieniędzy i wychowaniu dzieci.

Pytanie: Ale jak tato nie będzie miał pracy, to dzieci nie będą miały tych wszystkich rzeczy, które mają ich rówieśnicy. I będą się wstydzić, że ich ojciec jest do niczego, podczas gdy inni ojcowie potrafią zarobić kasę.

Podsiadło: Jeśli mówimy o dzieciach tak ukształtowanych, że najważniejsze w tatusiu są jego zarobki, to może pani mieć rację, ale to nie jest mój przypadek. Bo można się ścigać z innymi, żeby dziecko nie miało mniej niż większość rówieśników, ale można też skupić się na takim wychowaniu, dzięki któremu dziecko zrozumie, że mieć mniej wcale nie znaczy być gorszym. Ja usilnie się staram trafiać w taki złoty środek: żeby nie żyć w biedzie, ale też nie dawać ciała dla pieniędzy.


Jak wynika z ciągu dalszego wywiadu, udało mu się, przynajmniej jak dotąd. I ja mam taką nadzieję, że mi się uda. Że Alan będzie potrafił być niezależny od osądu równieśników, jeśli będzie to głupi osąd. Że będzie wiedział co jest ważne w życiu a co nie. Że jego wartość jako człowieka zależna jest nie od tego co MA - kasę, władzę, tytuły, stanowiska - czyli nawet nie "kim jest", ale przede wszystkim JAKI JEST - dobry, uczciwy, etyczny, reflexyjny, wrażliwy, samoświadomy, odpowiedzialny, i JAK JEST, w jaki sposób żyje, czy mądrze, czy bezsensownie.

Podsiadło dalej opowiada:
Ważniejsza od oszczędności jest pewność, że życie to coś więcej niż zarabianie pieniędzy. Tylko trzeba poczuć to życie, przeżyć coś niezwykłego. Dla mnie takim niezwykłym, najpiękniejszym przeżyciem był włóczęgowski okres mojego życia, kiedy zdarzało mi się doświadczać nędzy krańcowej i pędzić żywot kloszarda. I co mi teraz może jakiś kryzys? Dla kogoś, kto sypiał na dworcach i klatkach schodowych, dwa pokoje w bloku już zawsze będą wspaniałym apartamentem. Tylko że nawet kloszard musi mieć do kogo wyciągnąć rękę.


Heh. Ciekawe na czym to polega, że i mnie wizja przeproszenia się ze stopem nie przeraża. Jak człowiek nie ma pracy to ma dużo czasu. I może do Krakowa łapać okazję dwa dni. A jak się pracuje tak dziko jak ja, to szkoda mi czasu nawet na te 10h w pociągu i wtedy wybieram samolot (pomijam moje osobiste odczucie, że latanie jest wspaniałe samo w sobie). Większość ludzi z wyższych rejestrów finansowych jeszcze dba o "styl": "nie mogę pojechać do klienta rowerem i w byle czym" - czyli ciuchy, gadżety, fryzjer, samochód, drogie restauracje. Posiadanie pieniędzy jest bardzo kosztowne, a spirala konsumpcji sama się nakręca.

I ma rację - bez wszystkiego można się w życiu obejść, ale nie bez drugiego człowieka. Wsparcia drugiego człowieka. Dotyku drugiego człowieka.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Mój pierwszy raz...

Parafrazując Łonę: straciłam skuterowe panieństwo :-D. Adaśko mi pomógł :-D za co jestem mu dozgonnie wdzięczna. Było odlotowo :-) Zastanawiam się właściwie, dlaczego nie wzięłam się za to 15 lat temu??? Inne priorytety miałam. Szkoda tych lat. Teraz jestem trochę za stara i za słaba, żeby coś sensownego z tego wyszło. Ech, gdyby na świecie nie było skrzyżowań i innych pojazdów i ludzi, na których trzeba by było uważać, byłoby o tyle prościej :-)

I nie wiem jeszcze co mnie najbardziej w tym zadziwia, że jednak się odważyłam i nawet coś tam mi się udało zrobić na tej maszynie, czy że w tych chorych zaganianych czasach człowiek z własnej inicjatywy poświęcił mi pół dnia swojego czasu.

Chyba pierwszy raz w życiu dotarło do mnie, że starość jest coraz bliżej i że nigdy już nie odzyskam straconych szans.

Fotki ze skuterowania

.