Zapraszam również na mój blog motocyklowy

Zapraszam również na mój blog motocyklowy: http://motocyklistka.xemantic.com/

sobota, 28 grudnia 2013

Mężczyzna, kobieta, człowiek

Bardzo cenię w mężczyźnie, jeśli potrafi płakać, bo to oznacza że nie zatracił kontaktu ze swoim człowieczeństwem. Niestety chłopcy w naszej kulturze są od najwcześniejszego dzieciństwa okaleczani przez wychowanie, gdyż nie pozwala im się okazywać emocji, przez co tracą świadomość tego co czują. Nie potrafią tego nazywać, mówić o tym, uzyskać wsparcia w problemach. Przez co cierpią oni sami i ich bliscy.
Moi czytelnicy pewnie znają te stwierdzenia, bo mówiłam to już wielokrotnie i przy różnych okazjach. Tym bardziej cieszy mnie że nie tylko ja to zauważam. O tym i powiązanych zagadnieniach powiada Tony Porter wygłaszając Apel do Mężczyzn w cyklu TED (polskie napisy). (Aczkolwiek na widowni siedzą niemalże wyłącznie kobiety...)

Pamiętam rozmowę z 12-letnim chłopcem, piłkarzem, kiedy zapytałem go: „Jak byś się poczuł, gdyby przy wszystkich graczach twój trener ci powiedział, że grasz jak dziewczyna?” No i spodziewałem się, że powie coś jak: byłbym smutny, byłbym wściekły, byłbym zły, albo coś w tym rodzaju. Ale nie, ten chłopiec powiedział do mnie: „To by mnie zniszczyło.” Wtedy powiedziałem sobie: „Boże, jeśli zniszczyłoby go nazwanie dziewczyną, to czego my go uczymy na temat dziewczynek?”



Na kłamstwie nie da się nic sensownego zbudować. Patriarchalny obraz płci, oparty na zafałszowaniu tego "kim jesteśmy" na rzecz tego "kim wymaga się od nas, byśmy byli" niszczy jednostki obu płci, relacje w jakie wchodzą, i w ogóle społeczeństwo. Wyczytałam ostatnio na necie o chłopcu, którego ojciec przywiązał do psiej budy za karę za to że płakał. Większość biskupów pewnie by powiedziała, że słusznie uczynił, bo w ten sposób właśnie walczy się z "genderem", tym, co oni uważają za wroga nr 1.

PS. Trzy lata temu analizowałam inny list episkopatu na niedzielę św. Rodziny, pisząc o tym jak kłamliwa i zafałszowana jest troska biskupów o rodzinę, jakim naprawdę celom służy. Wtedy chłopcem do bicia było in vitro i ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, teraz jest gender i konwencja o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet, a cel ten sam.

sobota, 30 listopada 2013

"Łatwopalni" - o rozplątywaniu supełków w głowie...

Polecam wszystkim miłośnikom opowieści o skomplikowanych ludziach i skomplikowanych życiorysach.


Znam ludzi z kamienia,
Co będą wiecznie trwać
Znam ludzi z papieru,
Co rzucają się na wiatr

A my tak łatwopalni
Biegniemy w ogień,
By mocniej żyć

Świat między wierszami
Największy ukrył skarb
Wiesz - w to miejsce czasami
Odchodzi któryś z nas...
                (Agnieszka Osiecka)

"Łatwopalni". Motocyklowa opowieść o spóźnionym dorastaniu - na MotoRmanii moja recenzja najnowszej powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej.









czwartek, 28 listopada 2013

"Wyścig" - zachwycający dramat psychologiczny


Póki jest jeszcze w kinie, koniecznie idźcie zobaczyć - nie z DVD, nie z torrenta, ale na dużym ekranie. Te zdjęcia i ta muzyka zasługują na to by na zacnym sprzęcie oglądać je i słuchać.
Nie trzeba być wkręconym w Formułę 1, żeby zachwycić się tym filmem. Wiem, bo ja nie jestem, a mimo to ten de facto dramat psychologiczny naprawdę mnie porwał.

Tu: trailer najbardziej psychologiczny z kilku oficjalnych


A tu - ten bardziej "wyścigowy"


Jest to opowieść o prawdziwych osobach i zdarzeniach z lat 70., z minimalnymi tylko przesunięciami, moim zdaniem bardzo dobrze zrobionymi by wyakcentować sens tego, co się wydarzyło i czego doświadczyli bohaterowie. Jeśli nie znacie tej historii, nie czytajcie o niej przed obejrzeniem filmu, żeby móc głębiej ją przeżyć, bo pokazana jest wspaniale, a ci z jej uczestników, którzy nadal żyją, potwierdzają tę opinię. Film ten opowiada o ludziach, ich charakterach i wzajemnych relacjach, o niezwykłym kontraście osobowości i postaw Niki Laudy i Jamesa Hunta, rywalizujących o mistrzostwo w F1, a w pierwotnym scenariuszu nie było scen wyścigów, bo autor Peter Morgan zakładał że będzie to niskobudżetowa, artystyczna produkcja. Na szczęście ktoś uwierzył w tę wizję bardziej niż twórca i powstał obraz przepiękny wizualnie, z absolutnie genialną muzyką Hansa Zimmera ("Incepcja"!!!), której od tygodnia słucham w kółko. Aktorzy również z górnej półki: Chris Hemsworth, Olivia Wilde ("13-tka" z "Dr House"); oczy człowieka który wcielił się w rolę Niki Laudy wydawały mi się znajome, lecz dopiero po zajrzeniu do Wikipedii ogarnęłam, że to odtwórca głównych ról z "Good Bye Lenin" i "Edukatorzy", w rzeczywistości całkiem urodziwy Daniel Brühl (szacun za charakteryzację i wiernie odtworzoną mimikę, sposób mówienia i tę szajbę w oczach!)

W pewien sposób ta opowieść potwierdza moją obserwację już dawno temu poczynioną, że życie jest niesamowicie ciekawe i przeplata ludzkie losy w sposób tak "filmowy", że aż trudno uwierzyć że zdarzyło się to naprawdę. Co więcej, gdyby nie zdarzyło się naprawdę, scenarzyście w tak nieprawdopodobny sposób splątanej fabuły litościwie doradzilibyśmy, by zajął się pisaniem telenowel brazylijskich. A to jednak życie! Reżyser Ron Howard potrafił bez żadnego zbędnego patosu pokazać piękno i dramat tej historii tak, że wielu z oglądających film dużych chłopców nie tylko ma łzy w oczach, ale też mają potem odwagę przyznać się do tego.

Historia jest prawdziwa, odtworzona z dbałością o szczegóły, tak jak użycie dokładnie tego, prawdziwego odcinka toru Nürburgring do sfilmowania kraksy tam, gdzie naprawdę miała miejsce, czy też pozyskanie oryginalnych pojazdów - McLarena Jamesa Hunta, oraz jednego z Ferrari Niki Laudy z sezonu 1976, by zagrały w filmie same siebie. Jakość tej prawdziwości i jej zobrazowania potwierdza zaangażowanie w tworzenie filmu uczestników tamtych zdarzeń. Tylko dwa dla przykładu: Alastair Caldwell, w 1976 roku szef zespołu McLarena, odtworzony na ekranie przez aktora Stephena Mangana, w filmie gra rolę przedstawiciela FIA. Guy Edwards, który z narażeniem życia ratował Niki Laudę z płonącego wraku jego bolida, zagrany został w tej dramatycznej scenie przez swego syna Seana. 26-letni Sean w obecnym sezonie najprawdopodobniej zostałby mistrzem Porsche Supercup, ale zginął na skutek wypadku podczas jazd testowych na torze, dwa dni po premierze "Wyścigu"... Samochód uderzył w bandę i stanął w płomieniach... Przedziwnie się przeplata ta rzeczywistość z rzeczywistością.

Po obejrzeniu filmu - (naprawdę, dopiero po!!! bo tu spoiler na spoilerze i nie chodzi mi bynajmniej o skrzydła bolidów) polecam gorąco tę stronę: History vs. Hollywood - Rush z zestawieniem faktów historycznych i wierności ich odtworzenia. Są tam archiwalne zdjęcia i nagrania zarówno z toru, jak i rozmowy i wywiady, a także współcześnie zarejestrowane wspomnienia żyjących uczestników tamtych zdarzeń i okoliczności powstawania filmu. Szczególnie polecam ten materiał o współpracy bohatera tej historii z jego filmowym odtwórcą.

PS. Ta scena kiedy Niki i Marlene łapią stopa. Ci Włosi którzy ich zabierają. Czadowa! Taka mała rzecz a tak cieszy :-)

PS.2. Bardziej niż kraksa rozwalił mnie szpital. Bardziej niż szpital - początek wyścigu pod górą Fuji. Mimo, że teoretycznie powinnam być bardzo już dużym chłopcem.

wtorek, 26 listopada 2013

Czy Ryby śnią o elektrycznych drinkach?

Oto, do czego doprowadzają Rybę jego bezbożne herezje...
Niedawno opisał był taki swój sen:



Śniło mi się, że byłem menadżerem Edyty Górniak...
Jakby tego było mało, rzecz działa się w postnuklearnej przyszłości. Chodziłem z nią po mad-maxowskim Szczecinie, a ona wciąż płakała, że nie może skończyć płyty.
Świat był skażony jakimś radioaktywnym syfem i żeby przeżyć każdy codziennie musiał wypić coś w rodzaju drinka złożonego z wódki, rodzynek i ołowianych opiłków. Edyta miała wódkę, Szczecin był pełen wielkich drzew pod którymi nazbierałem kilka garści rodzynek, pozostawał więc tylko problem z ostatnim komponentem. Na szczęście miasto pełne było zbieraczy złomu poruszających się na rowerach, którzy w drucianych koszykach wozili ołowiany złom i ścierali go potrzebującym wprost do szklanek. Zatrzymaliśmy więc jednego - jak się okazało był to Kazimierz Pogoda. No... taki sen. 

(copyright by Piotr Rybarczyk, 2013)

Caryca Katarzyna?


Hmm... Gdy rozum śpi, budzą się kolejne warstwy geniuszu....

A tu na marginesie, inne przejawy ludzkiej kreatywności: 





środa, 20 listopada 2013

Yoav, piękna muzyka pięknego człowieka


Wychodzi na scenę bezbronny, w rękach tylko akustyczna gitara. Marynarkę rzuca na podłogę, ściąga buty, i bosymi stopami operuje na ułożonych na podłodze przełącznikach i pokrętłach. Z gitary jest w stanie wydobyć dowolny dźwięk, także używając jej jako instrumentu perkusyjnego czy dmuchając przez struny do środka - podobnie jak Paganini potrafił ze skrzypiec zagrać cokolwiek wymyślił. Zapętla ten dźwięk, potem następny, i w ten sposób tworzy sobie podkład rytmiczny, który jednakowoż nie leci do końca tak po prostu, zmienia się, poszczególne ścieżki zanikają, wracają, zastępowane są innymi na bieżąco w czasie utworu. To wszystko robi stopami na swomi "stole mixerskim", zaś jednocześnie rękami gra na gitarze i śpiewa. Człowiek orkiestra. Co za wirtuozeria!!!
(Na tym video widać jak to robi - zobacz koniecznie)


Kiedy słuchałam muzyki Yoava z płyt - genialnych (trzeba je było sprowadzić z zagranicy, bo w PL nie dało się kupić) to brzmiało to, jakby miał ze sobą pół tuzina muzyków - a na scenie okazało się, że robi to wszystko sam w czasie rzeczywistym. Urwało mi to łeb!!! Często taka muzyka jest lepsza na żywo niż wtedy gdy się jej słucha z płyty, ale ta różnica sposobu jej przeżywania była powalająca!!! Szok, że coś co wydaje się tak genialne, że lepiej się już nie da, może być jeszcze genialniejsze w bezpośrednim dotknięciu... Do tego Yoav ma niesamowitą, pozytywną, potężną energię - texty zazwyczaj są reflexyjne lub smutne, ale artysta w widoczny sposób ma niesamowitą frajdę z ich wykonywania, przez co powstaje przedziwny melanż emocji. Na sali dwieście, może trzysta osób, wszystkie grupy wiekowe równo reprezentowane, 15- do 60-latków, piosenki są rytmiczne, ale ludzie nie klaszczą lub szybko przestają, wolą się skupić na słuchaniu.
A po koncercie Yoav założył buty i zszedł ze sceny prosto w tłum, podpisywać płyty. Mimo zmęczenia (mówił mi przed koncertem że musiał wstać o czwartej rano żeby dotrzeć do Warszawy, a przed koncertem jeszcze dwa występy w studiach radiowych...) przez dwie godziny dawał autografy, rozmawiał z ludźmi, ustawiał się do zdjęć które robili sobie z nim.
A trafiłam tam nie tylko dlatego żeby zobaczyć na żywo mojego ulubionego singer-songwritera (wspomniałam o nim swego czasu w poście "Kolejny uzależniający Żyd"), ale miałam osobiste zaproszenie od niego na koncert i rozmowę - wynikło to podczas załatwiania copyrightu na cytowanie dwóch jego piosenek, moich ulubionych, niesamowicie dla mnie ważnych "Beautiful lie" i "Angel and the animal" w mojej powieści "Dziwkość serca", która ukaże się wiosną. Bardzo ciepły, wrażliwy człowiek, w którym sława i popularność niczego nie zepsuły, pamiętał że musiałam dojechać z drugiego końca Polski i na wstępie zapytał jak mi poszła podróż... a po koncercie, chciał wiedzieć jak mi się podobało, mimo że wcześniej przez dwie godziny odbierał hołdy od setki czekających na autograf fanów.

Wspaniała galeria zdjęć z koncertu w Warszawie 10.11.2013 od LiveLazzaroni (niestety trzeba trochę przeskrolować by znaleźć odpowiednią galerię)

A tu moja ulubiona Beautiful Lie na żywo z koncertu w Kopenhadze (nie wiem co ci ludzie mają że nie pozwalają embedować - kliknij tutaj

środa, 7 sierpnia 2013

Okupacja cipy

  

  "Szybko wraca małostkowość i ta najbardziej haniebna forma własności gruntowej, zaborcza okupacja, tyrania roztoczona nad kilkoma centymetrami kwadratowymi ludzkiego ciała, mianowicie nad cipą własnej żony."
                                                  Leonard Cohen, "Piękni przegrani"

Cytat ten został przywołany w dyskusji pod postem o poliamorii, gdy jedna z osób biorących udział w rozmowie zadeklarowała, że rozumie to wszystko, o ile nie dotyczy to sfery sexualnej.

Zastanawiając się, dlaczego ten właśnie aspekt miałby być de facto ważniejszy od "wierności" emocjonalnej, intelektualnej, od lojalności, od solidarności w popychaniu do przodu ciężkiego wózka z praktycznymi aspektami życia, pomyślałam, że chodzi chyba po prostu o zwykły atawizm samolubnych genów. Socjobiologia zresztą dawno już zauważyła że kobiety częściej są skłonne wybaczyć "skoki w bok" na gruncie cielesnym, jeśli zostaje zachowana "wierność mentalna", zaś mężczyźni dokładnie odwrotnie. Ma to swoje podstawy w mechanizmach ewolucyjnych. Młode człowiecze są relatywnie długo w porównaniu do innych ssaków niesamodzielne i ograniczające samodzielność samicy uniemożliwiając jej w okresie ciąży i połogu przeżycie bez wsparcia z zewnątrz. Samica może mieć max jedno młode co roku, więc aby jej geny przetrwały, musi za wszelką cenę zapewnić przetrwanie każdej sztuce swego potomstwa. Ceną tą zatem bywa akceptacja epizodów samca z innymi samicami, akceptowalna o tyle, o ile samiec upolowanego mamuta przynosi jej i jej potomstwu. Tymczasem samiec by przetrwać genetycznie nie może zaakceptować sytuacji w której zdobyczny mamut inwestowany jest w nosiciela nie jego genów. Więc romanse partnerki nie mogą wyjść poza sferę mentalną. Co więcej, o ile dla samicy ludzkiej najlepszą strategią na utrwalenie swych genów jest ochrona każdej sztuki swego potomstwa, o tyle dla samca który może spłodzić kilkaset młodych rocznie najkorzystniej jest siać materiałem genetycznym gdzie popadnie. Jednym słowem, kobiety są z natury monogamiczne i zazdrosne o zaangażowanie swych partnerów, zaś mężczyźni z natury poligamiczni w odniesieniu do siebie samych oraz równie z natury zazdrośni o brak monogamii u swoich partnerek. Tacy właśnie jesteśmy o ile pracą umysłu nie przełamiemy tych wdrukowanych w geny mechanizmów.



O ich sile świadczy zresztą występowanie wielu bazowanych na nich zjawisk w kulturze. Większa akceptacja dla swobody sexualnej chłopców i mężczyzn, wymóg dziewictwa do ślubu i manifestująca je biała suknia obowiązujące tylko kobietę. W XIX wieku w wyższych sferach to brat lub ojciec zabierał nastoletniego chłopca do burdelu, by "stał się mężczyzną"; równocześnie zaś ci sami ludzie strzegli cnoty swych córek, by inni mężczyźni mogli pojąć je za żony dziewicami. Mężczyzna mający wiele kobiet to donżuan, kobieta mająca wielu partnerów to dziwka/lafirynda, itd.




Zazdrość jest naturalna. Kompersja - kulturowa, cywilizacyjna, etyczna. Podobnie naturalny, sprzyjający przetrwaniu jest egoizm i agresja, zaś za etyczne uważamy altruizm, rozwiązywanie konfliktów przez negocjacje, i troskę o innych. Ratowanie czyjegoś życia z narażeniem swojego, coś co robią na codzień strażacy, policjanci i ratownicy górscy, również jest kulturowe. Jak zwykle przy takich okazjach dochodzimy zatem do kluczowego pytania, którą z warstw, nierozłącznych w człowieku i tworzonej przez niego cywilizacji, chcemy uznać za kluczową dla naszego człowieczeństwa.


Zobacz przypis*
______________
*Uwaga osoby widoczne na zdjęciu nie były i nie są zaangażowane w relację poliamoryczną, dałam fotkę bo fajnie pokazuje ideę mimo że jej nie reprezentuje

czwartek, 1 sierpnia 2013

Wrocław, Basia, Danny, Krasnale, vegan-knajping-marathon i ja

Wrocław: wegańskie i wegetariańskie lokale: Czajownia, Złe Mięso, Najadacze, Machina Organika, Nalanda, Vega, GreenWay, Kalaczakra - i może coś jeszcze czego nie znalazłam :-)


Bank Krasnoludzki Ankh Morpork, oddział na rynku Wrocławskim



Najadacze
.

czwartek, 16 maja 2013

Pogo, gaz i klucz (ptasi)

Widzą zło w wytartej skórze
Widzą zło w podartych dżinsach
Łysiejący ludzie, którzy
Własne łby starli na świństwach
Boją się kolczyka w uchu
Ci co w uszach są otyli
Chcą nam pępek zaszyć w brzuchu
niby że nas nie spłodzili
Przerażone ryje świni
oglądają taniec pogo
przerażeni kabotyni
dbają o swój własny ogon

Taką oto piosenkę, dającą się zaśpiewać na melodię "Tom's Diner" Suzanne Vegi, ktoś stworzył, wypisał flamastrem na płachcie papieru pakowego, i powiesił na hydeparkowej tablicy w korytarzu Społecznego Liceum. Wczesne lata 90. Po jednej stronie barykady nauczyciele i rodzice, po drugiej niepokorna młodzież, której autoexpresja i indywidualizm przejawiały się w nieakceptowanych przez większość starszego pokolenia formach ciała i przyodziewku, w głośnej i szorstkiej muzyce. Wiek niewinności. Rodzice obecnych nastolatków zmagają się z dostępnością środków odurzających, dryfowaniem w cyberprzestrzeń, ciśnieniem na kosztowne gadżety. Tamtejsi nastolatkowie sami są teraz poważnymi ludźmi i robią takie badania jak to zrelacjonowane przez Technology Review. Otóż analiza nagrań video z koncertów punkowych wykazała, że uczestnicy pogo/kociołka wykazują zachowania podobne do cząsteczek gazu w 2D lub też poruszania się ptaków lecących w stadzie. :-) Czad, że się komuś chciało :-)

środa, 15 maja 2013

Pa-Cia De-Bóg

Niezastąpiony Alan wrzucił na mojego fejsiora taki oto obrazek:

Pa-cia De-Bóg


"Pa-cia to bóg chiński niszczący szarańczę i inne szkodliwe owady. Odstrasza insekty, jego ciało zaś złożone jest z rozmaitych elementów: ptaka, człowieka, dzwonu..."

Alan: Jak ulał pasuje do blogowej misji memowej ((-;

ja: No tak, ja robię taki  debug  ludzkiego myślenia...
Urodę, nerwowość i wewnętrzną niespójność też mam porównywalną ;-)

Alan: Tak, mizerabilność człecza, ulotność ptasia i dzwon na trwogę! ((-;
ja: albo - errare humanum, ptasi móżdżek i pustota dzwonu...
Alan: ale za to, jakie serce tego dzwonu! ((-;
ja: może i duże ale z jakiegoś ciężkiego metalu. Metale ciężkie (zob. obrazek) są szkodliwe dla zdrowia organizmów białkowych ;-P 



Metale ciężkie
PS. Tym się blogowanie różni od fejsowania. Na Ryjxionszce wszystko po tygodniu przepada, na blogu jest wiecznotrwałe. I ogólnodostępne -

wtorek, 14 maja 2013

Tutaj teraz jest ściernisko, ale będzie San Francisco...

fot.: Filip Kacalski www.filipkacalski.com



Najpiękniejsze zdjęcie kurierskie jakie kiedykolwiek widziałam.
I nie jest to San Francisco, ale ulica Jagiellońska w Szczecinie, a stalowego rumaka dosiada legendarny Fallus Fallusiewicz.
Autorem zdjęcia jest Filip Kacalski www.filipkacalski.com

Szkoła: wkrótce jej nie będzie





Cieszę się, że poważni i cenieni ludzie mają wreszcie odwagę powiedzieć "Król jest nagi!!!" Na marginesie, ja o tym pisałam już lata temu. (np. "Matrix systemu edukacji" i inne z działu "edukacja")


Jan Hartman w Gazecie Wyborczej pisze ("Umarła klasa"):

Szkolnictwo powszechne w obecnym kształcie jest dziewiętnastowiecznym przeżytkiem. Kulturowym i politycznym. Jeśli działa do dziś, to tylko mocą biurokratycznej inercji i obezwładniającej hipokryzji. Machina szkolna produkuje bowiem (...) również narkotyzującą propagandę własnych sukcesów i ''chwałę resortową''.

Zupełnie jak ongiś w Prusach czy innej carskiej Rosji. Machina szkolna, kontrolująca programy, proces nauczania i weryfikacji wiedzy uczniów, nastawiona jest na dowodzenie, że wszystko jest pod kontrolą, a edukacja daje zadowalające wyniki.

No dobrze, ale czy to wszystko da się zmienić? Nie bardzo. Dawniej szkoły działały po prostu dlatego, że w dyscyplinarnym społeczeństwie można było biciem i innymi karami wymusić na dzieciach nauczenie się na pamięć sporej liczby tekstów i formułek. Ta sama karność pozwalała na łatwe manipulacje psychiką dziecka i wywoływanie egzaltacji - a to poetyckiej, a to patriotycznej.

Dziś to wszystko przepadło. Z nastaniem demokracji zniknął przymus (...) do tego doszedł internet, który w każdej sprawie uwiadomi obywatela szybciej, skuteczniej i znacznie kompetentniej niż szkoła. Tym samym zaś szkoła przestała być potrzebna, tak jak przestało być potrzebne przechowywanie informacji na tym dysku, co to go mamy pod czaszką.

Funkcja szkoły jest dziś prawie wyłącznie społeczna. Jej zadaniem jest organizowanie czasu młodzieży w postaci bardziej czy mniej infantylnych zabaw. Wiele z nich to zabawy w uczenie się do egzaminów (testów) i ich zdawanie.

Autor więc przewiduje, że szkoła jest instytucją która wkrótce zniknie. Polecam bardzo cały text oraz zamieszczone w nim video -  Jan Hartman, Umarła klasa  

poniedziałek, 13 maja 2013

Nie mażę się, ale marzę...

Wielokrotnie pisałam już o tym, że rodzic, a szczególnie matka, to taka osoba, od której wymaga się totalnej rezygnacji z własnych potrzeb i życia innego niż dom i ewentualnie praca. Niedawny reportaż w Trójce - uczestniczki warsztatów dla zmęczonych matek opowiadają, że jeśli chcą wynegocjować czas dla siebie, np. na pójście na fitness, to muszą to uzasadnić jakimś względem pragmatycznym, bądź realizacją potrzeb innej osoby niż one same. "Mamo, zostań z małym, bo idę na siłownię. Muszę ćwiczyć żeby schudnąć i podobać się mężowi". Taki text ma pewne szanse powodzenia, w przeciwieństwie do "chcę iść na ćwiczenia, bo lubię". Nie ma mowy żeby ktoś to zrozumiał i został z dzieckiem.
Rodzice dzieci niepełnosprawnych mają życie cięższe w stopniu nie do wyobrażenia dla osób, które mają doświadczenie wyłącznie ze zdrowym dzieckiem. Opieka nad autystą bądź dzieckiem nie potrafiącym się samodzielnie poruszać jest nie tylko wielokroć cięższa, ale i trudniejsza do zdelegowania, a więc szanse na jakikolwiek odpoczynek są tu znikome. Jak dotąd skupiano się tylko na potrzebach dzieci. Teraz ktoś w końcu dostrzegł heroizm i dramatyczną sytuację ich rodziców.


więcej na www.niemazesie.pl
.

niedziela, 12 maja 2013

Czego pragniesz? O życiu w zgodzie z sobą (Alan Watts)

Mówi Alan Watts.
Jeżdżą motocykliści.
Kochamy to, co robimy.



tłumaczenie:
Co cię pociąga? Jaki stan spraw by ci odpowiadał?

Zastanówmy się - często to robię ze studentami pomagając im w poszukiwaniach ich powołania. Przychodzą do mnie i mówią, "Cóż, no, kończymy uczelnię i nie mamy najbladszego pojęcia co chcielibyśmy robić".

Więc zawsze zadaję pytanie, "Co byś chciał robić, gdyby pieniądze nie miały znaczenia? Jak chciałbyś spędzić życie, by mieć z tego prawdziwą radość?"

Cóż, to jest tak niesamowite. Jako produkt naszego systemu edukacji, rzesze studentów mówią, "Cóż, chcielibyśmy być malarzami, chcielibyśmy być poetami, chcielibyśmy być pisarzami. Ale jak każdy wie, w ten sposób nie da się zarobić żadnych pieniędzy".

A inna osoba mówi, "chciałbym żyć pod otwartym niebem i jeździć konno".
Odrzekłem, "Chcesz uczyć w szkole jazdy konnej? Przemyśl to. Co chcesz robić?"

Kiedy w końcu dojdziemy do tego, co dany człowiek twierdzi, że naprawdę chce robić, ja mówię mu: "rób to, i zapomnij o pieniądzach".

Ponieważ jeśli twierdzisz, że zarabianie pieniędzy jest najważniejszą rzeczą, spędzisz życie kompletnie marnując dany ci czas. Będziesz robił rzeczy, których nie lubisz robić, żeby zarobić na życie, które polaga na robieniu rzeczy których nie lubisz robić. To jest DURNE!

Lep­iej mieć życie krótkie, lecz pełne tego co lubisz robić, niż życie długie, ale marne i nieszczęśliwe.
 I w sumie, jeśli naprawdę lubisz to, co robisz, niezależnie od tego co to jest, możesz w końcu osiągnąć w tym mistrzostwo. To jest jedyna droga, by stać się w czymś mistrzem: naprawdę tym żyć. I potem, będziesz w stanie dostać z tego dobrą zapłatę, niezależnie od tego co to jest.

Więc nie martw się za bardzo. Każdym tematem ktoś się interesuje. I czymkolwiek ty się pasjonujesz, znajdziesz innych których to też pociąga.

Ale jest absolutnie głupie spędzać swój czas robiąc rzeczy których nie lubisz po to, by trwać, robiąc rzeczy których nie lubisz, i nauczyć swe dzieci by podążały tą samą drogą. Zobacz, w ten sposób wychowujemy dzieci i posyłamy do szkół by żyły w tak samo jak my, po to by mogły znaleźć dla siebie usprawiedliwienie i satysfakcję z życia poprzez wychowywanie swoich dzieci tak by wychowały swoje dzieci do robienia tego samego. To przyprawia o mdłości, ale nikt tego nie wyrzyga. Nigdy się nie wyrwiemy!

I tak więc, dlatego jest tak ważne żeby zastanowić się nad pytaniem, "czego pragnę". 
.

czwartek, 9 maja 2013

Lody Marczak (opcja wegańska!!) - najlepsze w tej części Polski


"You got to use your hands" - powiedziała Wyrocznia do Sati, kiedy mieszały ciasto. - "Cookies need love, like everything does". "Musisz to robić rękami. Ciastka potrzebują miłości, wszystko potrzebuje".
Teilhard twierdził, że nawet związek tlenu i wodoru w cząsteczce wody jest więzią etyczną opartą na miłości cząsteczek. I ja myślę, że istnienie czegokolwiek nie byłoby możliwe bez tej energii, jaką jest miłość, z jej wymiarami - pasją, zaangażowaniem, pragnieniem czynienia dobra. Nawet w matrixualnej branży IT, w której pracowałam wiele lat, nic nie działało dobrze, jeśli nie było zrobione z miłością.
Lody, które robi Karolina, powstają nie tylko z owoców, bakalii i cukru, ale przede wszystkim z pasji. I to się w nich czuje od pierwszego liźnięcia. Gdy uczucie jest prawdziwe, nie ma w nim miejsca na ściemę i sztuczność, więc w takich lodach nie znajdzie się żadnych polepszaczy, chemicznych dodatków czy mechanicznego nadymania powietrzem. Uzależniają jak opium od pierwszego razu - stąd ostrzeżenie na szyldzie "Tylko spróbuj" :-)
Karolina przejęła swój fach od taty, który kręci lody od 1985 roku. Ma lodziarnię w wielkopolskim Kępnie i stałych klientów którzy w podróżach przez tę część kraju specjalnie zbaczają z drogi i zatrzymują się tam by poczuć raz jeszcze ten nieporównywalny smak.
A smaków jest duży wybór - w tym tak niecodzienne opcje jak np. pestki dyni - oraz trzy wegańskie - truskawka, malina i kiwi (urywają głowę, kiwi podwójnie, trzeba mieć zatem dwie głowy jak Zaphod Beeblebrox, żeby przeżyć)


Chłopak Karoliny, Christian, pracuje w Berlinie, więc wybrali Szczecin jako miejsce w połowie drogi i założyli lodziarnię - 10 metrów od mojej bramy na Piłsudskiego. Już w pierwszym dniu swego istnienia odmieniła ona charakter tej smutnej, zasranej przez psy i zaplutej przez żuli ulicy. Odcinek między Grunwaldem a małym rondem do tej pory zdominowany był przez handel wyrobami monopolowymi. O profilu potrzeb lokalnej ludności świadczy fakt  że te 100m głównej arterii miasta dysponuje czterema punktami sprzedaży alkoholu i dwoma lombardami które zapewniają płynność finansową amatorom płynnego etanolu. W chwili otwarcia lodziarni przestrzeń natychmiast napełniła się pozytywną energią. Ludzie się zatrzymują, stawiają rowery pod ścianą, są z innymi współobywatelami miasta w przyjaznej przestrzeni publicznej. Niezobowiązująca, ale sympatyczna obecność innych ludzi, cieszenie się małymi przyjemnościami, ulotnymi chwilami. Kwintesencja dobrej codzienności. "Celebrating simple life", jak mówił Bilbo Baggins.


Karolina mówi o swej pracy: "Dzielimy się tym co sprawia, że ludzie milkną i są szczęśliwi. Choćby przez chwilę."

.

środa, 8 maja 2013

Wake up, Neo.


To, że aplikacja "budzik" znajduje się w katalogu "ulubione" w komurze to jest jakiś upiorny, ironiczny chichot Matrixa.



PS. Na marginesie:


wtorek, 7 maja 2013

Fej Zbuk Effect

Wrzuć swoje zdjęcie w spódniczce mini - 17 lajków.
Wrzuć zdjęcie psa który szuka domu - 20 szerów.
Wrzuć petycję o prawach zwierząt lub o powstrzymaniu genderycydu milionów dziewczynek w Chinach i Indiach - zero.

Fej Zbuk jest tym, czym my jesteśmy. 

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Przyszło mi już w wielu absurdach grać... ;-)

Łona, Webber, Jose (The Pimps) na wczorajszym koncercie
 Studio S-1 wypełnione po brzegi młodzieżą, Łona taki sam jak zawsze - GENIALNY. Koncert nagrywany, by wydać DVD, a do tego transmitowany na żywo na antenie radia - rządowego, więc te wszystkie hóie itd. w textach to tak trochę nie wypada ;-) Na szczęście fani-miłośnicy znający repertuar na pamięć chórem kilkuset gardeł uzupełniali texty w odpowiednich miejscach. Np. "gowno" (tak, bez prawego alta) w "ą, ę", albo w wersie następującym po owym zacytowanym w tytule (mądrej głowie dość dwie słowie, a kto nie zna niech posłucha tutaj. Młodzież oczywiście potrafi wykrzyczeć nie tylko wulgaryzmy ale i słynne "Mrożkiem" w zwrotce o celebrytce. Oraz - pokierowana przez Mistrza Ceremonii, bez żadnego instruktażu, tylko pozawerbalnie - klaskać na 7/4. Co zobaczycie na DVD, oby się szybko ukazało.


Łona z Johnnym i Szymonem, moimi towarzyszami koncertu

Wrodzone Braterstwo Polsko-Urugwajskie...

Za zachodniopomorską wioską zaczyna się unijny asfalcik, nowiutki, równiutki, gładki jak mózg człowieka, który głosił teorie, że Unia nas zeżre. „Powiedz wnukom, że tu kiedyś była Polska” – taki napis widniał na plakacie zawieszonym w oknie kantoru wymiany walut przed referendum akcesyjnym. „Powiedz wnukom, że tu kiedyś były Niemcy” – rzekł na to kąśliwie mój krewny, z zamiłowania i edukacji historyk Szczecina.
(...)
Najbardziej było mi wstyd podczas meczu o trzecie miejsce na poprzednim mundialu. Akurat zaniosło mnie do Pustkowa, uroczej wsi nad Bałtykiem, z sympatyczną, niezatłoczoną plażą. Tamtejsze pensjonaty przyciągają także poza sezonem liczne grupy niemieckich kuracjuszy. W ów lipcowy wieczór wszyscy mieszkańcy i polscy wczasowicze byli patriotami Urugwaju, kraju, o którym większość z nich zapewne nie słyszała wcześniej, a z pewnością nie potrafiliby go wskazać na mapie. Dlaczego? Bo akurat grał przeciw drużynie Niemiec. Niemiec, z których pochodziła większość kapitału nakręcającego ekonomię tej małej miejscowości.

Więcej w najnowszej opowieści na MotoRmanii...

Komentarz Alana:
Tak, Luis Alberto Suárez, który uwiesza się na Marcinie "Polskim Czołgu" Wasielewskim na zdjęciu powyżej, to zawodnik o mentalności zbliżonej do pana z kantorka. Już kilka razy płacił kary i był zawieszany na kilka meczy za paskudne obrażanie czarnoskórych zawodników oraz homoseksualistów. A ostatnio nie mając lepszego pomysłu na wygranie ugryzł piłkarza przeciwnej drużyny, tak że owemu momentalnie zrobił się znak biało-czerwony! Nie mówiąc o licznych oszustwach meczowych i grze, której daleko od fair-play. To taki podprogowy powód nadwiślańskiego kibicowania Urugwajowi zwany utożsamieniem. Ale co ja tam wiem, ja kibicowałem Niemcom. Mógłbym wprawdzie argumentować to widowiskową, szybką grą, świetną techniką niemieckich piłkarzy, niezwykłą sprawnością i wytrzymałością, ale ktoś mi zaraz wytknie, że "tak, tak... w końcu nazywasz się Weiss, ba! Alan Weiss" ((-;

Pacia: a ty nie jesteś wnukiem Szewacha Weissa? ;-)

Alan: To by się zgadzało. Wypieram swoją żydowskość popierając faszystowskie oczywiście po wszystkie pokolenia Niemcy. 

Więcej ciekawych dyskusji w komentarzach poniżej :-) 
.
 

środa, 24 kwietnia 2013

Pierwsze dziecko - to nigdy nie jest ŚWIADOMA decyzja

Parę zdań z dyskusji pod poprzednim postem "Wasz ALTRUIZM to zwykłe ĆPANIE":

Rozie (ojciec):
Nijak nie widzę w rodzinie wielopokoleniowej możliwości nauki roli matki (ojca widzę litościwie pominęliśmy, może to i lepiej). Jest możliwość pewnego odciążenia młodej matki, tu zgoda. Natomiast raczej nie widzę możliwości nauki. Oraz: każde dziecko jest inne.
I tak, pierwszy okres jest najbardziej upierdliwy, bo dziecko jest najbardziej absorbujące. W zasadzie śpi, je, wydala i się drze. W dziwnych interwałach. Jak masz niefart, to głównie się drze, a śpi lekko i najchętniej zasypia przy jedzeniu. Jak zacznie się samo poruszać, to jest lepiej, bo często wystarczy zapewnić bezpieczne środowisko do eksploracji, żeby się chwilę sobą zajęło. I tak, przy kontakcie intelektualnym jest łatwiej. Jest szansa na wytłumaczenie, że najpierw coś, a potem coś. Jest szansa na dowiedzenie się, czemu płacze. Przyzwyczajenie pewnie też. No i dowcip o kozie.

Ja: 
Ojców pomijamy, bo wszystko wskazuje na to że nie istnieje coś takiego jak instynkt ojcowski. Jest to kulturowe,wyuczone. Udział ojców w wychowaniu gigantycznie się zwiększył na przestrzeni ostatnich pokoleń, ale badania wskazują na to że nie wynika to z większej chęci spędzania czasu z niemowlętami/parolatkami, ale z faktu iż kobiety coraz śmielej formułują wymagania wobec swych partnerów, a oni starają się im sprostać. Ale to zupełnie inny temat.
Masz 200% racji, że NIE MA MOŻLIWOŚCI NAUCZENIA SIĘ, czym jest macierzyństwo. Nawet jak mieszkasz w domu z dzieciatą siostrą. Nawet jak zajmujesz się jej dziećmi, to są to nadal JEJ DZIECI. I odpowiedzialność obciąża ją. Nawet zawodowa niania ma ten komfort że wieczorem ma fajrant i luz mentalny do rana. Matka tego nie ma nigdy. To nieprawdopodobnie wyczerpuje. Matki których mężowie poświęcają czas dzieciom zazwyczaj i tak czują się bardziej obciążone - właśnie dlatego że nawet jeśli partner "pomaga" to angażuje tylko czas, zaś odpowiedzialność jest jej,ona musi wszystko zaplanować, przygotować, skoordynować, pamiętać...
Tak więc doświadczenie kontaktów z CUDZYM dzieckiem nie jest moim zdaniem podstawą do miarodajnego doświadczenia czym jest macierzyństwo. Zatem jestem przekonana że NIE MA MOŻLIWOŚCI "ŚWIADOMEJ" DECYZJI NA PIERWSZE DZIECKO. Bo wszystko co myślisz na ten temat może się nie sprawdzić. Dlatego jak moi znajomi informują mnie o ciąży to cieszę się z nimi tylko wtedy gdy jest to druga ciąża. Fakt, że zdecydowana większość par nie decyduje się na drugie dziecko (w PL przypada 1,3 dziecka na kobietę) jest również znaczący.

sobota, 20 kwietnia 2013

Wasz ALTRUIZM to zwykłe ĆPANIE


Kilka lat temu zaczęłam pisać o czarnych stronach macierzyństwa. Nie byłam świadoma, że wypowiedziałam wojnę ostatniemu, najświętszemu tabu naszego społeczeństwa. Stąd szok, gdy z rąk czytelników, obcych i przyjaciół, spotkał mnie CYBERLINCZ. Jeden z commentarios classicos:

z Twoich postów widać, jak bardzo skupiasz się na sobie.. Twój ból, Twoje cierpienia, Twoje poświęcenia...
Miłość ma sens i jest piękna wtedy, gdy się więcej daje niż bierze. I gdy jest bezinteresowna.
Jasne, że macierzyństwo nie należy do łatwych i prostych spraw, ale bez przesady, samo nowe życie, uśmiech dziecka, widok jak rośnie i się rozwija - rekompensuje całe cierpienie.
Przynajmniej tak jest w przypadku większości kobiet - myślałam nawet, że wszystkich - ale czytając Twój wpis, widać że są kobiety które sądzą inaczej. Dla mnie to czysty egoizm.

Oczywiście każdy kto umie posługiwać się mózgiem widzi, że autorka nie jest żadną altruistką. Kontakt z dzieckiem sprawia jej przyjemność większą, niż dyskomfort wywołany wysiłkiem, a więc w bilansie wychodzi na plus. Dziecko jest dla niej zatem źródłem przyjemności. JEJ przyjemności - a więc egoistycznej. 
Ponadto to jawny fałsz, iż ona "więcej daje niż bierze" bo jak sama chwilę później przyznaje, jej cierpienie jest rekompensowane z nawiązką przez radość.

A teraz, po latach, czytam:
"Nauka od lat próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy miłość macierzyńska to instynkt, czy zachowanie wyuczone. Krystyna Rymarczyk, psycholog, neurobiolog: - Badania pokazują, że jednak instynkt. Gdy pokazuje się kobietom zdjęcia różnych dzieci, w tym ich własnych, to przy oglądaniu fotografii własnego potomstwa wyraźnie widać pobudzenie tzw. obszaru układu nagrody. Czyli tej części mózgu, która odpowiada za poczucie zadowolenia. Silne pobudzenie układu nagrody powoduje wydzielanie dużych ilości DOPAMINY, co wzmaga stan EUFORII i radości. "
Dopamina. Ośrodek nagrody, ten sam który uaktywnia się podczas sexu, jedzenia słodyczy, picia wódy, ćpania amfy. Dokładnie o tym pisała moja "altruistyczna" czytelniczka. "Uśmiech dziecka rekompensuje całe cierpienie". Po prostu twój układ nerwowy zalewał się endogennym dragiem. Ten cały twój altruizm to jest najbanalniejsza NARKOMANIA!

W zasadzie mnie to nie dziwi. Ewolucja musiała to zrobić w ten sposób po to, by ludzkie samice były w stanie przetrwać ten koszmarny, absurdalny, wieloletni wysiłek. Inne ssaki mają to jakoś sensowniej rozwiązane. Poród trwa kilka minut, opieka nad potomstwem kilka miesięcy, rzadko rok. Szczenię ludzkie po roku dopiero stawia pierwsze kroki. Źrebię potrafi biegać galopem godzinę po przyjściu na świat.

"Dlaczego niektóre kobiety nie odczuwają szczęścia z posiadania dzieci? - mówi dalej neurobiolog Krystyna Rymarczyk. - Przyczyny mogą być różne. Psychologiczne, społeczne, ale też biologiczne - wynikające z zaburzeń na poziomie biochemii mózgu. Zaburzenia wydzielania prolaktyny lub oxytocyny wpływają najprawdopodobniej na wadliwe działanie układu nagrody - kobieta nie odczuwa szczęścia, patrząc na swoje dziecko. "

I wówczas staje się ono czymś na kształt złamanej nogi. Nie dość że sprawia mnóstwo bólu i kłopotu, to musisz to ciągnąć ze sobą wszędzie. Najprostsze sprawy, jak wejście na schody, stają się wyprawą na K2. Nie możesz normalnie przemieszczać się, pracować, funkcjonować na żadnej płaszczyźnie.

Społeczeństwo zrozumie, jeśli kobieta przyzna się, że nie kocha swej siostry, brata, ojca, nawet matki. Zrozumie, że nie kocha męża i gdy odejdzie od niego. Ale nie wybacza tym, które nie kochają dziecka. Takie osoby żyją w osamotnieniu, w poczuciu winy. Nie ujawniają się ze strachu przed potępieniem. Wiedzą, że nie dostaną wsparcia. Że nikt nie będzie potrafił wyjść poza swój punkt widzenia, poza swoje doświadczenie i przeżywanie tej sprawy. Zupełnie jak z kochającymi płeć własną. Oni też są w mniejszości - nie rozumianej, pogardzanej, nienawidzonej.

Macierzyństwo jest w Polsce detabuizowane dopiero od jakichś dwóch lat (duże zasługi pisma "Bachor"). O ile coraz łatwiej jest przyznać się do zmęczenia, frustracji, bezradności, poczucia uwięzienia - to o braku miłości do dziecka jeszcze nadal nie bardzo. "Normalna" większość nie potrafi pojąć, że emocje to coś, co pojawia się bez kontroli człowieka - a więc brak uczuć pozytywnych, czy też uczucia negatywne nie są skutkiem decyzji ani osądu, jak to określiła cytowana czytelniczka. "są kobiety, które sądzą inaczej", napisała, zamiast "czują inaczej".
I za coś, co przytrafiło im się wbrew ich woli i intencji, nazywane są nieludzkimi potworami. Egoistkami.

PS. Wpis jest w zamierzeniu uniwersalny, nie osobisty. Precyzuję w komentarzach poniżej

.





wtorek, 16 kwietnia 2013

Comparatio Pejserini


"My też... my też patrzyliśmy na wiosenny śnieg z większym przerażeniem niż Ojciec Rydzyk słuchał w wiadomościach, jak Papież Franciszek jeździł autobusem. Podczas gdy w Toruniu główkowano, jak teraz wytłumaczyć się słuchaczom ze "służbowego" Lexusa, my równie mocno kombinowaliśmy, jak złożymy ten kwietniowy numer" - początek wstępniaka w bieżącym wydaniu papierowym MotoRmanii. Uwielbiam porównania Pejsera :-)

Basia skomentowała: "Lexus stał się rydzykowny" ;-)


piątek, 12 kwietnia 2013

"Chcę być taki jak mamusia!"

Dlaczego powyższa deklaracja jest obciachem, zaś "chcę być taka jak mój tata" - nie jest? Próbuję analizować stereotypy dotyczące płci w prawie-nie-motocyklowym felietonie na MotoRmanii.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Riverside. Urywa głowę

Michał Łapaj

W 2006 wpadła mi w ręce płyta "Second Life Syndrome". I to była miłość od pierwszego usłyszenia...
Od tej pory słucham ich z płyt i na żywo, po prostu są niezrównani.
Mariusz Duda
Piotr Grudziński

Jakie to musi być uczucie, patrzeć na salę wypełnioną szczelnie kilkoma setkami ludzi, skandującymi nazwę twojego zespołu? Na tych w pierwszych rzędach, którzy doznają amoku gdy dotykasz strun? (I ja tam byłam i też trzepałam łupież z włosów.) To musi dawać siłę, bo chłopaki z Riverside, mimo długiego, energicznego koncertu wracali na scenę trzy razy !!! grając po kilka utworów na każdy bis.
I jakiś czas po koncercie, mimo zmęczenia, wyszli porozmawiać ze słuchaczami... Tacy mili i skromni ludzie, mimo kolejki po autografy i próśb o podarowanie kostki od gitary, która potem przechowywana będzie jak relikwia :-) ("Pick of destiny? ;-) Udało mi się przełamać i zamienić parę zdań z Michałem, którego bardzo cenię, bo jego wkład i expresja są extremalnie ważne dla odbioru całości, a sekcja którą ogania - keyboardy, cztery na raz! i magiczny theremin - rzadko jest doceniana (przeciętny odbiorca "widzi" i "słyszy" głównie wokal, gitary...). Co powiedzieć w takiej sytuacji? Przecież nie "gratuluję, świetnie graliście" bo kim ja jestem, żeby oceniać występ takich wymiataczy? Mogę co najwyżej podziękować, że chcą się dzielić ze zwykłymi śmiertelnikami owocami swojego niezwykłego talentu.

Michał i ja

A przecież jestem wypłoszem, zwierzęciem niestadnym, w tłumie dostaję stanów lękowych, więc na czym polega ten fenomen fenomenalnego odbioru na koncercie? Na OBECNOŚCI. Na BYCIU BLISKO zespołu i odbieraniu ich uczuć, wyrażanych nie tylko przez muzykę, ale też mowę ciała i całą emocjonalną aurę, którą przecież tak mocno odbieram z ludzi w bezpośrednim kontakcie. Koncerty Riverside (a jest to mój nie pamiętam już który) są tak wspaniałe, bo CZUJĘ, że muzycy, mimo iż grają po raz iluś-setny, czynią to za każdym razem z taką samą radością i zaangażowaniem. Robią to, co kochają. "Cookies need love, like everything does".

Więcej zdjęć...


poprzednie wpisy:
Riverside i "kultura narodowa"
Koncert w Berlinie 2009
Lunatic Soul i Oslo
Lunatic Soul - o byciu sobą w naszej kulturze

.
.