siewnia memów - dla wszystkich, ale szczególnie dla Was Ludzie których kocham, a którzy jesteście czasem tak daleko...
Zapraszam również na mój blog motocyklowy
Zapraszam również na mój blog motocyklowy: http://motocyklistka.xemantic.com/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
piątek, 10 października 2014
wtorek, 14 maja 2013
Szkoła: wkrótce jej nie będzie
Cieszę się, że poważni i cenieni ludzie mają wreszcie odwagę powiedzieć "Król jest nagi!!!" Na marginesie, ja o tym pisałam już lata temu. (np. "Matrix systemu edukacji" i inne z działu "edukacja")
Jan Hartman w Gazecie Wyborczej pisze ("Umarła klasa"):
Szkolnictwo powszechne w obecnym kształcie jest dziewiętnastowiecznym przeżytkiem. Kulturowym i politycznym. Jeśli działa do dziś, to tylko mocą biurokratycznej inercji i obezwładniającej hipokryzji. Machina szkolna produkuje bowiem (...) również narkotyzującą propagandę własnych sukcesów i ''chwałę resortową''.
Zupełnie jak ongiś w Prusach czy innej carskiej Rosji. Machina szkolna, kontrolująca programy, proces nauczania i weryfikacji wiedzy uczniów, nastawiona jest na dowodzenie, że wszystko jest pod kontrolą, a edukacja daje zadowalające wyniki.
No dobrze, ale czy to wszystko da się zmienić? Nie bardzo. Dawniej szkoły działały po prostu dlatego, że w dyscyplinarnym społeczeństwie można było biciem i innymi karami wymusić na dzieciach nauczenie się na pamięć sporej liczby tekstów i formułek. Ta sama karność pozwalała na łatwe manipulacje psychiką dziecka i wywoływanie egzaltacji - a to poetyckiej, a to patriotycznej.
Dziś to wszystko przepadło. Z nastaniem demokracji zniknął przymus (...) do tego doszedł internet, który w każdej sprawie uwiadomi obywatela szybciej, skuteczniej i znacznie kompetentniej niż szkoła. Tym samym zaś szkoła przestała być potrzebna, tak jak przestało być potrzebne przechowywanie informacji na tym dysku, co to go mamy pod czaszką.
Funkcja szkoły jest dziś prawie wyłącznie społeczna. Jej zadaniem jest organizowanie czasu młodzieży w postaci bardziej czy mniej infantylnych zabaw. Wiele z nich to zabawy w uczenie się do egzaminów (testów) i ich zdawanie.
Autor więc przewiduje, że szkoła jest instytucją która wkrótce zniknie. Polecam bardzo cały text oraz zamieszczone w nim video - Jan Hartman, Umarła klasa
niedziela, 12 maja 2013
Czego pragniesz? O życiu w zgodzie z sobą (Alan Watts)
Mówi Alan Watts.
Jeżdżą motocykliści.
Kochamy to, co robimy.
tłumaczenie:
Co cię pociąga? Jaki stan spraw by ci odpowiadał?
Zastanówmy się - często to robię ze studentami pomagając im w poszukiwaniach ich powołania. Przychodzą do mnie i mówią, "Cóż, no, kończymy uczelnię i nie mamy najbladszego pojęcia co chcielibyśmy robić".
Więc zawsze zadaję pytanie, "Co byś chciał robić, gdyby pieniądze nie miały znaczenia? Jak chciałbyś spędzić życie, by mieć z tego prawdziwą radość?"
Cóż, to jest tak niesamowite. Jako produkt naszego systemu edukacji, rzesze studentów mówią, "Cóż, chcielibyśmy być malarzami, chcielibyśmy być poetami, chcielibyśmy być pisarzami. Ale jak każdy wie, w ten sposób nie da się zarobić żadnych pieniędzy".
A inna osoba mówi, "chciałbym żyć pod otwartym niebem i jeździć konno".
Odrzekłem, "Chcesz uczyć w szkole jazdy konnej? Przemyśl to. Co chcesz robić?"
Kiedy w końcu dojdziemy do tego, co dany człowiek twierdzi, że naprawdę chce robić, ja mówię mu: "rób to, i zapomnij o pieniądzach".
Ponieważ jeśli twierdzisz, że zarabianie pieniędzy jest najważniejszą rzeczą, spędzisz życie kompletnie marnując dany ci czas. Będziesz robił rzeczy, których nie lubisz robić, żeby zarobić na życie, które polaga na robieniu rzeczy których nie lubisz robić. To jest DURNE!
Lepiej mieć życie krótkie, lecz pełne tego co lubisz robić, niż życie długie, ale marne i nieszczęśliwe.
I w sumie, jeśli naprawdę lubisz to, co robisz, niezależnie od tego co to jest, możesz w końcu osiągnąć w tym mistrzostwo. To jest jedyna droga, by stać się w czymś mistrzem: naprawdę tym żyć. I potem, będziesz w stanie dostać z tego dobrą zapłatę, niezależnie od tego co to jest.
Więc nie martw się za bardzo. Każdym tematem ktoś się interesuje. I czymkolwiek ty się pasjonujesz, znajdziesz innych których to też pociąga.
Ale jest absolutnie głupie spędzać swój czas robiąc rzeczy których nie lubisz po to, by trwać, robiąc rzeczy których nie lubisz, i nauczyć swe dzieci by podążały tą samą drogą. Zobacz, w ten sposób wychowujemy dzieci i posyłamy do szkół by żyły w tak samo jak my, po to by mogły znaleźć dla siebie usprawiedliwienie i satysfakcję z życia poprzez wychowywanie swoich dzieci tak by wychowały swoje dzieci do robienia tego samego. To przyprawia o mdłości, ale nikt tego nie wyrzyga. Nigdy się nie wyrwiemy!
I tak więc, dlatego jest tak ważne żeby zastanowić się nad pytaniem, "czego pragnę".
.
Jeżdżą motocykliści.
Kochamy to, co robimy.
tłumaczenie:
Co cię pociąga? Jaki stan spraw by ci odpowiadał?
Zastanówmy się - często to robię ze studentami pomagając im w poszukiwaniach ich powołania. Przychodzą do mnie i mówią, "Cóż, no, kończymy uczelnię i nie mamy najbladszego pojęcia co chcielibyśmy robić".
Więc zawsze zadaję pytanie, "Co byś chciał robić, gdyby pieniądze nie miały znaczenia? Jak chciałbyś spędzić życie, by mieć z tego prawdziwą radość?"
Cóż, to jest tak niesamowite. Jako produkt naszego systemu edukacji, rzesze studentów mówią, "Cóż, chcielibyśmy być malarzami, chcielibyśmy być poetami, chcielibyśmy być pisarzami. Ale jak każdy wie, w ten sposób nie da się zarobić żadnych pieniędzy".
A inna osoba mówi, "chciałbym żyć pod otwartym niebem i jeździć konno".
Odrzekłem, "Chcesz uczyć w szkole jazdy konnej? Przemyśl to. Co chcesz robić?"
Kiedy w końcu dojdziemy do tego, co dany człowiek twierdzi, że naprawdę chce robić, ja mówię mu: "rób to, i zapomnij o pieniądzach".
Ponieważ jeśli twierdzisz, że zarabianie pieniędzy jest najważniejszą rzeczą, spędzisz życie kompletnie marnując dany ci czas. Będziesz robił rzeczy, których nie lubisz robić, żeby zarobić na życie, które polaga na robieniu rzeczy których nie lubisz robić. To jest DURNE!
Lepiej mieć życie krótkie, lecz pełne tego co lubisz robić, niż życie długie, ale marne i nieszczęśliwe.
I w sumie, jeśli naprawdę lubisz to, co robisz, niezależnie od tego co to jest, możesz w końcu osiągnąć w tym mistrzostwo. To jest jedyna droga, by stać się w czymś mistrzem: naprawdę tym żyć. I potem, będziesz w stanie dostać z tego dobrą zapłatę, niezależnie od tego co to jest.
Więc nie martw się za bardzo. Każdym tematem ktoś się interesuje. I czymkolwiek ty się pasjonujesz, znajdziesz innych których to też pociąga.
Ale jest absolutnie głupie spędzać swój czas robiąc rzeczy których nie lubisz po to, by trwać, robiąc rzeczy których nie lubisz, i nauczyć swe dzieci by podążały tą samą drogą. Zobacz, w ten sposób wychowujemy dzieci i posyłamy do szkół by żyły w tak samo jak my, po to by mogły znaleźć dla siebie usprawiedliwienie i satysfakcję z życia poprzez wychowywanie swoich dzieci tak by wychowały swoje dzieci do robienia tego samego. To przyprawia o mdłości, ale nikt tego nie wyrzyga. Nigdy się nie wyrwiemy!
I tak więc, dlatego jest tak ważne żeby zastanowić się nad pytaniem, "czego pragnę".
.
czwartek, 11 października 2012
Wykszałcenie śmieciowe! - a nie mówiłam???
Mówię o tym i piszę już od wielu lat, bazując na swoich doświadczeniach jako pracownik i pracodawca, na długo zanim szumu w mediach narobili Klesyk i Stanek. Okazuje się że coraz więcej osób zauważa problem, teraz pisze o tym Tygodnik Powszechny:
"Oszukane pokolenie"...? z, jak to nazwali trafnie Kuźmiński i Wilczyński, śmieciowymi dyplomami:
Cykl "don't be fool, quit the school" i inne o edukacji (przewiń w dół by pominąć najnowszy)
.
"Oszukane pokolenie"...? z, jak to nazwali trafnie Kuźmiński i Wilczyński, śmieciowymi dyplomami:
są najbardziej wykształconą generacją w historii Polski, ale też swoje wykształcenie, fakultety, wydatki na czesne mogą sobie powiesić nad łóżkiem.
„Bez edukacji będziesz nikim”; „Nie idź na studia, skończysz w MPO”. Jeśli „oszukane pokolenie” chce znaleźć „winnych”, w pierwszym rzędzie powinno poszukać pod własnymi dachami. To ich rodzice po 1989 r. zrozumieli, że edukacja może się okazać najważniejszą przepustką do lepszej przyszłości. Wydawali więc ostatnie pieniądze na korepetycje z języków obcych albo zadłużali się, by posłać dziecko do szkoły prywatnej. Poświęcić rok na porządne przygotowanie się do upragnionego kierunku? Nic z tych rzeczy: trzeba studiować już, zaraz.
Dzieci przedstawicieli pokolenia awansu społecznego w PRL – ludzi, którzy przyjeżdżali studiować do miast i tworzyli inteligencję w pierwszym pokoleniu, uzyskując po studiach stabilność na państwowych posadach - wyrastały w poczuciu względnego bezpieczeństwa, rodzice „mieli pracę”. Ci rodzice, zdając sobie sprawę, że taka przyszłość nie będzie już udziałem dzieci, postawili na ich wykształcenie jako najlepiej sobie znany mechanizm zdobywania prestiżu społecznego i życiowej stabilności. Tymczasem dzieci odziedziczyły po nich kulturowy model, według którego po studiach „dostaje się” pracę.
Ale jakże typowa była też sytuacja odwrotna – może nawet częstsza, zważywszy, że studia były w realnym socjalizmie przywilejem elitarnym. Oto rodzice, którzy nie studiowali, i często z trudem wiązali w PRL koniec z końcem, w edukacyjnym boomie ujrzeli szansę, by ich dzieci dostały to, czego sami nie doświadczyli.
Cykl "don't be fool, quit the school" i inne o edukacji (przewiń w dół by pominąć najnowszy)
.
wtorek, 24 lipca 2012
Szkoła jest po to by skończyć szkołę... (don't be fool, quit the school, 4)
Hogwart, Szkoła Magii i Czarodziejstwa. Pierwsza lekcja Dolores Umbridge z klasą Harry'ego Pottera. Nowa nauczycielka, zainstalowana w szkole manualnie przez ministra, przedstawia program swoich zajęć:
To jest właśnie to, co tłumaczyłam kiedyś zadufanym w sobie przedstawicielom miejskiego wydziału oświaty na spotkaniu przedstawicieli IT, miasta i szkolnictwa. Ludzie z biznesu od dwóch godzin mówili, że szkoła i uczelnia nie tylko nie daje absolwentom wiedzy zawodowej, i że z tym się już pogodzili, że pracowników szkolą sami; ale nie daje im nawet wiedzy ogólnej o świecie, znajomości języka, orientacji czym jest PIT a czym VAT. Pani urzędniczka zabrawszy głos wygłosiła najpierw obowiązkową laudację na temat dyrektorki wydziału (tak jak kiedyś w każdej pracy naukowej musiał być co najmniej jeden cytat z Lenina) i powiedziała, że przecież szczecińska oświata ma wspaniałe osiągnięcia, bo uczniowie wygrywają olimpiady i dostają dobre stopnie z examinów końcowych. Wstałam wtedy i mówię, że funkcjonariusze oświaty nie wychodzą z zamkniętego pudełka swych szkół: przekazują szkolną wiedzę, którą sprawdzają szkolnymi examinami i wystawiają za to szkolne stopnie. A potem taki kandydat wychodzi na zewnątrz i oblewa examin życia na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej: nauczył się bowiem mnóstwa rzeczy, ale nic, co by mu się przydało w życiu.
Ale zdał był maturę, bo o to chodzi w szkole. A poza szkołą nic nie ma. Ta powyższa scena z "Zakonu Fenixa" jest genialna.
I jeśli ktoś ma wątpliwości, to musi podnieść rękę, żeby móc je wyrazić. W razie czego, nie udzieli mu się głosu. Regulamin: pkt 1. - nauczyciel ma zawsze rację. Pkt 2. Gdyby nie miał racji, patrz pkt. 1.
Poza szkołą nic nie ma. Poza Kościołem nie ma zbawienia. Poza Matrixem nic nie istnieje, a on bardzo się stara, by zniewoleni przez system nie dowiedzieli się o tym. Pisałam już o tym tutaj.
Harry tłumaczył to potem na pierwszym spotkaniu Armii Dumbledora - grupy uczniów, których podjął się sam uczyć praktycznej obrony przed czarną magią:
W naszych realiach na szczęście nie jest aż tak drastycznie. Nie chodzi o śmierć, ale o życie. By szkoła spełniała hasło tak dumnie widniejące na budynku rektoratu US: "Uczymy się dla życia, nie dla szkoły". Wypisane jest po łacinie, i dobrze, bo chodnik w tym miejscu byłby obsikany ze śmiechu, gdyby ludzie to rozumieli. Z takiego naprawdę gorzkiego śmiechu.
Szkolnictwo ogólne na poziomie podstawowym i średnim, takie jak je teraz mamy, powstało dwieście lat temu by wyposażać młodzież w wiedzę potrzebną do życia. I skostniało w ministerialnie-zaakceptowanym schemacie. Świat zmienił się od tamtego czasu drastycznie, a dzieci nadal walą pamięciówę: historia... geografia... biologia... O podstawach prawa pracy uczą się w inspektoracie lub w sądzie, proste podatki i PIT robi za nich xięgowa której muszą płacić, bo nie nauczyli się tego w szkole. Wybór kredytu robi za nich biuro finansowe, oczywiście nie za darmo. Jeśli potrafią znaleźć informacje w internecie, a potem je ocenić i zweryfikować, to na pewno nie jest zasługa ich nauczycieli. Świat w którym funkcjonują na codzień ogarniają przy pomocy płatnych specjalistów, ale w szkole zajmowali się stolicami krajów latynoamerykańskich i układem krwionośnym żaby.
Przyjaciółka, xięgowa, mówiła mi że praktykanci z US, po 4 latach studiów na kierunku rachunkowość, przychodzą do kancelarii podatkowej na praktyki i nie tylko nie potrafią xięgować. Oni nie potrafią nawet liczyć procentów.
- Od teraz będziecie brać udział w starannie zaplanowanych, zaaprobowanych przez Ministerstwo lekcjach obrony przed czarną magią. Słucham?
- Tu nie ma nic o używaniu zaklęć obronnych?
- Używanie zaklęć? No cóż, nie potrafię sobie wyobrazić dlaczego mielibyście używać zaklęć w mojej klasie.
- Nie będziemy używać magii?
- Będziecie się uczyć o zaklęciach obronnych w bezpieczny, pozbawiony ryzyka sposób.
- I na co to komu? Jak zostaniemy zaatakowani, to nie będzie pozbawione ryzyka!
- Uczniowie mają podnosić rękę jeśli chcą coś powiedzieć na mojej lekcji! Taki jest pogląd Ministerstwa, że wiedza teoretyczna będzie wystarczająca abyście zdali egzaminy, które, koniec końców, są tym, o co chodzi w szkole.
- A jak teoria ma nas przygotować na to, co jest poza szkołą?
- Moja droga, poza szkołą nic nie ma.
To jest właśnie to, co tłumaczyłam kiedyś zadufanym w sobie przedstawicielom miejskiego wydziału oświaty na spotkaniu przedstawicieli IT, miasta i szkolnictwa. Ludzie z biznesu od dwóch godzin mówili, że szkoła i uczelnia nie tylko nie daje absolwentom wiedzy zawodowej, i że z tym się już pogodzili, że pracowników szkolą sami; ale nie daje im nawet wiedzy ogólnej o świecie, znajomości języka, orientacji czym jest PIT a czym VAT. Pani urzędniczka zabrawszy głos wygłosiła najpierw obowiązkową laudację na temat dyrektorki wydziału (tak jak kiedyś w każdej pracy naukowej musiał być co najmniej jeden cytat z Lenina) i powiedziała, że przecież szczecińska oświata ma wspaniałe osiągnięcia, bo uczniowie wygrywają olimpiady i dostają dobre stopnie z examinów końcowych. Wstałam wtedy i mówię, że funkcjonariusze oświaty nie wychodzą z zamkniętego pudełka swych szkół: przekazują szkolną wiedzę, którą sprawdzają szkolnymi examinami i wystawiają za to szkolne stopnie. A potem taki kandydat wychodzi na zewnątrz i oblewa examin życia na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej: nauczył się bowiem mnóstwa rzeczy, ale nic, co by mu się przydało w życiu.
Ale zdał był maturę, bo o to chodzi w szkole. A poza szkołą nic nie ma. Ta powyższa scena z "Zakonu Fenixa" jest genialna.
I jeśli ktoś ma wątpliwości, to musi podnieść rękę, żeby móc je wyrazić. W razie czego, nie udzieli mu się głosu. Regulamin: pkt 1. - nauczyciel ma zawsze rację. Pkt 2. Gdyby nie miał racji, patrz pkt. 1.
Poza szkołą nic nie ma. Poza Kościołem nie ma zbawienia. Poza Matrixem nic nie istnieje, a on bardzo się stara, by zniewoleni przez system nie dowiedzieli się o tym. Pisałam już o tym tutaj.
Harry tłumaczył to potem na pierwszym spotkaniu Armii Dumbledora - grupy uczniów, których podjął się sam uczyć praktycznej obrony przed czarną magią:
- Stawienie czoła temu w prawdziwym życiu jest inne niż w szkole.
W szkole, jeśli popełnisz błąd, możesz po prostu spróbować zaliczyć jutro.
Ale na zewnątrz... jeśli jesteś o krok od śmierci, bo ktoś chce cię zabić.... albo patrzysz, jak przyjaciel umiera na twoich oczach... Nie macie pojęcia, jak to jest.
W naszych realiach na szczęście nie jest aż tak drastycznie. Nie chodzi o śmierć, ale o życie. By szkoła spełniała hasło tak dumnie widniejące na budynku rektoratu US: "Uczymy się dla życia, nie dla szkoły". Wypisane jest po łacinie, i dobrze, bo chodnik w tym miejscu byłby obsikany ze śmiechu, gdyby ludzie to rozumieli. Z takiego naprawdę gorzkiego śmiechu.
Szkolnictwo ogólne na poziomie podstawowym i średnim, takie jak je teraz mamy, powstało dwieście lat temu by wyposażać młodzież w wiedzę potrzebną do życia. I skostniało w ministerialnie-zaakceptowanym schemacie. Świat zmienił się od tamtego czasu drastycznie, a dzieci nadal walą pamięciówę: historia... geografia... biologia... O podstawach prawa pracy uczą się w inspektoracie lub w sądzie, proste podatki i PIT robi za nich xięgowa której muszą płacić, bo nie nauczyli się tego w szkole. Wybór kredytu robi za nich biuro finansowe, oczywiście nie za darmo. Jeśli potrafią znaleźć informacje w internecie, a potem je ocenić i zweryfikować, to na pewno nie jest zasługa ich nauczycieli. Świat w którym funkcjonują na codzień ogarniają przy pomocy płatnych specjalistów, ale w szkole zajmowali się stolicami krajów latynoamerykańskich i układem krwionośnym żaby.
Przyjaciółka, xięgowa, mówiła mi że praktykanci z US, po 4 latach studiów na kierunku rachunkowość, przychodzą do kancelarii podatkowej na praktyki i nie tylko nie potrafią xięgować. Oni nie potrafią nawet liczyć procentów.
![]() |
| Źródło: Demotywatory |
niedziela, 22 lipca 2012
Tworzyć, czy zakuwać? (Don't be fool, quit the school, 3)
![]() |
| Joanna Newsom |
And I go where the trees go
And I walk from a higher education
And it beats me, but I do not know
It beats me but I do not know
I do not know
I podążam ścieżkami drzew
I odchodzę od wyższego wykształcenia
To uderza we mnie, ale ja o tym nie wiem,
uderza we mnie, ale o tym nie wiem,
nie wiem o tym
![]() |
| Joanna Newsom |
![]() |
| Steven Wilson (Blackfield, Porcupine Tree) |
![]() |
| Joseph Gordon-Levitt |
![]() |
| Jacek Dukaj |
![]() |
| Tomek Bagiński i ja :-) foto: Tomasz Świerczyński, Luminance Studio (dzięki!) |
| Łona. Fot. Pacia |
Łona, i tobie chwała za to, że nie posłuchałeś mamy, której perswazje przytoczyłeś w piosence Raperzy są niedobrzy:
Słuchaj co mówię , przecież jestem twoją matką
Nie zaprzeczysz faktom, to najzwyklejsze szczeniactwo
Rzuć to, zajmij się wreszcie edukacją
Synu, zajmij się czymś, słyszę codziennie od nowa
A ja nie narzekam mamo na brak zainteresowań
Cieszę się, widząc twoją troskę o moją przyszłość
To nie jest sposób mamo, by nawiązać dialog
Jeszcze nikomu się to siłą nie udało
Porozumienia zero
Stosunki między nami, jak 10 lat temu między jedną i drugą Koreą
Dzięki twej asertywności i sile woli mamy dziś w szczecińskiej i polskiej kulturze zbiory najcelnieszych i najgenialniej wyrażonych obserwacji psychologicznych i społecznych - twoje płyty. (Tutaj pisałam już za co kocham Łonę - za geniusz i skromność, za złośliwość i delikatność...)
Na koniec jeszcze raz przepiękna Joanna:
And you laws of property
Oh, you free economy
And you unending afterthoughts
You could've told me before
Never get so attached to a poem
You forget truth that lacks lyricism
Never draw so close to the heat
That you forget that you must eat.
I wy, prawa własności,
ty, wolny rynku,
i wy niekończące się reflexje a posteriori
trzeba było mi wcześniej powiedzieć
Nigdy nie przywiązuj się tak do wiersza
by zapomnieć prawdę pozbawioną liryzmu
nigdy nie daj się wciągnąć w żar
tak bardzo że zapominasz że musisz jeść.
Jak widać na powyższych przykładach, da się mieć co jeść tworząc z pożytkiem dla ludzkości sztukę najwyższej klasy, nie ukończywszy jednakowoż w tym celu ostatniej klasy.
Zawsze warto być najpierw wiernym sobie.
czwartek, 5 lipca 2012
Ludzie bez matury/magistra zmieniają świat (Don't be fool, quit the school, 2)
![]() |
| Richard Branson |
Kolejnym "dzieckiem" Virgin jest Sex Pistols, którego nikt inny nie chciał wydać... ich debiut, podobnie jak Oldfielda, rozszedł się w nakładzie 5 mln płyt.
Dziś Virgin jest wielkim koncernem, ma sieć komórkową, linię lotniczą, oferuje turystykę kosmiczną... To wszystko powstało dlatego że Branson mając 16 lat ostatecznie rzucił szkołę - z której wcześniej wyrzucano go 18 razy - i zajął się poważnymi rzeczami. Ale nie przestał też robić rzeczy niepoważnych - np. spełnił swoje marzenie i przeleciał balonem z Japonii do Kanady (rekord długości lotu balonem).
| Steve Jobs |
![]() | |
| Sean Parker |
![]() |
| Julian Assange |
Uczył się z 37 szkołach i na 6 uczelniach, studiów nie ukończył.
Dokonania zresztą nie muszą być tak innowacyjne, obywatelskie czy globalne by miały znaczenie dla wielu na codzień... Amancio Ortega, założyciel i właściciel marki odzieżowej Zara, rzucił szkołę mając lat 13. Jego koncern obejmuje teraz Stradivariusa i ileś jeszcze innych marek, a on chodzi w dżinsach, obiady je z pracownikami i nie ma gabinetu.
Ingvar Kamprad stworzył IKEA mając lat 17. W szkole miał problemy z dyslexją, studiów nie skończył. Chwała mu, ten megafunkcjonalny śmietnik który mam w kuchni, genialny w swej prostocie, wyszedł spod jego ręki. I o ile funkcjonuję spokojnie nie korzystając z produktów Gatesa czy Ortegi, to życia bez IKEI sobie nie wyobrażam...
![]() |
| Fred i George Wesley |
.
Fotki: Wikipedia
sobota, 23 czerwca 2012
Chcę być na "śmieciówce"!
Mój list do Tygodnika Powszechnego (opublikowany w jego papierowym wydaniu nr 18-19/2012 z dnia 29.04 w ramach dyskusji nad tematem "Młodzi, wykształceni, bezrobotni")
Pracuję zawodowo od 13 lat - zaczęłam jeszcze na studiach. Nie miałam i nie chcę mieć umowy o pracę! Ponieważ:
1. Nie chcę, aby państwo z wypracowanych przeze mnie pieniędzy, które na zatrudnienie mnie jest w stanie wydać pracodawca, odciągało niemal połowę (suma podatku dochodowego i wszystkich składek ZUS - praca w Polsce jest opodatkowana jak jakiś luxus, na równi z alkoholem i papierosami).
2. Chcę, poprzez podatki, wspierać dobro wspólne i robię to. Ale nie chcę, by wypracowane przeze mnie i zabrane mi w nadmiarze pieniądze służyły realizacji doraźnych celów politycznych, takich jak emerytury tych, którym komunizm wmówił, że są tak niezwykle ważni i którzy mają czelność z kilofami pod sejmem wymuszać subsydia dla swojej branży kosztem innych grup zawodowych. (Niedgyś związki zawodowe to byli robotnicy, którzy wyrywali kapitalistom; teraz to przedstawiciele zawodów niedochodowych, wyrywający tym, którzy wybrali zawody przynoszące dochód)
3. Nie chcę być częścią systemu, który traktuje mnie jak osobę upośledzoną, która nie potrafi zadbać o własne sprawy zarówno w konfrontacji z pracodawcą, jak i na wypadek zdarzeń losowych. Sama skuteczniej to zrobię zagospodarowując te środki, które innym państwo zabiera w ramach "ubezpieczeń społecznych" a potem wykorzystuje nieefektywnie, niegospodarnie i niewydolnie. Umiem umówić się z pracodawcą o urlop w takim wymiarze jaki chcę, o chorobowe i umiem zabezpieczyć się na emeryturę efektywniej niż robią to urzędy.
4. Nie chcę być częścią systemu, który wszystkich przycina do jednego szablonu. Może życzę sobie mieć więcej lub mniej urlopu niż 26 dni, pracować więcej lub mniej niż 40h w tygodniu, w dowolnie wybranej porze lub miejscu. Może życzę sobie mieć zapłacone nie za tzw. "dupogodziny" odsiedziane w biurze, ale za konkretny efekt działań, który umiem osiągnąć w krótszym czasie. Dlaczegóż mam, jak śpiewał punkowy zespół o żołnierzu, "na rozkaz zostawić cię, na rozkaz spać i jeść i odliczać każdy dzień".
Nie miałam i nie chcę mieć umowy o pracę, regulowanej kodeksem. I nie życzę sobie by państwo, "w trosce o mnie", odbierało mi taką możliwość.
Jako młoda osoba pracowałam na kursach językowych. Gdyby oskładkować moją niewysoką pensję - koszt mego zatrudnienia przekroczyłby sumę płaconą przez kursantów za zajęcia. I po prostu nie miałabym pracy. Skąd bowiem szkoła miałaby wziąć pieniądze na moje składki? Skąd to przekonanie władz i narodu, że pracodawcy drukują sobie pieniądze i wystarczy im je wyrwać? Pieniądze w firmach biorą się ze sprzedaży efektów pracy pracowników. Nie można płacić pracownikowi więcej niż to, co klient jest skłonny zapłacić za wypracowany przez niego towar czy usługę.
I jeszcze jedno. Znana mi firma daje współpracownikom wybór. "Na współpracę z tobą możemy wydać 6 tys. Jeśli chcesz umowę o pracę, zostanie ci z tego w ręku 3,5 tys. Wybierzesz kontrakt, wystawisz fakturę, zapłacisz podatki i ZUS, zostanie ci na koncie 4700. A jeśli uzupełnisz OFE do kwoty, jaka by tam trafiała z etatu - 4400. Nam jest wszystko jedno. Twój wybór". Chcecie zgadnąć ile osób decyduje się na "śmieciówkę"?
A dlaczego nigdy nie miałam problemów ze znalezieniem pracy? Bo mam umiejętności, które są potrzebne innym ludziom do tego stopnia, że są w stanie za nie płacić. Moi byli współstudenci płaczą na kuroniówce, bo uczyli się rzeczy które ich interesowały, ale które są nikomu niepotrzebne. To umiejętności potrzebne konsumentom zapewniają nie tylko pracę, ale też i pozycję do negocjacji z pracodawcą (niezależnie od formy umowy!), który potrzebuje mnie by obsłużyć swoich klientów. Klient chce konkretnego efektu działań, towaru lub usługi. A te wytwarza się umiejętnością, a nie papierem najlepszej nawet uczelni.
Pracuję zawodowo od 13 lat - zaczęłam jeszcze na studiach. Nie miałam i nie chcę mieć umowy o pracę! Ponieważ:
1. Nie chcę, aby państwo z wypracowanych przeze mnie pieniędzy, które na zatrudnienie mnie jest w stanie wydać pracodawca, odciągało niemal połowę (suma podatku dochodowego i wszystkich składek ZUS - praca w Polsce jest opodatkowana jak jakiś luxus, na równi z alkoholem i papierosami).
2. Chcę, poprzez podatki, wspierać dobro wspólne i robię to. Ale nie chcę, by wypracowane przeze mnie i zabrane mi w nadmiarze pieniądze służyły realizacji doraźnych celów politycznych, takich jak emerytury tych, którym komunizm wmówił, że są tak niezwykle ważni i którzy mają czelność z kilofami pod sejmem wymuszać subsydia dla swojej branży kosztem innych grup zawodowych. (Niedgyś związki zawodowe to byli robotnicy, którzy wyrywali kapitalistom; teraz to przedstawiciele zawodów niedochodowych, wyrywający tym, którzy wybrali zawody przynoszące dochód)
3. Nie chcę być częścią systemu, który traktuje mnie jak osobę upośledzoną, która nie potrafi zadbać o własne sprawy zarówno w konfrontacji z pracodawcą, jak i na wypadek zdarzeń losowych. Sama skuteczniej to zrobię zagospodarowując te środki, które innym państwo zabiera w ramach "ubezpieczeń społecznych" a potem wykorzystuje nieefektywnie, niegospodarnie i niewydolnie. Umiem umówić się z pracodawcą o urlop w takim wymiarze jaki chcę, o chorobowe i umiem zabezpieczyć się na emeryturę efektywniej niż robią to urzędy.
4. Nie chcę być częścią systemu, który wszystkich przycina do jednego szablonu. Może życzę sobie mieć więcej lub mniej urlopu niż 26 dni, pracować więcej lub mniej niż 40h w tygodniu, w dowolnie wybranej porze lub miejscu. Może życzę sobie mieć zapłacone nie za tzw. "dupogodziny" odsiedziane w biurze, ale za konkretny efekt działań, który umiem osiągnąć w krótszym czasie. Dlaczegóż mam, jak śpiewał punkowy zespół o żołnierzu, "na rozkaz zostawić cię, na rozkaz spać i jeść i odliczać każdy dzień".
Nie miałam i nie chcę mieć umowy o pracę, regulowanej kodeksem. I nie życzę sobie by państwo, "w trosce o mnie", odbierało mi taką możliwość.
Jako młoda osoba pracowałam na kursach językowych. Gdyby oskładkować moją niewysoką pensję - koszt mego zatrudnienia przekroczyłby sumę płaconą przez kursantów za zajęcia. I po prostu nie miałabym pracy. Skąd bowiem szkoła miałaby wziąć pieniądze na moje składki? Skąd to przekonanie władz i narodu, że pracodawcy drukują sobie pieniądze i wystarczy im je wyrwać? Pieniądze w firmach biorą się ze sprzedaży efektów pracy pracowników. Nie można płacić pracownikowi więcej niż to, co klient jest skłonny zapłacić za wypracowany przez niego towar czy usługę.
I jeszcze jedno. Znana mi firma daje współpracownikom wybór. "Na współpracę z tobą możemy wydać 6 tys. Jeśli chcesz umowę o pracę, zostanie ci z tego w ręku 3,5 tys. Wybierzesz kontrakt, wystawisz fakturę, zapłacisz podatki i ZUS, zostanie ci na koncie 4700. A jeśli uzupełnisz OFE do kwoty, jaka by tam trafiała z etatu - 4400. Nam jest wszystko jedno. Twój wybór". Chcecie zgadnąć ile osób decyduje się na "śmieciówkę"?
A dlaczego nigdy nie miałam problemów ze znalezieniem pracy? Bo mam umiejętności, które są potrzebne innym ludziom do tego stopnia, że są w stanie za nie płacić. Moi byli współstudenci płaczą na kuroniówce, bo uczyli się rzeczy które ich interesowały, ale które są nikomu niepotrzebne. To umiejętności potrzebne konsumentom zapewniają nie tylko pracę, ale też i pozycję do negocjacji z pracodawcą (niezależnie od formy umowy!), który potrzebuje mnie by obsłużyć swoich klientów. Klient chce konkretnego efektu działań, towaru lub usługi. A te wytwarza się umiejętnością, a nie papierem najlepszej nawet uczelni.
niedziela, 17 czerwca 2012
Don't be fool, quit the school... (1)
Miasto pełne jest reklam lokalnych uczelni, obiecujących świetlaną przyszłość, pracę i perspektywy z ich dyplomem w ręku. Tymczasem rok temu w The Economist zastanawiano się, czy wyższa edukacja nie jest tą bańką spekulacyjną, która teraz właśnie zacznie wybuchać - po ostrej wyrypie systemu pożyczek na nieruchomości oraz po upadku dotcomów. Felietonista Economista, Joseph Schumpeter powoływał się również na Petera Thiela.
Peter Thiel, absolwent filozofii na uniwersytecie Stanforda, współzałożyciel i niegdyś prezes PayPal, jeden z pierwszych inwestorów w Facebooka i członek jego zarządu, ufundował 20 stypendiów w wysokości 100 tys. dolarów dla studentów poniżej 20 roku życia, którzy porzucą uczelnię i zaczną działalność w biznesie.
Peter Thiel przewidział wiele zjawisk ekonomicznych i już w 2004 mówił o migracji bańki spekulacyjnej dotcomów do sektora finansowego. Trzy lata później pękająca z hukiem bańka kredytów na nieruchomości potwierdziła jego słowa. A teraz widzi kolejną - bańkę edukacji.
Edukacja - argumentuje Thiel - jest słabą inwestycją, ponieważ:
- nie ma żadnego zabezpieczenia (pożyczka na dom posiada takowe w postaci domu, choćby był on mniej wart niż pieniądze które za niego zapłacono);
- nie jest tylko inwestycją, ale także konsumpcją, podobnie jak dom z wielkim basenem i wodotryskami; studia to cztery lata imprezowania;
- ukończenie 70-80% uczelni w Stanach nie daje dodatniej stopy zwrotu, a nawet te najlepsze, po których następuje zwrot, czy aby na pewno jest to ich zasługą?
Ciąg dalszy nastąpi...
Mój poprzedni wpis o Matrixie systemu edukacji
.
Peter Thiel, absolwent filozofii na uniwersytecie Stanforda, współzałożyciel i niegdyś prezes PayPal, jeden z pierwszych inwestorów w Facebooka i członek jego zarządu, ufundował 20 stypendiów w wysokości 100 tys. dolarów dla studentów poniżej 20 roku życia, którzy porzucą uczelnię i zaczną działalność w biznesie.
Peter Thiel przewidział wiele zjawisk ekonomicznych i już w 2004 mówił o migracji bańki spekulacyjnej dotcomów do sektora finansowego. Trzy lata później pękająca z hukiem bańka kredytów na nieruchomości potwierdziła jego słowa. A teraz widzi kolejną - bańkę edukacji.
Edukacja - argumentuje Thiel - jest słabą inwestycją, ponieważ:
- nie ma żadnego zabezpieczenia (pożyczka na dom posiada takowe w postaci domu, choćby był on mniej wart niż pieniądze które za niego zapłacono);
- nie jest tylko inwestycją, ale także konsumpcją, podobnie jak dom z wielkim basenem i wodotryskami; studia to cztery lata imprezowania;
- ukończenie 70-80% uczelni w Stanach nie daje dodatniej stopy zwrotu, a nawet te najlepsze, po których następuje zwrot, czy aby na pewno jest to ich zasługą?
Jak poradziliby sobie ich studenci - zadaje pytanie Thiel - gdyby nie poszli na studia? Czy może uczlenie tak naprawdę tylko wybierają utalentowanych ludzi, którzy by sobie poradzili niezależnie od edukacji? Czy wy ich naprawdę uczycie? Moje podejrzenie jest takie, że uczelnie są dobre tylko w wyłapywaniu zdolnych ludzi, a nie w dodawaniu im jakiejkolwiek wartości.
Ciąg dalszy nastąpi...
Mój poprzedni wpis o Matrixie systemu edukacji
.
wtorek, 7 lutego 2012
Matrix systemu edukacji
Fuck the System!
Na rektoracie US kłamliwa deklaracja: Non scholae sed vitae discimus. "Uczymy się dla życia, nie dla szkoły". A studenci zapytani "po co studiujesz?" zamiast odpowiedzieć "bo uczelnia wyposaży mnie w wiedzę i umiejętności potrzebne do wykonywania pracy" jak jeden mąż odpowiadają "bo jakiś papier trzeba mieć". Chodzą do szkoły, by mieć skończoną szkołę, a nie po to, by nauczyła ich radzić sobie w życiu.
Totalitaryzmy mają to do siebie, że próbują człowieka zniewolić okłamując go, że nic poza nimi nie istnieje.
Wachowscy pięknie to pokazali - ludzie którzy całą swoją energię oddają w służbie Systemu są oszukiwani od narodzenia do śmierci, że Matrix jest jedyną rzeczywistością, że nie ma dla niej alternatywy, że nic poza nim nie istnieje.
Takim Matrixem usiłował być komunizm, wbijając ludziom do głów że jest jedynie słusznym systemem powszechnej szczęśliwości, a zarazem szczelnie izolując obywateli przed doświadczeniem tego co na zewnątrz, filtrując medialnie informacje płynące z Zachodu, odmawiając paszportów. A obywatele całe swoje życie zmuszeni byli do pracy na rzecz systemu, pozbawieni w większości możliwości korzystania z jej owoców, którą daje tylko wolny rynek.
Skuteczniejszym Matrixem była niegdyś - i jest nadal w wielu miejscach - religia. "Poza Kościołem nie ma zbawienia". Poza Allahem i tak dalej. System przekonuje że wyjście z niego jest co najmniej skazaniem siebie samego na wieczne potępienie, a często i na karę śmierci doczesną*. I system ów - jak każdy Matrix - podporządkowuje sobie wszelkie aspekty życia jednostki - sferę światopoglądową, moralną, rodzinną, sexualną, wyznacza rytm pracy i odpoczynku, sexu i wstrzemięźliwości, postu i świętowania.
Nadal skutecznym i zakorzenionym w umysłach Matrixem jest system edukacji. Od podstawówki dzieci słyszą od rodziców i nauczycieli "skończ szkołę, bo będziesz nikim".** Funkcjonariusze systemu, agenci Matrixa, czyli nauczyciele, mają bezpośredni interes w przekonywaniu do tego kłamstwa - podporządkowują sobie jednostki, wymuszają posłuszeństwo i pokorę ucznia, wbrew swej woli oddanego w ich władzę. "Nie będę się buntował, bo mnie wyrzucą ze szkoły / uwalą na uczelni - i to będzie koniec". Im zależy na to, by młody człowiek wierzył, że poza edukacją nie ma dla niego perspektyw, że bez dyplomu nie będzie miał pracy - z tej wiary oni żyją, ona im daje pracę. Ta wiara rodziców i młodzieży sprawia, że ludzie oddają systemowi 18 lat życia, od zerówki po magisterkę, i to w tym okresie gdy człowiek jest najbardziej twórczy, najsilniejszy.
Jak każdy Matrix, system edukacji nie bierze odpowiedzialności za efekty podporządkowania się mu. Komunizm nie gwarantował szczęścia; skuteczność zbawiania przez religię jest o tyle dla kościołów wygodna, że absolutnie (sic!) nieweryfikowalna. Szkoły wyższe reklamują się:
"To na was czekają pracodawcy"
"Wybierz swoją przyszłość"
"Mój ojciec ukończył XXX i teraz jest dyrektorem"
- bez żadnej rękojmi na to, bo mając dyplom człowiek nie może dostać pracy, to przecież nie wraca z reklamacją na uczelnię, mówiąc: oddajcie mi pięć lat życia!
Jak każdy Matrix, system edukacji kostnieje straszliwie w swych strukturach. Szkoła jest teraz taka, jaką ją wymyślono w XVIII wieku, by przygotowywała młodych ludzi do życia i pracy. Świat zewnętrzny się zmienił, a struktury i metody szkolne nie. Mamy komputery i internet, a dzieci piszą w zeszytach notatki dyktowane przez nauczyciela. Polonista dyktuje maturzystom biografię pisarza, a oni jak średniowieczni kopiści ją zapisują długopisem na papierze. Tymczasem większość z tych nastolatków mogłaby wyjąć smartfony i znaleźć na wikipedii tę biografię w pięć sekund. Kto kogo tu powinien uczyć funkcjonowania we współczesnym świecie??? Ale agenci systemu nawet tego nie widzą: "my się znamy na tym najlepiej, bo jesteśmy magistrami, profesorami, a jesteśmy profesorami, więc znamy się na tym najlepiej" - nie wychodzą mentalnie poza swój Matrix, mimo że rzeczywistość skrzeczy. Coraz wyraźniejszy bowiem jest rozziew pomiędzy tym, co sobą reprezentują absolwenci, a tym czego potrzebują pracodawcy. Profesorowie nie tracą jednak powodów do samozachwytu: "przecież mamy tak wspaniałych uczniów, wystawiliśmy im piątki!"
Jednemu z tych maturzystów pomagałam pisać CV. Przez 12 lat szkolnictwo nie nauczyło go nic, co mógłby tam wpisać, co przydałoby się ewentualnemu pracodawcy. Prawo jazdy zdobył sam, komputera nauczył się sam, angielski i tak wymagał doszlifowania na kursie.
Jeszcze 20 lat temu wiedzę czerpało się z xiążek, szukało się jej żmudnie kartkując katalogi i tomiszcza w bibliotekach. Im człowiek więcej pamiętał, tym sprawniej się z tym poruszał. Komputery, internet, wyszukiwarki i funkcja CTRL+F zdjęły z nas konieczność zarówno pamiętania, jak i szukania. Ten moment powinien być kopernikańskim przewrotem w nauczaniu. Kończymy z pamięciówą, przez co możemy usprawnić i skrócić edukację. Z wdrukowywania danych przesunąć ciężar na umiejętności docierania do nich, przetwarzania i wykorzystywania. To czego młodzież uczy się na studiach, mogłaby ogarnąć w technikum, to co w liceum możnaby zrobić w gimnazjum. I mając lat 19 iść do pracy. Uczelnie zostawiając tylko w takich dziedzinach jak prawo czy medycyna. A tymczasem co się stało??? Boom edukacyjny - 55% młodzieży, zamiast jak wcześniej kilkanaście, idzie na studia, po to by zdobywać coraz bardziej fasadowe dyplomy. Matrixowi naprawdę nie zależy na tym by się redukować!
Ludzie chodzą do szkoły, "by mieć skończoną szkołę": komunizm, religia i edukacja zostały wymyślone dla człowieka, ale rozrosły się w matrixy, stały celem same dla siebie, zaczęły służyć interesom swych agentów-funkcjonariuszy, a ludzi traktować jako narzędzie dla osiągania samoselfnych celów.
Na szczęście to wszystko widzę nie tylko ja, ale i mądrzejsi ode mnie:
"Człowiek się rodzi artystą i przez całą szkołę walczy, żeby tym artystą pozostać. Bo jak pójdzie do pracy, to supercenne się stanie, że on ma inne pomysły niż cała reszta. Wtedy nie będą szukać kujona, który odpowiedzi na każde pytanie szuka w książkach sprzed dziesięciu lat." - rozmowa z Miłoszem Brzezińskim, Duży Format. (Artykuł bardzo długi, tu fragmenty na ten temat. Tu całość.)
Nie trać czasu na studia - Newsweek : "Lepiej mieć porządny zawód, niż byle jakie studia – oto prawda o polskim rynku pracy. Uczelnie coraz skuteczniej przygotowują dziś do bezrobocia albo marnej pensji."
Wyższa Edukacja: ostatnia bańka spekulacyjna? - The Economist.
Czekam z utęsknieniem na dzień, kiedy ona pierdolnie z trzaskiem i przestanie ssać soki z ludzi żywcem.
-----
*W islamie za apostazję prawo państwowe oparte na szariacie przewiduje karę śmierci, a w mrocznych czasach chrześcijaństwa nie tylko palono heretyków na stosach, ale też stosowano zasadę "cuius regio eius religio".
**Skrzywdzone tym podejściem jest szczególnie moje pokolenie, bo nasi starzy, ukształtowani w komunizmie gdzie rzeczywiście papierek określał człowieka, potem wciskali dzieciom ściemę, że dyplom rzeczywiście je ustawi, po to by patrzeć jak prosto w bezrobocie czwórkami idą absolwenci w latach 90. i dwutysięcznych.
Na rektoracie US kłamliwa deklaracja: Non scholae sed vitae discimus. "Uczymy się dla życia, nie dla szkoły". A studenci zapytani "po co studiujesz?" zamiast odpowiedzieć "bo uczelnia wyposaży mnie w wiedzę i umiejętności potrzebne do wykonywania pracy" jak jeden mąż odpowiadają "bo jakiś papier trzeba mieć". Chodzą do szkoły, by mieć skończoną szkołę, a nie po to, by nauczyła ich radzić sobie w życiu.
Totalitaryzmy mają to do siebie, że próbują człowieka zniewolić okłamując go, że nic poza nimi nie istnieje.
Wachowscy pięknie to pokazali - ludzie którzy całą swoją energię oddają w służbie Systemu są oszukiwani od narodzenia do śmierci, że Matrix jest jedyną rzeczywistością, że nie ma dla niej alternatywy, że nic poza nim nie istnieje.
Takim Matrixem usiłował być komunizm, wbijając ludziom do głów że jest jedynie słusznym systemem powszechnej szczęśliwości, a zarazem szczelnie izolując obywateli przed doświadczeniem tego co na zewnątrz, filtrując medialnie informacje płynące z Zachodu, odmawiając paszportów. A obywatele całe swoje życie zmuszeni byli do pracy na rzecz systemu, pozbawieni w większości możliwości korzystania z jej owoców, którą daje tylko wolny rynek.
Skuteczniejszym Matrixem była niegdyś - i jest nadal w wielu miejscach - religia. "Poza Kościołem nie ma zbawienia". Poza Allahem i tak dalej. System przekonuje że wyjście z niego jest co najmniej skazaniem siebie samego na wieczne potępienie, a często i na karę śmierci doczesną*. I system ów - jak każdy Matrix - podporządkowuje sobie wszelkie aspekty życia jednostki - sferę światopoglądową, moralną, rodzinną, sexualną, wyznacza rytm pracy i odpoczynku, sexu i wstrzemięźliwości, postu i świętowania.
Nadal skutecznym i zakorzenionym w umysłach Matrixem jest system edukacji. Od podstawówki dzieci słyszą od rodziców i nauczycieli "skończ szkołę, bo będziesz nikim".** Funkcjonariusze systemu, agenci Matrixa, czyli nauczyciele, mają bezpośredni interes w przekonywaniu do tego kłamstwa - podporządkowują sobie jednostki, wymuszają posłuszeństwo i pokorę ucznia, wbrew swej woli oddanego w ich władzę. "Nie będę się buntował, bo mnie wyrzucą ze szkoły / uwalą na uczelni - i to będzie koniec". Im zależy na to, by młody człowiek wierzył, że poza edukacją nie ma dla niego perspektyw, że bez dyplomu nie będzie miał pracy - z tej wiary oni żyją, ona im daje pracę. Ta wiara rodziców i młodzieży sprawia, że ludzie oddają systemowi 18 lat życia, od zerówki po magisterkę, i to w tym okresie gdy człowiek jest najbardziej twórczy, najsilniejszy.
Jak każdy Matrix, system edukacji nie bierze odpowiedzialności za efekty podporządkowania się mu. Komunizm nie gwarantował szczęścia; skuteczność zbawiania przez religię jest o tyle dla kościołów wygodna, że absolutnie (sic!) nieweryfikowalna. Szkoły wyższe reklamują się:
"To na was czekają pracodawcy"
"Wybierz swoją przyszłość"
"Mój ojciec ukończył XXX i teraz jest dyrektorem"
- bez żadnej rękojmi na to, bo mając dyplom człowiek nie może dostać pracy, to przecież nie wraca z reklamacją na uczelnię, mówiąc: oddajcie mi pięć lat życia!
Jak każdy Matrix, system edukacji kostnieje straszliwie w swych strukturach. Szkoła jest teraz taka, jaką ją wymyślono w XVIII wieku, by przygotowywała młodych ludzi do życia i pracy. Świat zewnętrzny się zmienił, a struktury i metody szkolne nie. Mamy komputery i internet, a dzieci piszą w zeszytach notatki dyktowane przez nauczyciela. Polonista dyktuje maturzystom biografię pisarza, a oni jak średniowieczni kopiści ją zapisują długopisem na papierze. Tymczasem większość z tych nastolatków mogłaby wyjąć smartfony i znaleźć na wikipedii tę biografię w pięć sekund. Kto kogo tu powinien uczyć funkcjonowania we współczesnym świecie??? Ale agenci systemu nawet tego nie widzą: "my się znamy na tym najlepiej, bo jesteśmy magistrami, profesorami, a jesteśmy profesorami, więc znamy się na tym najlepiej" - nie wychodzą mentalnie poza swój Matrix, mimo że rzeczywistość skrzeczy. Coraz wyraźniejszy bowiem jest rozziew pomiędzy tym, co sobą reprezentują absolwenci, a tym czego potrzebują pracodawcy. Profesorowie nie tracą jednak powodów do samozachwytu: "przecież mamy tak wspaniałych uczniów, wystawiliśmy im piątki!"
Jednemu z tych maturzystów pomagałam pisać CV. Przez 12 lat szkolnictwo nie nauczyło go nic, co mógłby tam wpisać, co przydałoby się ewentualnemu pracodawcy. Prawo jazdy zdobył sam, komputera nauczył się sam, angielski i tak wymagał doszlifowania na kursie.
Jeszcze 20 lat temu wiedzę czerpało się z xiążek, szukało się jej żmudnie kartkując katalogi i tomiszcza w bibliotekach. Im człowiek więcej pamiętał, tym sprawniej się z tym poruszał. Komputery, internet, wyszukiwarki i funkcja CTRL+F zdjęły z nas konieczność zarówno pamiętania, jak i szukania. Ten moment powinien być kopernikańskim przewrotem w nauczaniu. Kończymy z pamięciówą, przez co możemy usprawnić i skrócić edukację. Z wdrukowywania danych przesunąć ciężar na umiejętności docierania do nich, przetwarzania i wykorzystywania. To czego młodzież uczy się na studiach, mogłaby ogarnąć w technikum, to co w liceum możnaby zrobić w gimnazjum. I mając lat 19 iść do pracy. Uczelnie zostawiając tylko w takich dziedzinach jak prawo czy medycyna. A tymczasem co się stało??? Boom edukacyjny - 55% młodzieży, zamiast jak wcześniej kilkanaście, idzie na studia, po to by zdobywać coraz bardziej fasadowe dyplomy. Matrixowi naprawdę nie zależy na tym by się redukować!
Ludzie chodzą do szkoły, "by mieć skończoną szkołę": komunizm, religia i edukacja zostały wymyślone dla człowieka, ale rozrosły się w matrixy, stały celem same dla siebie, zaczęły służyć interesom swych agentów-funkcjonariuszy, a ludzi traktować jako narzędzie dla osiągania samoselfnych celów.
Na szczęście to wszystko widzę nie tylko ja, ale i mądrzejsi ode mnie:
"Człowiek się rodzi artystą i przez całą szkołę walczy, żeby tym artystą pozostać. Bo jak pójdzie do pracy, to supercenne się stanie, że on ma inne pomysły niż cała reszta. Wtedy nie będą szukać kujona, który odpowiedzi na każde pytanie szuka w książkach sprzed dziesięciu lat." - rozmowa z Miłoszem Brzezińskim, Duży Format. (Artykuł bardzo długi, tu fragmenty na ten temat. Tu całość.)
Nie trać czasu na studia - Newsweek : "Lepiej mieć porządny zawód, niż byle jakie studia – oto prawda o polskim rynku pracy. Uczelnie coraz skuteczniej przygotowują dziś do bezrobocia albo marnej pensji."
Wyższa Edukacja: ostatnia bańka spekulacyjna? - The Economist.
Czekam z utęsknieniem na dzień, kiedy ona pierdolnie z trzaskiem i przestanie ssać soki z ludzi żywcem.
-----
*W islamie za apostazję prawo państwowe oparte na szariacie przewiduje karę śmierci, a w mrocznych czasach chrześcijaństwa nie tylko palono heretyków na stosach, ale też stosowano zasadę "cuius regio eius religio".
**Skrzywdzone tym podejściem jest szczególnie moje pokolenie, bo nasi starzy, ukształtowani w komunizmie gdzie rzeczywiście papierek określał człowieka, potem wciskali dzieciom ściemę, że dyplom rzeczywiście je ustawi, po to by patrzeć jak prosto w bezrobocie czwórkami idą absolwenci w latach 90. i dwutysięcznych.
środa, 23 marca 2011
Generations Wars: episode IV: A New Hope
"Wszyscy mamy prawo do własnego zdania. Ludzkość od niepamiętnych czasów zadaje sobie pytania o sens życia, ale każdy człowiek odpowiada na nie w inny, tylko sobie właściwy sposób. Nie ma jednej odpowiedzi i nie może jej być, bo każdy człowiek jest inny, niepowtarzalny."
Artykuł profesora Hartmana (TP 12/2011), którego szanuję i cenię, bardzo mnie ucieszył. Jeśli dzisiejsze nastolatki rzeczywiście są takie, to może nie zafundują swoim dzieciom tego, co pokolenie 50-60-cioletnich zafundowało nam: wojen o krzyż i mgłę, trumnokracji, homofobii, nerwic eklezjogennych. Może ich szacunek dla podmiotowości innych ludzi zaowocuje stworzeniem społeczeństwa bez antysemityzmu i innych antyzmów, i żerujących na nich polityków i rozgłośni radiowych. Może ich świadomość własnej podmiotowości i szacunek dla własnych potrzeb spowoduje że nie będą sfrustrowani, zakompleksieni i agresywni, a zatem staną się zdolni do obdarowywania innych dobrem (nie można dać czegoś, czego się nie ma).
Narzekanie na upadek młodzieży było znane już w starożytności i może być przejawem poczucia utraty kontroli. Wszak wybierając wartości inne niż te którymi kieruje się starsze pokolenie, młodzież ucieka spod jego władzy. Przecież zaangażowanie w ponoć instrumentalizowane przez nastolatków dziedziny ("nauka, sztuka, religia") oznacza konieczność ubiegania się o względy starszych: profesorów, recenzentów, mecenasów, biskupów, i innych "autorytetów" których moc dysponowania zasobami i prestiżem opiera się na ugruntowanej pozycji w hierarchii adekwatnych instytucji. Tymczasem świat zmienia się dużo szybciej niż możliwości adaptacyjne jednostki i często młodzi trafniej rozpoznają "otaczającą rzeczywistość" niż ich rodzice. Ze swoimi otwartymi, elastycznymi umysłami, wolnymi od rutyny i uprzedzeń, często dużo lepiej radzą sobie w technologiach, biznesie, i tam gdzie można tworzyć i badać poza skostniałymi organizacjami.
Z jednym stwierdzeniem się nie zgodzę - że młodzież "torturuje nihilizmem" przedstawicieli innych pokoleń. To najwyżej oni sami się tym rzekomym nihilizmem torturują. Struktura osobowości typowego ponoć nastolatka, nakreślona w artykule, nie przewiduje narzucania komukolwiek czegokolwiek. Wszak - "każdy ma swoje zdanie".
Odpowiedzi na artykuł: Kuba Kryś: "Dzisiejsza młodzież nie ufa ślepo autorytetom. Młode pokolenia nareszcie szukają, patrzą, próbują, eksperymentują – robią to wszystko, co jest potrzebne do wykształcenia zdrowej i pełnej tożsamości. Mojemu pokoleniu wpajano szacunek wobec „autorytetów” czy „prawdy” – śmiem nazwać go ślepym szacunkiem. Dzisiejsza młodzież na szczęście ma już otwarte oczy."
Alan Gonera, "Egzamin niedojrzałości": "Jan Hartman pisze o „śmieciu wypełniającym umysły” jego pierwszorocznych studentów. Chciałbym zadać pytanie, skąd ten śmieć się tam wziął. Co robili ci studenci w szkole średniej? Przygotowywali się do matury, a to oznacza, że w ciągu trzech lat musieli wyzbyć się umiejętności twórczego podejścia, zwalczyć w sobie pokusę kreatywnego, świeżego myślenia. Jan Hartman pisze, że głupoty do głów młodych wtłacza „wychowawczy i medialny kartel”. Ale jest jeszcze jeden członek tej mafijnej rodziny: szkoła. (...) Mantra powtarzana przez nauczycieli brzmi: „wstrzelić się w klucz!”.
Etykiety:
edukacja,
etyka,
LGBT / homofobia / mniejszości,
queer,
religia,
społeczeństwo
wtorek, 3 listopada 2009
Lecz pamiętaj naprawdę nie dzieje się nic...
"Debata branży IT" - firmy, uczelnie, miasto. Te same opowieści, co od lat. Instytucje edukacyjne i rządowe opracowują programy finansowane z podatków czy Unii, a biznes i tak radzi sobie sam: szkoli niedouczonych absolwentów za swoje pieniądze. Trafnie zresztą zauważali przedstawiciele przedsiębiorstw: że nie oczekują że liceum i uczelnia da umiejętności dokładni takie jak jest potrzebna, ale wiedzę ogólną choćby z zakresu ekonomii, umiejętność mówienia i pisania po angielsku, i nie naśmieci w głowach przestarzałymi technologiami ani nie zrazi uczniów i studentów do niektórych dziedzin, robiąc z nich lekcje extremalnie nudne i przeteoretyzowane.
Jeden z kolegów z NCDC opowiadał mi na ewaluacji, że po zajęciach o bazach danych na Politechnice / Ziucie nie pomyślałby w życiu że mógłby w tym pracować. Nuda, znikoma praktyka i egzamin polegający na obryciu iluśset stron teorii. Dopiero u nas przekonał się że bazy danych mogą być ciekawe. To wszystko przez to, że na uczelnie jako pracownicy często trafiają odpady ludzkie, które nie poradziłyby sobie w biznesie, a do szkół dyrektorskie pociotki które nie dałyby rady w żadnej innej pracy (pracowałam w szkole, wiem!)
Wypowiedź pani dyrektor z wydziału oświaty zagotowała mi krew. Ludzie od dwóch godzin mówią, że absolwenci liceów (i potem uczelni) trafiający na interwiu nie potrafią posłużyć się angielskim, nie odróżniają PIT od VAT i nie orientują się w mechanizmach ekonomii w której na codzień uczestniczą, a ona wygłasza laudację na temat wiceprezydent Masojć (!#@%&!#$@$) i twierdzi, że mamy świetne szkoły, bo dobre wyniki egazminów niezależnych i wysokie miejsca w rankingach. Beton! Aż się wkurzyłam i mówię, że to są szkolne oceny ze szkolnych egzaminów sprawdzających szkolną wiedzę, a ci piątkowi absolwenci przychodzą na rozmowy kwalifikacyjne w naszych firmach i oblewają egzamin życia, bo nie rozumieją rzeczywistości!!! To że ktoś radzi sobie wewnątrz systemu szkolnego, nie oznacza że poradzi sobie w prawdziwym świecie. Ale do takich wybetonowanych mózgów taki komunikat w ogóle nie trafia i mogą sobie nadal trwać w samozadowoleniu, bo mamy w mieście "najlepsze" liceum (=przemysłowy kombinat produkcji olimpijczyków).
Więc mówię ja tym profesorom i dyrektorom, że jak do mnie trafia CV to nawet nie patrzę, czy i skąd kto ma dyplom, bo za tym nic nie stoi. I że połowa z naszych najwybitniejszych specjalistów, koordynatorów działów w firmie nie skończyła uczelni wcale albo przeszła na kierunek humanistyczny, bo tej matmy na Polibudzie nie mogli już zdzierżyć.
Natomiast ogromnie zaimponował mi prof. Wiliński, dziekan Wydziału Informatyki, swoją pokorą i otwartością. Trochę się oczywiście bronił i chwalił, ale zasadniczo zdawał sobie sprawę z rozziewu między tym co reprezentują sobą absolwenci i tym czego oczekują firmy, i już zaczął temu przeciwdziałać, a także jest otwarty na propozycje w tym zakresie. Na tle przedstawicieli innych instytucji edukacyjnych i ich zachowawczo-samozadowolonej postawy była to inna jakość. Niemniej, potrzeba by zmiany, zaangażowania, pasji i myślenia w całej masie pracowników naukowych, nauczycieli i urzędników, żeby coś się ruszyło.
...i nie stanie się nic, aż do końca.
Jeden z kolegów z NCDC opowiadał mi na ewaluacji, że po zajęciach o bazach danych na Politechnice / Ziucie nie pomyślałby w życiu że mógłby w tym pracować. Nuda, znikoma praktyka i egzamin polegający na obryciu iluśset stron teorii. Dopiero u nas przekonał się że bazy danych mogą być ciekawe. To wszystko przez to, że na uczelnie jako pracownicy często trafiają odpady ludzkie, które nie poradziłyby sobie w biznesie, a do szkół dyrektorskie pociotki które nie dałyby rady w żadnej innej pracy (pracowałam w szkole, wiem!)
Wypowiedź pani dyrektor z wydziału oświaty zagotowała mi krew. Ludzie od dwóch godzin mówią, że absolwenci liceów (i potem uczelni) trafiający na interwiu nie potrafią posłużyć się angielskim, nie odróżniają PIT od VAT i nie orientują się w mechanizmach ekonomii w której na codzień uczestniczą, a ona wygłasza laudację na temat wiceprezydent Masojć (!#@%&!#$@$) i twierdzi, że mamy świetne szkoły, bo dobre wyniki egazminów niezależnych i wysokie miejsca w rankingach. Beton! Aż się wkurzyłam i mówię, że to są szkolne oceny ze szkolnych egzaminów sprawdzających szkolną wiedzę, a ci piątkowi absolwenci przychodzą na rozmowy kwalifikacyjne w naszych firmach i oblewają egzamin życia, bo nie rozumieją rzeczywistości!!! To że ktoś radzi sobie wewnątrz systemu szkolnego, nie oznacza że poradzi sobie w prawdziwym świecie. Ale do takich wybetonowanych mózgów taki komunikat w ogóle nie trafia i mogą sobie nadal trwać w samozadowoleniu, bo mamy w mieście "najlepsze" liceum (=przemysłowy kombinat produkcji olimpijczyków).
Więc mówię ja tym profesorom i dyrektorom, że jak do mnie trafia CV to nawet nie patrzę, czy i skąd kto ma dyplom, bo za tym nic nie stoi. I że połowa z naszych najwybitniejszych specjalistów, koordynatorów działów w firmie nie skończyła uczelni wcale albo przeszła na kierunek humanistyczny, bo tej matmy na Polibudzie nie mogli już zdzierżyć.
Natomiast ogromnie zaimponował mi prof. Wiliński, dziekan Wydziału Informatyki, swoją pokorą i otwartością. Trochę się oczywiście bronił i chwalił, ale zasadniczo zdawał sobie sprawę z rozziewu między tym co reprezentują sobą absolwenci i tym czego oczekują firmy, i już zaczął temu przeciwdziałać, a także jest otwarty na propozycje w tym zakresie. Na tle przedstawicieli innych instytucji edukacyjnych i ich zachowawczo-samozadowolonej postawy była to inna jakość. Niemniej, potrzeba by zmiany, zaangażowania, pasji i myślenia w całej masie pracowników naukowych, nauczycieli i urzędników, żeby coś się ruszyło.
...i nie stanie się nic, aż do końca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














.jpg)
