Poranek w wyrku. Alanek zauważył że jestem w niebieskiej koszulce.
-Mama jest Łonom.
-Dlaczego?
-Bo jest niebieska.
-A ty Alanku też jesteś Łoną?
-Alanek jest Alankiem, tata jest tatom, a mama jest Łonom.
Na podstawie powyższego obrazka Alanek twierdzi że "Łona jest niebieska"
Łona jest geniuszem.
Wiem, że nie jestem odkrywcza, ale nie muszę.
Uwielbiam go - po pierwsze jako człowieka: w kontakcie bezpośrednim jest ujmująco skromnym, bezpretensjonalnym facetem, spokojnym i szanującym dyskutantem, który mógłby każdego w jednej chwili rozsmarować na ścianie ostrą brzytwą swojej przenikliwej inteligencji, ale tego nie robi. Złośliwość jest orężem, którym posługuje się mistrzowsko, ale używa tylko w potyczkach ze starannie dobranymi debilizmami zbiorowymi, nie przeciwko konkretnym ludziom.
Uwielbiam Łonę, po drugie, jako felietonistę, czyli obserwatora i analityka rzeczywistości - prześwietla z zegarmistrzowską dokładnością debilizmy i absurdy naszego życia społecznego i potrafi pokazać je jak w soczewce, opisując jedną scenę, sytuację lub rozmowę, która dogłębnie exemplifikuje dane zjawisko (np. "Jesteśmy w kontakcie" i "Święty spokój" - moje ulubione utwory z najnowszej płyty "Cztery i Pół", godne następstwo klasycznych "My się znamy" czy "Raperzy są niedobrzy").
I uwielbiam Łonę tertio jako poetę - bo swoje obserwacje ujmuje mistrzowsko w słowa operując logosem i logosferą precyzyjnie jak chirurgicznym skalpelem, zarówno wyrażając zachwyt, jak wtedy gdy mówi czule o Helmucie (trabancie): "nie pali dużo, a na pewno mniej ode mnie" jak i gdy się wnerwia na kelnera: "typ stał pewnie tam gdzie ZOMO, bo niesie mi padakę wybieloną, myślę: o, zapłacisz za dyshonor". Perfekcyjne są te jego życiowe porównania, jak: "Łona i herba, jak Stalin i Beria" czy w "Panie Mahmudzie": "pan zaglądasz do Koranu rzadziej niż ja do Pani Domu" albo w "Artysto drogi": "zaangażowany w rap który robisz / jak aktorka filmu porno w dialogi". Zmysł liryczny ma równie wyrafinowany jak dramaturgiczny, przykład pierwszy z brzegu: "Rozmowa" (z Bogiem):
Władza to banda cwaniaków z największym na czele,
a Biblia dawno już przestała być bestsellerem"
"Hmm. to może jeszcze raz Mesjasza ześlę?"
"Nie wygłupiaj się, skończy na elektrycznym krześle!" (...)
(...)Bóg zaczął wrzeszczeć:
"Zrobiłem już jeden potop, mogę zrobić go raz jeszcze!"
"Bój się Boga!" "Kogo?" "O, przepraszam.
Ale byłaby to największa kaszana z wszystkich kaszan!" (...)
Więc ludzie, zróbmy coś żeby świat był lepszy,
bo On zadzwoni i znowu mnie opieprzy.
Estetyka audialna rapu rozmija się kompletnie z moją wrażliwością, więc takiej muzyki nie słucham, ale Łonie, z podanych wyżej powodów, nie potrafię się oprzeć. :-)
Grudniowy koncert Łony, Webbera i The Pimps był wspaniałym przeżyciem, mimo iż klub Słowianin jak zwykle beznadziejnie nagłośniony, niemniej texty i tak znam na pamięć, podobnie jak cała publiczność, co było słychać gdy Łona podawał nam mikrofon, nie tylko na refrenach. Zresztą zobaczcie sami - "mnóstwo nieodebranych połączeń, odebranych niepołączeń":
Fani znali nie tylko najnowsze numery ale też utwory z poprzednich płyt, włącznie z pierwszą, wydaną w czasach, kiedy większość z obecnej na sali młodzieży była jeszcze niepiśmiennymi pacholętami. Umknęło to mojej uwadze, ale Skoniak uświadomił mi, że on i ja byliśmy najstarszymi osobami na sali, urodzonymi wcześniej nawet niż występujący artysta. Jak to mówił Jan Krzysztof Kelus "to nie my się starzejemy to się inni robią młodsi". Zresztą - naprawdę warto było to zobaczyć: tłum dzieciaków epoki internetowej, które nie odróżniają bez użycia Gógli kto Różewicz a kto Rodowicz, gdy Łona wyskandowawszy "ta celebrytka wolne chwile zaczytuje, nie wiem, ..." skierował mikrofon w stronę widowni, kilkaset nastoletnich gardeł wykrzyknęło: "Mrożkiem!"
Największy artysta, jakiego wydało portowe miasto Szczecin* jest też patriotą lokalnym, czego wyrazem są topograficzne konkrety obecne na każdej płycie, a już zwłaszcza na koncercie granym w mieście z "mglistym widokiem na Floating Garden". Więc było i nowe "Bez mapy" i klasyczne "Do Ciebie Aniu szłem". W tym pierwszym utworze Łona popełnia autointertextualizm: "Więc skręcam w Piłsudskiego i przecinam Odrodzenia
A tu ironia losu wstrętna, bo przede mną Szarych Szeregów
Kiedyś - nie pamiętam" ;-) To nawiązanie do "Ballady o szlachetnym czorcie" z 2004 r., gdy opowiadał jak to nocną porą: "Ja spacerkiem do domu wracam po alei Piastów (...) Aż dochodzę do placu Sprzymierzonych, kiedyś Lenina" Zaś przed przywołaniem opowieści o tym, jak z buta, a właściwie z klapka, szedł na imprezę na Bezrzeczu, Łona pozdrowił obecnych na sali Anię i Kulę, czyli inspiratorów tamtej historii, która jak widać nie jest wyłącznie wytworem łońskiej wyobraźni, swoją drogą - nieograniczonej.
To tyle moich zachwytów drodzy Czytelnicy, a teraz - kto jeszcze tego nie zrobił - grzejcie lacze do empiku po nową płytę "Cztery i Pół" bo trzeba wspierać artystę rodzimego, aby mógł wyżyć ze sztuki i nią się zająć przede wszystkim, a nagrodą za nabycie legalnego exemplarza będzie obecny w środku piękny zestaw fotek Łony i Webbera oraz opis z jakiego instrumentarium korzystali tworząc płytę (dobrze jest zapoznawać się z nim na kiblu bo przeczytawszy trudno powstrzymać siurnięcie ze śmiechu).
Zapraszam na stronę o Matthew Shepard.
Stworzyłam ją na podstawie wszystkich źródeł jakie udało mi się na ten temat sprowadzić zza oceanu.
Dziękuję za pomoc wszystkim którzy mieli w tym udział, szczególnie Dziunemu i Magdzie The Teacher.
Śniło mi się że kurierzy rowerowi mieli ustawkę z karkami pod moim domem. Ustawka była honorowa - jeden na jeden, żeby nie było wykorzystywania przewagi liczebnej. Kurierzy przyjechali na rowerach z żółtymi plecakami oczywiście, po czym roznieśli dresów w piździec. Było to katartyczne doświadczenie obserwować jak chudzi, żylaści, długowłosi spuszczają łomot łysym przypakowańcom. :-D Dziękuję :-D
Gdy moje dziecko miało trzy i pół roku, pierwszy raz od jego urodzenia byłam w pracy po godzinach, do 23:45.
Pamiętam że w intelektualnych dyskusjach w duszpasterstwie akademickim często poruszano problem relacji religii i wolności. Młodzieży pytającej dlaczego Kościół wystosowuje tyle zakazów i nakazów, odpowiadali duchowni, że ich wątpliwości to objaw niedojrzałości i roszczeniowej postawy, bo zamiast "wolności-od" należy szukać "wolności-do". "Wolność do" miała obejmować głównie postawy propagowane przez organizatorów, tak jak poświęcenie dla bliźniego lub płodzenie dużej ilości potomstwa oraz rezygnacji z rozwoju zawodowego na rzecz wychowania (oczywiście to ostatnie wyłącznie przez kobiety).
Kościół katolicki jednakowoż, w przeciwieństwie do protestanckich, marnie wspiera etos pracy. Praca w naszym kraju to synonim udręki i zniewolenia, czego wyrazem są takie nacechowane określenia jak "zatrudnienie" i "zwolnienie", "dni wolne od pracy".
Praca po godzinach, czy też ogólniej - wolność zadecydowania, w jaki sposób spędzi się wieczór, to ciężko osiągalny luxus; zarazem tak banalny, powszedni i niezauważalny dla ludzi wolnych-od-dzieci. Kiedy jest się kobietą-matką-pracownikiem, być w pracy o 23:45 to luxus. Siedząc w ciepłej ciemności biura, w złotawym kręgu światła rzucanym na biurko przez lampkę, tworząc rzeczy potrzebne ludziom, czułam się człowiekiem wolnym. To chyba była ta wolność-do: wolność DO pracy.
W naszym kraju bałwochwalstwo idei rodziny jest tak głęboko zakorzenione, że nawet lekarzy pierwszego kontaktu (podstawowej opieki zdrowotnej) nazywa się lekarzami rodzinnymi, mimo że wcale nie ma obowiązku by cała rodzina przypisana była do tego samego lekarza, ani nie ma żadnych przeciwwskazań by leczyli się u nich ludzie stanu wolnego, nie wchodzący w skład żadnej rodziny. Co więcej, najzapamiętalszy singiel również ma swojego lekarza "rodzinnego" (!)
Reliktem czasów zamierzchłych jest w ogóle pokutujące, także w systemie prawnym, przeświadczenie że więzi rodzinne to te najsilniejsze. W PRLu nie można było dostać paszportu jeśli miało się krewnych za granicą. Obowiązek przekazania spadku biologicznym krewnym, choćby się z nimi nie miało nic wspólnego, spłacania długów po ojcu, którego się nawet nie znało, czy założenie, że ci z którymi się mieszka mogą odbierać twoje listy polecone, to tylko kilka absurdów wygenerowanych przez ten pogląd. Przecież najsilniejsze nienawiści są często między żoną a mężem, bo się zdradzają lub nie dogadują, między braćmi walczącymi o spadek, między rodzicami i dorosłymi już dziećmi, bo nie spełniły oczekiwań, bo skrzywili lub skrzywdzili wychowując. Para będąca formalnie ze sobą może być w trakcie sprawy rozwodowej, a w świetle prawa ma nadal taki sam status jak zakochane gołąbki w czasie miesiąca miodowego.
W naszych czasach relacje międzyludzkie, podobnie jak religia, to nie jest już coś, co się dziedziczy, do czego jest się przypisanym urodzeniem, ale coś co się wybiera, otaczając się ludźmi z którymi czuje się wspólnotę wartości i poglądów, albo chociażby zainteresowań. Więzi takie, nie obciążone powinnościami i przymusem naginania się do nich, są często bardziej szczere, trwałe i zdrowe niż te narzucone nam przypadkiem loterii genetycznej.
Więzi "nierodzinne", choćby nie wiem jak bliskie, nie mają znaczenia dla instytucji państwowych. Nie można na ich podstawie domagać się udzielenia informacji lub odmówić składania zeznań. Żeby zgłosić zaginięcie na policji, musi tam się wybrać krewny, nie może tego zrobić np. kohabitant(ka) zaginionego. Albo ta zasrana medycyna... Parę miesięcy temu wydarzyła się traumatyczna sytuacja: mój przyjaciel umiłowany miał wypadek u nas w biurze. Do karetki mnie nie zabrali, na własną rękę dostałam się do szpitala, na ostrym dyżurze na oddziale ratunkowym na szczęście nikt o nic nie pytał, ale gdyby, to wcale nie miałam prawa z nim tam być. Bo nie jestem "rodziną". A naprawdę, niewielu jest ludzi którzy znaczą dla mnie równie wiele co ten człowiek, tak samo ja jestem jedną z najbliższych mu osób. A dla prawa i instytucji jesteśmy dla siebie po prostu nikim. Przyjaźń nie ma osobowości prawnej.
Przez dłuższy czas, słuchając Listy Przebojów Programu Trzeciego, musiałam wyłączać radio na parę minut, kiedy pojawiała się pewna piosenka strasznie mnie wnerwiająca. Nerwy mi puściły, kiedy w podsumowaniu rocznym znalazła się na podium, i to obok mojego ukochanego Blackfielda. Zaburzyło mi to radość z faktu, że w Trójce tak szeroki oddźwięk znajduje muza tak niszowa jak duet Wilson&Geffen (Żyd, a jakże) czy kompletnie niemainstreamowa jak Gotye i Kimbra, którzy od 13 tygodni okupują pierwsze miejsce. Dobrze to świadczy o słuchaczach. A zarazem ci sami słuchacze głosują usilnie na utwór, w którym facet żali się całemu światu, że mu żona nie daje dupy.
Rozumiem ten ból i rozumiem chęć jego expresji. Nie rozumiem, że ta żałosna i żenująca opowieść znajduje wśród słuchaczy Trójki taki oddźwięk. Japinkole! "Nie podniecaj się, oglądać tak, dotykać nie, minęła pora godowa, teraz tylko boli głowa". Czyli przeciętny słuchacz utożsamia się z tym "podmiotem lirycznym"?! Jest to czterdziestolatek, ma żonę, która, zapewne wymęczona dwoma porodami, pracą zawodową, ogarnianiem domu, odwożeniem do przedszkola i ganianiem po pediatrach, potem szkołą i wywiadówkami, potem własnymi problemami ze zdrowiem i pomaganiem starzejącym się rodzicom, nie ma siły ani właściwej jej naturze motywacji do erotycznych uniesień, co powoduje permanentną frustrację małżonka. Mówiąc o motywacji, mam na myśli to, że u większości kobiet sfera sexualna jest napędzana przez sferę emocjonalną, a ta w wieloletnich związkach niemal zawsze jest zaniedbana. ("Dostarczenie sobie wzajemnie orgazmu jest na pewno prostsze niż dostarczenie sobie poczucia bliskości" - polecam text Sroczyńskiego) Zresztą jak ta żona ma być emocjonalnie doinwestowana, skoro jej mąż najwyraźniej nie widzi i nie stosuje w praktyce różnicy między dotykaniem a kopulacją (co widać w zacytowanym fragmencie). Facet jest najwyraźniej zbyt leniwy by odciążyć z codziennego kieratu i dopieścić uczuciowo żonę (i w ten sposób zmotywować ją do obowiązków małżeńskich - i kochany, jedno śniadanie do łóżka nie wystarczy, a już zwłaszcza jeśli za każdym razem trzeba zapłacić za nie ciałkiem) lub by znaleźć sobie kochankę (bo to się trzeba i postarać, porozmawiać, do restauracji zabrać...). Z kochanką/kochankiem jest łatwiej bo wtedy żona/mąż z bachorami w domu i nie trzeba ich zawozić do babci, żeby pójść na kolację przy świecach. I generalnie życie byłoby takie proste gdyby ludzie nie mieli w głowach nasrane schematami wymyślanymi tysiące lat temu w zupełnie innych kontextach i zupełnie innych celach. Zostały nam w spadku puste formy które nie wyrażają już zupełnie dawnych treści, wszyscy je gdzieś tam łamią lub tęsknią za tym, niepotrzebnie robiąc sieczkę z życia sobie i innym. Kurde, jak zaczynałam pisać ten post to nie sądziłam że ta durna piosenka doprowadzi mnie do tak daleko idących wniosków.
Kiedy w nasze progi, szeleszcząc piórami
sfruną białe anioły z gwieździstego nieba,
gdy im pozwolimy, by usiadły z nami,
słuchając, jak mówimy, czego nam potrzeba,
gdy nasze niedostatki, marzenia, tęsknoty,
pod drzewko położą, pod świec migot złoty,
i rzekną "wybieraj, bo wystarczy wierzyć;
życie twoje wyłącznie od ciebie zależy" -
I gdy w sobie uśpione zbudzimy żywioły,
kiedy nas ogarną miłości płomienie,
gdy dla bliźnich będziemy tak jak te anioły -
wtedy przyjdzie do nas Boże Narodzenie.
Niesamowite. Całe moje rozumienie świata wyłożone przez naukowca. A ja ciągle myślałam, że jestem kalekim exemplarzem mojego gatunku, alienem z innej planety, który ma przerosty w jednych miejscach i niedobory w innych, i dlatego nie może się zsocjalizować. A tymczasem może wcale tak nie jest.
"Neurony lustrzane łączą nas niewidzialnie nie dla agresji, nie dla przemocy, nie dla egocentryzmu, nie dla utylitaryzmu, ale dla bycia razem, więzów, czułości, towarzyskości. To co nas napędza to potrzeba przynależności"
Hondo, moja żono, tyś najlepszą z dam. Już mnie nie opuścisz, już nie będę sam.
Nie opuściła mnie. Jest w garażu. Ale długi czas nie będzie można jej dosiadać... Taki kalendarzyk małżeński...
Mówią Honda to nie wszystko. Można bez niej żyć. Lecz nie wiedzą o tym ludzie że najgorsze w życiu to samotnym być. To samotnym być.
dopisane nazajutrz: Komentarz Ryby: Kiedy w gasnących blaskach słońca
Czerwona jesień wolno znika,
Wypuść spomiędzy ud Japońca
I szybko zaproś tam Kazika!
A gdy wspomnienie dwóch manetek
Rozświetli chucią Twą zadumę,
To najpierw zaparz mu nagietek
A potem dosiądź i pal gumę!
...gdy zaczną na tysiączną modłę ojczyznę szarpać deklinacją i łudzić kolorowym godłem i judzić "historyczną racją" o piędzi, chwale i rubieży, o ojcach, dziadach i sztandarach, o bohaterach i ofiarach; gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin pobłogosławić twój karabin....
Ten text napisał Julian Tuwim; dziesięciolecia później Jan Krzysztof Kelus, opowiadał: Gdy do wojska szedł Jacek Staszelis
Tak po studiach - na rok - nie na front
(a było to) W czasach gdy trudno jest zdradzać
bo trzeba by najpierw uwierzyć
że dobro ojczyzny wymaga
by fizyk był przez rok był żołnierzem
(więc śpiewał): Boże pozwól bym potrafił
Gdy ojczyzna mnie zawoła
Zamiast piersi wypiąć dupę
BO TA NAFTA NIE JEST MOJA
Ostatnie dwa tygodnie spędziłam chodząc po Asyżu. Byłam w katedrze, gdzie chrzczono Franciszka (1182 rok), w bazylice wybudowanej dla niego parę lat po śmierci (1226) gdzie przechowuje się modlitwy i reguły pisane jego ręką. Freski Giotta i innych, pokrywające ściany i sklepienie bazyliki, zmieniły bieg historii europejskiego malarstwa. W tym czasie w kraju Polan i Wiślan była kompletna dzicz. Hotel, w którym mieszkaliśmy, mieści się w skrzydle pałacu wzniesionego w 1500 roku, i jak na asyskie warunki, jest naprawdę niezbyt starym budynkiem. Skoro tam, wtedy, była taka kultura, to nic dziwnego, że zafascynowali się nią ludzie z kurnych chat północy. Łacina i sztuka Włoch były dominantą europejskiej logosfery w tamtym czasie. Wkrótce nacjopuryści wymyślili pogardliwe określenie "makaronizm" na wyrazy z innych języków użyte w polskojęzycznych wypowiedziach. Wiele z tych lexemów wsiąknęło w tkankę języka polskiego tak głęboko że obecnie nie domyślamy się ich italskiego źródłosłowu. Np. "dom" jest zapożyczeniem z łaciny.
Basilica di San Francesco, 1235, Assisi
Mechanizm ten jest prosty. Społeczeństwo najlepiej prosperujące ekonomicznie ma najwięcej "mocy przerobowych" które można zwolnić z walki o biologiczne przetrwanie, i umożliwić im zajęcie się rzeczami niepotrzebnymi: pisaniem, malowaniem, rzeźbieniem ozdóbek na fasady domów. Po Italii w międzynarodowej kulturze ton nadawać zaczęła Francja. Lingua franca zastąpiła łacinę na pozycji języka międzynarodowego. W Polsce, jak i wszędzie, Paryż, "stolica świata" był ostateczną wyrocznią we wszelkich dziedzinach. Potem tę rolę przejęły kraje anglojęzyczne. Polacy "paw narodów i papuga", ulegali tym wszystkim modom i asymilowali do swojej kultury wymysły innych nacji. Nie wynarodowili się jak widać. Zatem nie wynarodowią się i tym razem. Fascynacja lepiej rozwiniętymi kulturami pozwoliła im wzbogacić własną. "Jeśli ja mam dolara i ty masz dolara, i wymienimy się, każde z nas będzie mieć po dolarze. Jeśli ja mam ideę, i ty masz ideę, i wymienimy się, każde z nas będzie miało dwie". Rozmaitość jest wartością.
Dyskusja pod poprzednim postem zbyt się rozmydliła, żeby podjąć precyzyjnie postawiony problem. Nie chodziło mi wszakże o ocenę moralną Palikota czy Urbana, bo to nie ich chciałam zrozumieć, tylko konserwatystów. Nawet jeśli ci pierwsi są kanaliami, nie usprawiedliwia to chamskiego uzurpatorstwa tych drugich.
Dla Tomka W specjalnie zastosuję zawężoną definicję konserwatystów (wszak stwierdził że homogenicznie postrzegam) - powiedzmy, że chodzi mi o tę część frakcji prawicowo-konserwatywnej (i opcjonalnie: katolickiej) która dzieli z Terlikowskim postawę pretendowania do bycia obywatelem/ugrupowaniem które ma jakoby większe prawa do określania czym ma być Rzecz Pospolita, i do narzucania innym swoich rozwiązań, także dotyczących spraw osobistych. Jak zauważył Ryba,wcale nie jest to nurt tak wąski i może nie ograniczać się jedynie do czytelników Frondy. A jak zauważył trafnie Amorfis (Paweł S), różnica między nurtem, nazwijmy to, otwartym, a nurtem, nazwijmy to, konserwatywnym, polega na tym, że ci drudzy mówią: popieramy wyższe wartości, ale tylko, gdy są realizowane na nasz sposób; zaś ci pierwsi: niech każdy realizuje wartości po swojemu. Sprawa podejścia do homosexualnych jest tu tylko jednym z przykładów; konserwatyści twierdzą: wolno wam kochać i zawierać związki, ale tylko jeśli robicie to na sposób, jaki my uważamy za słuszny; liberalni zaś: niech każdy kocha tak, jak go Pan Bóg stworzył. Jak bowiem zauważył Amorfis, ludzie opowiadający się za afirmacją związków jednopłciowych (grupa ta nie ogranicza się wyłącznie do samych gejów) nie próbują narzucić heterosexualnym swojej opcji, podczas gdy ich przeciwnicy ideowi tak właśnie czynią.
Niestety Anonimowy komentator zdaje się tego nie zauważać, dlatego parafrazuje moje pytanie w ten sposób: "Na czym polega fakt, że pederaści i komuniści czują się właścicielami Polski". Co do komunistów, nie wiem czy istnieją jeszcze prawdziwi komuniści; co do homosexualnych i tych, którzy mają z nimi empatię, jak już wspomniano, nie postulują oni likwidacji instytucji małżeństw dwupłciowych i wprowadzenia wyłącznie jednopłciowych. Niestety Anonimowy swym komentarzem potwierdził moją diagnozę swej, jak mniemam, konserwatywnej frakcji. Nie potrafią oni wyjść poza swój punkt widzenia, dlatego imputują innym własne postawy, w tym postawę narzucania swej ideologii ogółowi, której to postawy ludzie o światopoglądzie otwartym nie wykazują, QED, przez Amorfisa. Swój bardzo długi wywód TomLee kończy stwierdzeniem "lewica jest znacznie gorsza" - i tutaj podobnie jak Anonimowy próbuje usprawiedliwić nędzę jednych nędzą drugich. Niestety grzechy bliźniego nie rozgrzeszają nas, a tym bardziej nie dają odpowiedzi na zagadnienie będące tematem posta.
TomLee podawał różne przesłanki, dla których prawica miałaby się czuć pokrzywdzona i nieszczęśliwa (o ile dobrze zrozumiałam). Bezpodstawność tego cierpiętnictwa wykazał Ryba, który na stwierdzenie TomLego "Konserwatyści i prawica mimo iż czynnie uczestniczyła w rozmontowaniu systemu komunistycznego nie została dopuszczona do budowania władzy" opowiedział zapytaniem: "- kto [w 2005 r] dopuścił PiS do budowania władzy? - czy demokrację należy cenić tylko wtedy, kiedy demokratycznych wyborów pokrywa się z naszymi preferencjami?" Szacun za trafność.
Nie wątpię, że konserwatyści szczerze czują się pokrzywdzeni, niemniej żaden z powodów przedstawionych przez TomLee nie wyjaśnia kwestii postawionej w pytaniu, dlaczego Terlikowski i jemu podobni uważają, że Polska jest ich własnością i mogą ją oddawać lub nie, dlaczego twierdzą, wbrew wynikowi demokratycznych wyborów, że dla ich przeciwników ideowych nie ma miejsca w życiu publicznym.
I jeszcze kurioza z dyskusji. TomLee: "Polska jest narodem od czasów zaborów poddawanym różnej skali programom wynaradawiania. Obecnie ma to nadal miejsce- przykład z pierwszej półki- ilość piosenek w radio śpiewanych po polsku- taki najpopularniejszy- RMF FM." Ryba: "Mieliśmy kiedyś naszych miejscowych zawodników: Trygława, Peruna, Świętowita i całą masę innych.
Czy wprowadzenie na ich miejsce postaci o cokolwiek podejrzanej proweniencji wraz z napływowym personelem naziemnym nie było oczywistym spiskiem, który doprowadził do wynarodowienia Polan?
Żydowsko-niemiecko-czeski spisek!"
Ryba przyznaje, że dał się wynarodowić afrykańskim polirytmiom Petera Gabriela. Na co i ja przyznać muszę że jestem wynarodowiona - moi faworyci to wynarodowieni Riverside (z Polski, ale śpiewają po angielsku) oraz Blackfield: duet złożony z Brytyjczyka (czyli native'a narzucanego nam języka) i, jakże by mogło być inaczej, Żyda.
"musimy walczyć. Ja nie zamierzam oddać wyznawcom Palikota i Urbana naszego kraju, nie mam ochoty umożliwić im jego zniszczenia." - nawołuje do dżihadu Terlikowski. "Nie chcę żyć w państwie, w którym standardy wyznacza taki człowiek (...)" (podkr. moje).
No pewnie, panie Terlikowski. Pewnie że nie oddasz, bo nie możesz oddać czegoś co nie jest twoje. W końcu ten kraj, który określasz "naszym krajem" to Rzeczpospolita, Res Publica, Dobro Wspólne, i należy w takim samym stopniu do ciebie, jak i do mnie, jak i do każdego obywatela, niezależnie od tego jaką religię i jaką partię popiera. Każda jednostka współtworząca społeczeństwo ma prawo w takim samym stopniu wpływać na realizowane w nim wartości.
Niech mi ktoś wytłumaczy w końcu. Na czym polega fakt, że konserwatyści i katolicy czują się właścicielami Polski. Skąd bierze im się w głowach przeświadczenie, że to oni powinni określać, wedle swojej "ochoty", w jakim kierunku podążał będzie nasz kraj.
Nie chcę żyć w państwie, w którym standardy wyznacza taki człowiek.
(Błogosławieństwo, ale i przekleństwo internetu, nawet tu, w Asyżu, mieście miłości i pokoju, nie ma chwili odpoczynku).
Powietrze tam przejrzyste jakoś tak inaczej, jakby nie było zwykłym powietrzem, ale jakimś drogocennym kryształem - ach, jakiż nonsens: nie ma żadnego brylantu cenniejszego niż powietrze, bo przecież dzięki nie mu w każdej minucie żyjemy. Powietrze jest odzwierciedleniem miłości tego, który podobnież w każdej chwili nas stwarza.
Piaskowiec z którego wzniesiono średniowieczne mury, liście kilkusetletnich oliwkowych drzew. Nie po prostu żółte, zielone. Zabarwione szarością, jakby oddychały barwą habitu Francesco. A jednocześnie - tak jakby lśniły przez powierzchnię kosztownym złotem. Jakiż fałsz - złoto, zimny metal, nie mogący być pokarmem dla ciała ani przytuleniem dla duszy - jakżeż bezużyteczny w tym, co naprawdę potrzebne do życia, oszukuje nas, że jest tak cenny.
Forteca Rocca Maggiore
Najwyższym punktem Asyżu są ruiny fortecy, wpisane w pierścień murów i wież obronnych. To stąd rozciągali swą władzę nad ciałami i majątkiem mieszkańców miasta różni władcy. To stąd wysyłali swe armie by tej władzy i dóbr doczesnych broniła. Siła i przemoc. Zostały z nich tylko gruzy. A trwają i kwitną życiem świątynie wzniesione z miłości dla tych, którzy najgłębiej kochali. Którzy żyli regułą posłuszeństwa i ubóstwa - odwrotnością żądzy posiadania ludzi i przedmiotów.
Kościół świętej Klary
Basilica San Francesco
Błękit nieba, ciemna zieleń cyprysów, piaskowy odcień kamieni, niuanse zieleni umbryjskich wzgórz, zapach deszczu - tutaj są zupełnie inne, niż gdziekolwiek na świecie - bo to miejsce nie jest na świecie: ono jest przedsionkiem raju.
Cztery lata temu zakochaliśmy się w tym mieście. Ale ja dalej w biznesie. Zachwycając się wolnością jaką Franciszkowi dała bieda, pracuję nad zaspokajaniem materialnych potrzeb ludzi.
To miejsce jest moją ojczyzną. Nie wyjeżdża się tam - tam się wraca. Tu jestem na banicji.
Gdybym wiedziała że za trzy dni umrę i mogę zrobić tylko jeszcze jedną rzecz - wróciłabym tam, do Asyżu.
Zamek Xiążąt Pomorskich, 03 września 2011, g. 18:00.
Zebrane fundusze posłużą wsparciu żony i dzieci motocyklisty zabitego przez pijanego kierowcę. Sprawca wypadku uciekł i jest ścigany listem gończym - jego nieobecność uniemożliwia uzyskanie odszkodowań. Żona Yossariana, ciężko ranna w tymże wypadku, do dziś przebywa w szpitalu.
Duży dziedziniec zamkowy: koncert Beaty Andrzejewskiej, Joanny Prykowskiej & The Forest, wystawa oraz sprzedaż fotografii Yossariana; Mały dziedziniec zamkowy: społeczna akcja profilaktyczna mająca na celu przeciwdziałanie prowadzeniu pojazdów pod wpływem alkoholu z udziałem symulatorów wypadków Komendy Wojewódzkiej i WORD Lewy taras zamkowy: prezentacja motocykli zorganizowana przez przyjaciół Yossariana
No i zastanawialiśmy się, rozkminialiśmy. Czy pijanego kierowcę, który zabija motocyklistę, można nazwać mordercą. Tymczasem on, decyzją sądu nie osadzony w areszcie - znika. Tymczasem, bez oskarżonego, nie można zacząć spraw sądowych i odszkodowawczych. W końcu prokuratura ujawnia dane sprawcy i wystawia list gończy.
Tak się trochę zastanawiam, czy dyskutanci-moraliści-semantycy pozwoliliby w tym kontexcie nazwać go, jeśli nie mordercą, to chociaż kanalią, łajdakiem? Ale to nie ma teraz znaczenia.
Jeśli widzieliście gdzieś tego człowieka: Józef Kuśmierek - dzwońcie na policję
Lakierowanie – finisz :-)
-
I po lakierowaniu. Efekt wyszedł piorunujący. Takiej lalki jeszcze świat
nie widział – fabryka się chowa. Nowe malowanie to własna interpretacja
malowania ...
Twórca Faktoidu przerywa milczenie !!!
-
Jak wiedzą o tym blogobywalcy, do mediów portalowych odnoszę się bez
entuzjazmu - mówiąc bardzo łagodnie. Oryginalne jakościowe materiały
pojawiają się w...
Ruch wyzwolenia memów
-
Jakiś czas temu, w jakiejś dyskusji o kryteriach wartościowań etycznych,
zastanawiałem się *czy ludzie będą kiedyś skłonni poświęcać zdrowie i życie
dla...
Zagrzeb - Berlin
-
To już więcej jak miesiąc mija, jak byłem na objeździe po miastach
wymienionych, ale że to z roboty, to wycieczka nie dostarczyła pełni
wrażeń. Ale co tam,...
Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi...
-
Lekcja malowania tuż przed Świętami. Pani B. rozpoczyna rozmowę, w której
naprowadzi Misiaki na to, co dziś będ ą malowały.
- Z czym Wam się kojarzą Święta...
Wiosna grudniową porą - reminesencje pospotkaniowe
-
*Chwała!*
W ostatni przedświąteczny wtorek mieliśmy okazję zaszczycić swoją osobą
(ech ta wrodzona skromność ;)) XIII spotkanie szczecińskiej jugi. Spotkan...
Ren
-
Bo najwygodniej to mi się spało w rogach człapiącego Łosia. Dziwne jednak
było to, że rogi owe były dosyć miękkie i pokryte delikatnym meszkowym
włosiem,...
Korpobiblioteka
-
[image: A:Co tam słychać u Eri? B:Postanowiła nauczyć się programować.
Dorwała jakąś książkę, czyta i ROBI NOTATKI W ZESZYCIE. A:Rispekt. I co, są
jak...