siewnia memów - dla wszystkich, ale szczególnie dla Was Ludzie których kocham, a którzy jesteście czasem tak daleko...
Zapraszam również na mój blog motocyklowy
wtorek, 16 kwietnia 2013
Comparatio Pejserini
"My też... my też patrzyliśmy na wiosenny śnieg z większym przerażeniem niż Ojciec Rydzyk słuchał w wiadomościach, jak Papież Franciszek jeździł autobusem. Podczas gdy w Toruniu główkowano, jak teraz wytłumaczyć się słuchaczom ze "służbowego" Lexusa, my równie mocno kombinowaliśmy, jak złożymy ten kwietniowy numer" - początek wstępniaka w bieżącym wydaniu papierowym MotoRmanii. Uwielbiam porównania Pejsera :-)
Basia skomentowała: "Lexus stał się rydzykowny" ;-)
środa, 24 października 2012
Nie zawiódł nigdy mnie... (Florence And The Machine - Heavy in your arms - tłumaczenie)
Mój miły zgięty był do ziemi
me serce ciężko było nosić
me ręce wokół jego szyi
palce wplecione w jego włosy
Byłam tak trudnym ciężkim sercem
Lecz on nie zawiódł nigdy mnie
Bo kiedy trzymał mnie w ramionach
Nie tknęłam ziemi nigdy nie
Spytam retorycznie: Are there Men like this? Luckily there are also Elves, Dwarves, Vampires, Werewolves... - Czy są na świecie tacy ...? Na szczęście mamy też elfów, krasnoludów, wampirów, wilkołaków... :-)
Florence And The Machine - Heavy in your arms - tłumaczenie całego textu poniżej w "czytaj więcej" (oczywiście wolny przekład, nawet się da zaśpiewać jak się ktoś uprze)
piątek, 19 października 2012
Co to znaczy żyć? Co znaczy umrzeć?
...ciała nie pieści ni słońce ni wiatr -
nic nie chcesz - nic nie trzeba-
skończył się twój świat.
Przeczytajcie całość (wiersz jest pod koniec felietonu)
wtorek, 3 kwietnia 2012
Wieszcz ze Śledziogródka miał rację...
Ostatnio nazbyt często bywam na cmentarzu. Parę tygodni temu odeszła mama koleżanki z klasy. Poszliśmy tam, aby swoją obecnością wesprzeć naszą kumpelę w tej trudnej dla niej chwili, dać świadectwo empatii z nią. Jako nawet-nie-rodzina stanęliśmy w krużgankach kaplicy. Po odklepaniu modlitw xiądz wyszedł w stronę auta pogrzebowego, a że jego świta coś zamarudziła i nie nadciągała jeszcze, spojrzał na jednego z nas i mówi:
- Skąd ja ciebie znam?
- Byłem xiędza parafianinem, ale się przeprowadziłem.
- I gdzie teraz mieszkasz?
- Na Bolesława Śmiałego.
- I jak się mieszka w centrum? Lepiej?
- Dużo lepiej.
- Ile metrów mieszkanie masz?
- 120.
- O rany! Jak to ogrzać! To musi kosztować majątek!
Xiądz powrócił do obowiązków służbowych, a mi zabrzmiały w głowie prorocze słowa Łony, który o swoich rówieśnikach mówi, że nie potrafią rozmawiać o sensie, strachu, problemie, wartościach innych niż materialne:
Zapytaj jak się mieszka
spytaj o koszty ciepła
czy oświetla nasze okna słońce rano,
spytaj o metraż
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Łona i Webber, słowo i obraz
Utwór powyższy był często krytykowany w necie - że Łona, artysta posługujący się słowem, nie umie użyć "bynajmniej" w zdaniu... Tymczasem ten utwór ma bardzo precyzyjną konstrukcję. Każda zwrotka jest o jakimś aspekcie komunikacji społecznej. Czwarta o audycji radiowej. W każdym jej zdaniu są błędy językowe - tak powszechne, że nawet nie rażą jak się tego słucha. Ostatni, podsumowująco-kontrapunktowy passus wyraża nadzieję, zresztą jawnie złudną, i w każdej kolejnej linijce odnosi się po kolei do poprzednich zwrotek. Czwarty wers, ten z "bynajmniej" dotyczy fragmentu o radiu. Błąd jest zamierzony i ironiczny. W końcu Łona "rzuciłby kamieniem, ale rzuca ten co rzucać ma czym"... On naprawdę wie co robi...
"Nie pytaj nas..." Zawartość szczecińskości w klipie jest tak wysoka że powstał roztwór przesycony który krystalizuje natural-born postaciami ze szczecińskiego świata rapu. Moja dzielnia - tak właśnie wyglądają letnie popołudnia na Grunwaldzie gdzie drinkerzy pochylają się grupowo nad partiami szachów rozgrywanymi na betonowych stoliczkach.
A ten u wikingów na Wolinie (Biskupin to popierdółka) z fajnym autocytatem z poprzedniego klipu.
Kto nie ma jeszcze oryginalnej płyty ten trąba!
wtorek, 17 stycznia 2012
To jest pokolenie odpowiedzi! ;-) "Mrożkiem!" czyli aj łona łona
Wiem, że nie jestem odkrywcza, ale nie muszę.
Uwielbiam go - po pierwsze jako człowieka: w kontakcie bezpośrednim jest ujmująco skromnym, bezpretensjonalnym facetem, spokojnym i szanującym dyskutantem, który mógłby każdego w jednej chwili rozsmarować na ścianie ostrą brzytwą swojej przenikliwej inteligencji, ale tego nie robi. Złośliwość jest orężem, którym posługuje się mistrzowsko, ale używa tylko w potyczkach ze starannie dobranymi debilizmami zbiorowymi, nie przeciwko konkretnym ludziom.
Uwielbiam Łonę, po drugie, jako felietonistę, czyli obserwatora i analityka rzeczywistości - prześwietla z zegarmistrzowską dokładnością debilizmy i absurdy naszego życia społecznego i potrafi pokazać je jak w soczewce, opisując jedną scenę, sytuację lub rozmowę, która dogłębnie exemplifikuje dane zjawisko (np. "Jesteśmy w kontakcie" i "Święty spokój" - moje ulubione utwory z najnowszej płyty "Cztery i Pół", godne następstwo klasycznych "My się znamy" czy "Raperzy są niedobrzy").
I uwielbiam Łonę tertio jako poetę - bo swoje obserwacje ujmuje mistrzowsko w słowa operując logosem i logosferą precyzyjnie jak chirurgicznym skalpelem, zarówno wyrażając zachwyt, jak wtedy gdy mówi czule o Helmucie (trabancie): "nie pali dużo, a na pewno mniej ode mnie" jak i gdy się wnerwia na kelnera: "typ stał pewnie tam gdzie ZOMO, bo niesie mi padakę wybieloną, myślę: o, zapłacisz za dyshonor". Perfekcyjne są te jego życiowe porównania, jak: "Łona i herba, jak Stalin i Beria" czy w "Panie Mahmudzie": "pan zaglądasz do Koranu rzadziej niż ja do Pani Domu" albo w "Artysto drogi": "zaangażowany w rap który robisz / jak aktorka filmu porno w dialogi". Zmysł liryczny ma równie wyrafinowany jak dramaturgiczny, przykład pierwszy z brzegu: "Rozmowa" (z Bogiem):
Władza to banda cwaniaków z największym na czele,Estetyka audialna rapu rozmija się kompletnie z moją wrażliwością, więc takiej muzyki nie słucham, ale Łonie, z podanych wyżej powodów, nie potrafię się oprzeć. :-)
a Biblia dawno już przestała być bestsellerem"
"Hmm. to może jeszcze raz Mesjasza ześlę?"
"Nie wygłupiaj się, skończy na elektrycznym krześle!" (...)
(...)Bóg zaczął wrzeszczeć:
"Zrobiłem już jeden potop, mogę zrobić go raz jeszcze!"
"Bój się Boga!" "Kogo?" "O, przepraszam.
Ale byłaby to największa kaszana z wszystkich kaszan!" (...)
Więc ludzie, zróbmy coś żeby świat był lepszy,
bo On zadzwoni i znowu mnie opieprzy.
Grudniowy koncert Łony, Webbera i The Pimps był wspaniałym przeżyciem, mimo iż klub Słowianin jak zwykle beznadziejnie nagłośniony, niemniej texty i tak znam na pamięć, podobnie jak cała publiczność, co było słychać gdy Łona podawał nam mikrofon, nie tylko na refrenach. Zresztą zobaczcie sami - "mnóstwo nieodebranych połączeń, odebranych niepołączeń":
Fani znali nie tylko najnowsze numery ale też utwory z poprzednich płyt, włącznie z pierwszą, wydaną w czasach, kiedy większość z obecnej na sali młodzieży była jeszcze niepiśmiennymi pacholętami. Umknęło to mojej uwadze, ale Skoniak uświadomił mi, że on i ja byliśmy najstarszymi osobami na sali, urodzonymi wcześniej nawet niż występujący artysta. Jak to mówił Jan Krzysztof Kelus "to nie my się starzejemy to się inni robią młodsi". Zresztą - naprawdę warto było to zobaczyć: tłum dzieciaków epoki internetowej, które nie odróżniają bez użycia Gógli kto Różewicz a kto Rodowicz, gdy Łona wyskandowawszy "ta celebrytka wolne chwile zaczytuje, nie wiem, ..." skierował mikrofon w stronę widowni, kilkaset nastoletnich gardeł wykrzyknęło: "Mrożkiem!"
Największy artysta, jakiego wydało portowe miasto Szczecin* jest też patriotą lokalnym, czego wyrazem są topograficzne konkrety obecne na każdej płycie, a już zwłaszcza na koncercie granym w mieście z "mglistym widokiem na Floating Garden". Więc było i nowe "Bez mapy" i klasyczne "Do Ciebie Aniu szłem". W tym pierwszym utworze Łona popełnia autointertextualizm:
"Więc skręcam w Piłsudskiego i przecinam Odrodzenia
A tu ironia losu wstrętna, bo przede mną Szarych Szeregów
Kiedyś - nie pamiętam" ;-)
To nawiązanie do "Ballady o szlachetnym czorcie" z 2004 r., gdy opowiadał jak to nocną porą: "Ja spacerkiem do domu wracam po alei Piastów (...) Aż dochodzę do placu Sprzymierzonych, kiedyś Lenina"
Zaś przed przywołaniem opowieści o tym, jak z buta, a właściwie z klapka, szedł na imprezę na Bezrzeczu, Łona pozdrowił obecnych na sali Anię i Kulę, czyli inspiratorów tamtej historii, która jak widać nie jest wyłącznie wytworem łońskiej wyobraźni, swoją drogą - nieograniczonej.
To tyle moich zachwytów drodzy Czytelnicy, a teraz - kto jeszcze tego nie zrobił - grzejcie lacze do empiku po nową płytę "Cztery i Pół" bo trzeba wspierać artystę rodzimego, aby mógł wyżyć ze sztuki i nią się zająć przede wszystkim, a nagrodą za nabycie legalnego exemplarza będzie obecny w środku piękny zestaw fotek Łony i Webbera oraz opis z jakiego instrumentarium korzystali tworząc płytę (dobrze jest zapoznawać się z nim na kiblu bo przeczytawszy trudno powstrzymać siurnięcie ze śmiechu).
--
*(w mym skromnym oczywiście odczuciu)
piątek, 23 grudnia 2011
Anioły się sypią jak śnieg...
sfruną białe anioły z gwieździstego nieba,
gdy im pozwolimy, by usiadły z nami,
słuchając, jak mówimy, czego nam potrzeba,
gdy nasze niedostatki, marzenia, tęsknoty,
pod drzewko położą, pod świec migot złoty,
i rzekną "wybieraj, bo wystarczy wierzyć;
życie twoje wyłącznie od ciebie zależy" -
I gdy w sobie uśpione zbudzimy żywioły,
kiedy nas ogarną miłości płomienie,
gdy dla bliźnich będziemy tak jak te anioły -
wtedy przyjdzie do nas Boże Narodzenie.
Czego Wam życzę moi Czytelnicy.
(taki kołczingowy etosik nie? ;-)
I jeszcze: o bezsensie tego całego cyrku. Sawka: Osobiście zrywam ze świąteczną tradycją
.
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Gdy zaczną na tysiączną modłę ojczyznę szarpać deklinacją...
...gdy zaczną na tysiączną modłę
ojczyznę szarpać deklinacją
i łudzić kolorowym godłem
i judzić "historyczną racją"
o piędzi, chwale i rubieży,
o ojcach, dziadach i sztandarach,
o bohaterach i ofiarach;
gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
pobłogosławić twój karabin....
Ten text napisał Julian Tuwim; dziesięciolecia później Jan Krzysztof Kelus, opowiadał:
Gdy do wojska szedł Jacek Staszelis
Tak po studiach - na rok - nie na front
(a było to)
W czasach gdy trudno jest zdradzać
bo trzeba by najpierw uwierzyć
że dobro ojczyzny wymaga
by fizyk był przez rok był żołnierzem
(więc śpiewał):
Boże pozwól bym potrafił
Gdy ojczyzna mnie zawoła
Zamiast piersi wypiąć dupę
BO TA NAFTA NIE JEST MOJA
(tu można posłuchać)
Twoja jest krew a ich jest nafta!
piątek, 5 listopada 2010
Na postoju samemu jest smutno.
- A bo ty byś tylko chodziła po knajpach, a nawet nie pijesz alkoholu.- Powiem ci więcej - odpowiadam Dziunemu - ja to bym i po knajpach, i po kawiarniach, a nie piję ani kawy, ani herbaty.
Ba! jest nawet jeden Dom Tytoniu, który z lubością odwiedzam. Znajduje się na ryneczku małego i ślicznego Ueckermünde. To miasteczko odkryłam którejś wrześniowej soboty. Matka święta, tzn. moja, obdarzyła mnie na ten dzień łaską bezdzietności, więc gdy wstałam i zobaczyłam olśniewający błękit na całym nieboskłonie, natychmiast wyruszyłyśmy w trasę. My, czyli Mała (Honda) i ja. Śmigałyśmy sobie po wspaniałych germańskich asfaltach pomiędzy złociejącymi drzewami, pod niebem szafirowym i w promieniach słońca. Dojechałyśmy do Ueckermünde, i pomyślałam, że zobaczymy sobie to miejsce od środka.
Jedziemy sobie powolutku uliczką wąziutką, pomiędzy kamieniczkami kolorowymi; wdzięczą się do nas latarnie, szyldy i pelargonie w oknach domków. A tu przestrzeń otwarta: rynek wyłożony brukiem, spowity delikatnym złotem słonecznych promieni i sobotnim porankowym spokojem. Nikomu się nigdzie nie spieszy. Nawet fontanna ciurka sobie powoli. Wypływa z niej malutka struga, obramowana kamieniami i przepasana mostkiem dla krasnoludków, takim wysokim na dłoń i długim na półtora kroku. Słoneczne reflexy tańczą w kropelkach wody.
W głębi rynku, koło stoliczków, dwa wielkie turystyczne BMW. Wjeżdżam i ja, parkuję opodal, motocykliści siedzą pod markizą Domu Tytoniu. Uśmiecham się do nich, siadam przy innym stoliczku, heisse chokolade bitte, jest całkiem dobra, pod pierzynką ze spienionego mleka. Kelner, chudy facet, promiennie się uśmiecha. Na oko w moim wieku, ale całkiem bez włosów. Czuje się, że lubi swoją pracę i ludzi odwiedzających to miejsce, napełnia je swoim spokojem i pogodą ducha. Nie ma wydać z piątaka, to z przyjemnością zostawiam mu resztę.To dobrze, jeśli w trasie czeka, lub towarzyszy, drugi człowiek. Kiedy wyłączam silnik Małej, i schodzę z niej, nawet jeśli stoi przy mnie, piękna, piękniejsza niż kiedykolwiek - robi się cicho i pusto. Zupełnie inaczej jest gdy leci się w dwie maszyny, z Kimś bliskim. Nie trzeba nic mówić, wystarczy obecność. Albo, gdy spotykasz Kogoś, gdzieś tam sto kilometrów stąd. Heniu stwarza dla mnie wegetariańskie jedzenie, gdy go odwiedzam. Stwarza, bo jest to zazwyczaj coś z niczego, i zawsze genialne.
Szczęście to piórko na dłoni. Próbowałam wrócić do mojego rynku w Ueckermünde, kilka razy, i nie udało się. Raz Dom Tytoniu był nieczynny, a słońce schowało się już za domki, innym razem cały ryneczek zastawiony przez stragany z jakimiś ciuchami (niby to jego prymarna, historyczna funkcja, ale ten textyl był taki popkulturowy na tle...), a czekoladę podał mi już kto inny.
W tę przecudowną ostatnią sobotę poleciałyśmy znów do Ueckermünde. Jesień obłędna, jakby chciała na sam koniec przed nadejściem nieuchronnej szarugi na maxa zaszaleć, nażyć się. Przesycone słonecznym ciepłem liście we wszystkich odcieniach od zieleni, przez złoto, miedź i ogień po szlachetny brąz, na tle błękitu nieba. Byłyśmy W Drodze, przez świat pomalowany najpiękniejszymi farbkami. Pijąc czekoladę przyniesioną przez tego miłego człowieka poczułam, że czegoś jednak mi brakuje. Fontanna była już wyłączona, pewnie z powodu nocnych przymrozków. I... nie było już tych dwóch jeźdźców na wielkich BMW.
Stracone chwile nigdy do nas nie wracają. Można odzyskać wiele rzeczy, ale nigdy nie udaje się to z przeżyciami. Bo tamten moment na rynku w Ueckermünde był tylko raz - tam i wtedy. Gdybym tego dnia nie ruszyła w drogę - nie przeżyłabym tej chwili, być może to miejsce zobaczone po raz pierwszy w innych warunkach nie zrobiłoby na mnie w ogóle wrażenia. Dlatego nie można odkładać spraw ważnych na rzecz spraw pilnych.
W tę sobotę na drogach było wielu braci-motocyklistów. I oni wszak poczuli że jeśli nie pojeżdżą w ten dzień, to następny raz może dopiero za pół roku. Pozdrawialiśmy się nawzajem. Ale na postoju nie było z kim podzielić się przeżyciem. Nawet nie mówiąc. Wystarczy wszak obecność. Obecność jest najważniejsza. Nie można kochać, wspierać, rozumieć, komunikować się - nie będąc.
Franciszek Nowicki (1864-1935)Tatry. Obrazy pustyni
XVI. Towarzyszowi podróżyWzdłuż - wszerz Tatry przebiegłem - on wszędzie u boku! -
Uciekałem przez lasy, hale i doliny,
Przez pochmurne skał czoła, przez jezior głębiny,
Daremnie!... on mi wszędzie dotrzymywał kroku!Skakał za mną przez jary, przez grzbiety potoku,
Śniegi czernił swym cieniem, mglił widok z wyżyny,
Przy świetle gwiazd i ognia liczył mi godziny,
Świt płonący na górach ściemniał memu oku.Rozpacz gnała mię w paszczę burzy rozszalałej,
Gdzie ząb gromu druzgotał granitowe wały,
Gdzie grad kamienny huczał - on... szedł za mną śmiały!W ciszy pustyń, w burz ryku, w jasny dzień, w noc ciemną,
wszędzie, zawsze biegł za mną - pierzchałem daremno!
Dziś wracam znów do ludzi, on - mój ból - znów ze mną...
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Obywatelski obowiązek na pierwszym miejscu...
Autor: Wojtek Młynarski
Wiersz na 04.07
(...)
Gdy spytasz mnie, niedowiarka,
Dlaczego? Wyznam Ci szczerze:
Nie zagłosuję na Jarka,
Bo w żadną zmianę nie wierzę.
Skąd wiem, że wybór niedobry?
Nie wierzę w zmiany oblicza,
Bo nie chcę powrotu Ziobry
I teczek Macierewicza.
Bo nie chcę mieć prezydenta,
Co straszy gejem i Żydem,
Co w każdym widzi agenta,
I może zaszczuć jak Blidę.
Na Jarka nie oddam głosu
Za czasy, gdy był premierem,
Za ten upadek etosu,
I koalicję z Lepperem.
Za to, co wciska ludowi,
Na co pozwala i sprzyja,
Za to, co pisze Sakowicz
I głosi Radio Maryja.
Za sieć podsłuchów i haków,
Wydanie walki elitom,
Za to, że skłócił rodaków,
Za IV Rzeczpospolitą.
Dziś w duszy mej zakamarkach
Odkrywam decyzji sedno:
Nie zagłosuję na Jarka,
Bo nie jest mi wszystko jedno.
Wybaczcie drwinę i sarkazm,
Odporność z wiekiem się zmniejsza.
Nie zagłosuję na Jarka,
Bo Polska jest najważniejsza!
.
4 lipca, g. 22:26. Los ojczyzny i tak już został zdecydowany, więc przesuwam ten wierszyk w dół, żeby bardziej pozytywne treści były na górze ;-)
piątek, 11 czerwca 2010
Brama do Linuxa
Przeze mnie droga w wiekuisty uptime.
Przeze mnie droga w świat bez zawieszenia.
Jam dzieło wielkiej, prawej społeczności.
Wzniosła mnie z zera potęga wściekłości
Ku wyzwoleniu przed wirusów grozą.
Starsze ode mnie twory nie istnieją,
chyba że Unix, a jam jest nadzieją.
Ty, który wchodzisz, żegnaj się z Windozą.
W pięknym roku 2006 napisałam i powiesiłam nad wejściem do naszego pokoju w Firmie Ukochanej. :-)
.
piątek, 4 grudnia 2009
"Kultura narodowa"
Epos narodowy Polaków zaczyna się od słów: "Litwo, Ojczyzno moja"
(o ile dobrze pamiętam, zauważył to Michał Ogórek)
Czasem jak słyszę że jesteśmy wielkim narodem i mamy znaczący wkład w kulturę światową, ogarnia mnie taka smutna wesołość. Bo jeden z moich uczniów Węgrów 7 lat temu to samo mi rzekł o swej nacji. A ilu pisarzy, filmowców, filozofów węgierskich umiałabym wymienić?
Ale któregoś dnia skubnęłam się, że przecież z Polski jest najlepszy zespół rockowy świata - Riverside. Największy malarz wszechczasów - Zdzisław Beksiński. Najgenialniejszy twórca animacji na świecie - Tomek Bagiński. Najobłędniejszy autor postmodernistycznej fantasy Andrzej Sapkowski. Największy pisarz SF, Stanisław Lem, został godnie zastąpiony przez Jacka Dukaja...
Moja wesołość zmieniła się wówczas na ironiczno-melancholijną.
Aczkolwiek, nie rozumiem kompletnie ludzi, którym podnosi mniemanie o sobie świadomość, że są z tej samej nacji co Małysz, JP2 czy Szymborska. To mówienie o drużynie piłki nożnej "nasi". Te kłótnie, Kopernik był Polakiem czy nie, albo kto obalił komunizm. Jaka to chwała dla mnie? Nie miałam najdrobniejszego udziału w ich dokonaniach.
I druga strona: te krucjaty, np. o Jedwabne. Wcale nie bronię się przed świadomością, że Polacy mogli zabić Żydów. Bo jaką za to ponoszę odpowiedzialność? Urodziłam się przecież 30 lat później.
Przeczytaj komentarze!
niedziela, 18 października 2009
Pierwszy "wiersz" hipertextowy
w drodze.
Pytam. Nie wierzę
na słowo.
Otwieram się. Nie utwierdzam
w przekonaniu.
Idę. Nie trwam.
(pierwszy mój, nie wiem jak światowa poezja...)
(Mustangowi i Ani wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia:-)
piątek, 24 lipca 2009
Wszystko jest poezja
To taka reflexja abstynującej od lat humanistki nawróconej na biznes.
Alexandra pisze mi, że ona potrzebuje tego co robią poeci. Cenię to w niej.
Dziś mija trzydzieści lat od dnia, gdy Poeta mój ulubiony, Edward Stachura, pisząc "niech żyje życie" wyszedł śmierci naprzeciw.
Stos porąbanego drewna jest najpiękniejszym poematem, pisał. Stos drewna, czyli efekt pracy.
A jeden krytyk zarzucał mu, że nie zauważa "realiów gospodarki towarowo-pieniężnej".
Krytyk mylił się. Stachura miał odwagę wyjść ponad te realia. Ponosząc konsekwencje swoich wyborów, często trudne. Jak to się, nomen omen, mówi "płacąc za to wysoką cenę".
To właśnie Stachura pisał i dawał przykład życia, że nie można być przez pół dnia kimś, a przez drugie pół zupełnie kimś innym. Że pracując wbrew sobie, popada się w schizofrenię. Że praca musi wypływać z serca, z miłości, inaczej jest dehumanizującym niewolnictwem.
Ja w to wierzę. To jest właśnie moje powołanie w Firmie Ukochanej: właśnie tak organizować pracę, taki klimat w niej pielęgnować, żeby dało się ją kochać.
Dlatego wnerwiają mnie ludzie, którzy mówią: "Jak fajnie, piątek, teraz będzie weekend". Jeśli nie kochasz swej pracy, to dlaczego nie znajdziesz innej, którą będziesz kochał? A jeśli nie potrafisz kochać żadnej, to po co pracujesz w ogóle?
Skoro większość naszego społeczeństwa pracuje odwalając swą robotę jak pańszyznę, jak karę boską, to nic dziwnego że nasza gospodarka jest tak marna. Nie chodzi o to, że brakuje kapitału, zasobów naturalnych, infrastruktury czy kwalifikacji. Brakuje miłości. Naszej gospodarce brakuje miłości. Bez niej nic wartościowego ani dobrego się nie stworzy.
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, i posiadł wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, a miłości bym nie miał - byłbym niczym.
niedziela, 21 czerwca 2009
Być człowiekiem. Być Bogiem.
The cut of a coat, the hint of a tan?
It's not who you love, but whether you can.
(Co czyni człowieka człowiekiem?
Krój płaszcza, odcień opalenizny?
Nie to kogo kochasz, ale czy potrafisz kochać.)
What penalty must we perform
for craving someone warm, somewhere upon this chilly planet?
A rifle butt against the head,
because we'd heard it said
that only God can make a man. It's true.
But only man can make a scarecrow out of you.
And only man can make a God who might approve.
(Jaką karę musimy wymierzyć
za tęsknotę za kimś ciepłym, gdzieś na tej zimnej planecie?
Kolbą strzelby po głowie,
bo słyszeliśmy że jest powiedziane
że tylko Bóg może stworzyć człowieka. To prawda.
Ale tylko człowiek może z ciebie zrobić stracha na wróble.
I tylko człowiek może stworzyć Boga, któremu to się podoba.)
(powyższe cytaty pochodzą z piosenek napisanych dla Matta; dla pamięci: mordercy tak go zmasakrowali bijąc kolbą broni, że rowerzysta który go znalazł przywiązanego do płotu, myślał że to strach na wróble)
Wolter miał rację mówiąc, że "Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, więc człowiek odwdzięczył mu się tym samym".
Jeśli pastor Phelps ma rację i Matthew jest w piekle, to ja wolę iść do piekła i być tam razem z nim, niż do nieba by spędzić całą wieczność z bogiem Phelpsa.
poniedziałek, 4 maja 2009
Człowiek został w Górach...
Jak ciche są te góry, gdy leżą pod śniegiem,.
zaszyte w biały całun kosówkowym ściegiem!
Choć nieżywe na pozór, są tylko w letargu.
Czasem wstrząsną się, z piersi zrzucą stosy piargów
i przeciągną się we śnie.
Wówczas jak garść liści
spadają z nich najlepsi, najpierwsi turyści...
(Jasnorzewska)

Piotr Morawski nie wróci już z Himalajów. W czasach, kiedy chodzenie po górach przestało być szlachetną rywalizacją z własną słabością i drogą do odnalezienia sensu, a zamiast tego stało się towarem i "zaliczaniem" (tak jak w liceum "zalicza się dziewczyny"), tacy ludzie są niesamowicie potrzebni. A jest ich tak bardzo niewielu.
2006 Annapurna:
„Piotr Morawski i Piotr Pustelnik po przejściu przez szczyt wschodni góry (8010 m n.p.m.) zatrzymali się, bo podjęli decyzję o ratowaniu życia tybetańskiego himalaisty Lou Tse, który na wysokości utracił wzrok.”
2006 Broad Peak:
„Do ataku z obozu III na wysokości 7200 m n.p.m. himalaiści wyruszyli we trójkę, razem z Piotrem Morawskim. Na wysokości 7900 m n.p.m., na przełęczy, ekipa napotkała bardzo osłabionego - w stanie deterioracji wysokościowej - Austriaka. Piotr Morawski sprowadził go do obozu III. 9 lipca o godzinie 12.00 czasu lokalnego Piotr Morawski zdobył samotnie, drogą pierwszych zdobywców, główny szczyt Broad Peak.” (wspomnienie na stronie PZA)
W górach najwyższych uczestnicy komercyjnych i wyczynowych wypraw zazwyczaj nie zaryzykują być może jedynej szansy na "zdobycie szczytu", by komuś pomóc. Kiedy mają do wyboru - z jednej strony swoją sławę, dziesiątki tysięcy dolcy wydanych na sprzęt i przygotowania, a z drugiej czyjeś życie - zdarza się wybierają to pierwsze.
Szczytów się nie zdobywa. Nie można ich posiąść. Niektórzy tylko otrzymują od nich łaskę na-szczyt-wstąpienia. Na chwilę, na minutę, kilka, kilkanaście. Wszak gdyby zostali na szczycie, tam powyżej siedmiu tysięcy, nie przeżyliby nocy.
Mówimy z przyzwyczajenia
że on szczyt zdobywaPodczas gdy
zawieszony między szczytem
a skalną półką
dla paru stóp
on
zdobywa
samego siebie
Popłoch swojej wyobraźni
kruchość swojego ciała
ubogą chwytność
rąk i nógZdarza się
że zdobywa wszystko w sobie
na zawszeWtedy krzyżyk w czarnej ramce
w gazecie
wtedy dzwon żałobny
w zbytecznym dla niego powietrzuI żadnego echa w górach
(Jan Huszcza, Taternik)
Góry nie są z życia. Góry to śmierć. Ale zarazem to najdotkliwsza tęsknota, która nie pozwala przez-góry-wybranym pozostawać zbyt długo w dolinach. Doliny i równiny działają na nich podobnie, choć wolniej, jak przebywanie w "strefie śmierci". Zabijają ich.
____________________________________________________________
Możesz pomóc Rodzinie Piotra
_____________________________________
____________________________________
sobota, 18 kwietnia 2009
To nic mamusiu, że nie zostałem inżynierem.
tzn wszyscy starzy durnie w rodzinie
że bez sensu ślub, że trzeba najpierw studia etc sranie w banie
potem, jak Dziuny poszedł za głosem serca, rzucił Polibudę i poszedł na filozofię, robili jeszcze większą tragedię
że jesteśmy nieodpowiedzialni, niepoważni i lenie
teraz nas strasznie szanują, bo zarabiamy więcej szmalu niż ktokolwiek z nich
ale ja mam w dupie ten ich szacunek, bo oceniają mnie nadal według tych samych chorych kryteriów co wtedy
a to, że spełniliśmy ich oczekiwania, jest skutkiem ubocznym tego, że żyjemy w zgodzie z sobą
nigdy nie potrzebowaliśmy mieć kasy
dlatego uważam że tamta decyzja była dobra niezależnie od tego, czy teraz mamy mieszkanie, pracę, oszczędności
bo jesteśmy razem i kochamy się
i to jest najważniejsze
Wielki Testament Stachury
sobota, 31 stycznia 2009
Memoholizm
W slashdotowym chruśniaku, nieprzytomnym wzrokiem,No to sieję swoimi memami. Siejeje, siejeje, siejeje...
w monitorach po głowy, przez długie godziny
chłonęliśmy przybyłe tej nocy nowiny.
Palce miałeś skrwawione memetycznym sokiem.

