siewnia memów - dla wszystkich, ale szczególnie dla Was Ludzie których kocham, a którzy jesteście czasem tak daleko...
Zapraszam również na mój blog motocyklowy
Zapraszam również na mój blog motocyklowy: http://motocyklistka.xemantic.com/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skandynawia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skandynawia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 29 czerwca 2012
Londyn, miasto wygnańców
Oh and if I had a brain. Oh and if I had a brain.
I'd be cold as a stone and rich as a fool
That turned all those good hearts away...
Kilka dni szwendałam się po mieście, które widać w tle tej piosenki. Wszystko tam takie wielkie.Wielkie domy i pałace, wielki traffic, wielka historia i tradycja. Wielkie pomniki wielkich bohaterów wielkich wojen. Wielka kultura, nauka i wielki biznes. Wielki tłok, wielki pośpiech i stres, wielka mieszanka wszelkich nacji. Wielka Brytania.
Przytłaczające to było.
Och, wspaniały i piękny jest Londyn, wszelkie style architektoniczne, futurystyczne wieżowce i całe kwartały neoklasycystycznych przepięknych kamienic. Parlament, ogromny, armie ludzi musiały spędzić lata nad rzeźbieniem neogotyku tych wszystkich pięknych detali.
W tle jakaś myśl, siła kultury bierze się z siły ekonomii, czy to te zamorskie kolonie pracowały na to całe bogactwo?
I ciągła świadomość, myśl o ludziach mi bliskich, którzy byli lub są tutaj, ale nie z wyboru, tylko z braku szans gdzie indziej. Młody naukowiec którzy pracuje po kilkanaście godzin na dobę w labie, bo w Polsce, za którą rozdzierająco tęskni, nie miałby szans prowadzić swoich badań; młody człowiek który na magazynie przenosi na plecach 30 ton jogurtów na zmianie, nie widząc tygodniami słońca bo praca zaczyna się przed rankiem a kończy po zmierzchu; chłopiec który nie mogąc się utrzymać z pracy w kraju budował tutaj piąty terminal lotniska Heathrow. Tak, oni przynajmniej przyjechali tu dobrowolnie. Ale każde miejsce jest tym, czym stosunek mieszkańców do niego. Kopenhaga jest mi tak błoga i słodka bo Duńczycy kochają miejsce w którym żyją, nasycają przestrzeń swoją miłością. Londyn przeniknięty jest smutkiem i bólem rozstania z rodziną, przyjaciółmi, ojczyznami.
And if you are homesick, give me your hand and I'll hold it. Śpiewa cudna Ptaszyna. Jeśli cierpisz z tęsknoty za domem, daj mi rękę, potrzymam ją.
0:59 tego klipu powyżej. Autobus, za Ptaszyną siedzi chłopak w kapturze, pewnie styrany po pracy, ciężkiej, jakiejkolwiek byle była... wraca na kwaterę, pewnie biedną i najtańszą, dzieloną z wieloma takimi jak on, jakąkolwiek, byle była... po drodze pójdzie do tesko kupić coś do jedzenia, najtańsze, cokolwiek, byle przetrwać, i jak najwięcej wysłać do kraju albo odłożyć na powrót... Widzę w jego twarzy smutek wszystkich moich przyjaciół - emigrantów.
Życie dobre jest wtedy kiedy jest tu i teraz. Nie za rok jak odłożę, nie za dwa jak skończę doktorat. Jeśli żyjesz w przyszłości - teraz nie masz życia. Teraz jest śmierć.
And if you are homesick, give me your hand and I'll hold it.
Tak daleko. Tak rzadko mogę.
.
poniedziałek, 31 maja 2010
Miasto czyli człowiek
Treścią miasta są ludzie. Ale nie każde miasto wyraża swoją treść, bo nie każde miasto organizuje swą anatomię i fizjologię dla ludzi. Czasem dla masy i maszyny. Aby miasto było dla ludzi, przestrzeń miejska musi posiadać cechy człowieka, czyli: skalę, niekonkretność, wielość i organiczność.
Człowiek jest istotą fraktalną, wieloaspektową, złożoną, niekonsekwentną, dlatego nie czuję się dobrze w miejscach które są puste, płaskie, równoległe, prostopadłe, sterylne, symetryczne, chromowane, monolityczne, geometryczne i przewidywalne. Dobrze mi tam gdzie króluje detal: bogato zdobione fasady, płaskorzeźby, gzymsy, okienka, zawijasy w szyldach i poręczach ławek, hexagonalne latarnie, szyldy, nierówne bruki, kręte i spadziste uliczki, gdzie nie wiadomo co jest za zakrętem.
Człowiek jest istotą w obliczu kosmosu niewielką, stąd dobrze czuję się tam, gdzie wytwory ludzkie są na ludzką skalę: przytulne, nie monumentalne. Dlatego tak dobrze jest w Asyżu, gdzie Bóg objawia się w ludzkiej skali. Dlatego tak uwielbiam słodką Kopenhagę, jej miniaturowe domki, malutkie uliczki.
Człowiek jest istotą łączącą w sobie wiele sprzeczności, jest duchowy i biologiczny, indywidualistyczny i społeczny, racjonalny i emocjonalny. Dlatego czuję się dobrze w miejscach, które nie są jednoznaczne, które wyrażają jednocześnie wiele treści. Na przykład tam gdzie przestrzeń publiczna miesza się z prywatną, np. jest jednocześnie i chodnikiem i kawiarnianym ogródkiem. Albo tak jak forum - atrium w Sony Center w Berlinie: jest jednocześnie na zewnątrz i wewnątrz, otwarte i pod dachem. Albo miejsce do posiedzenia przed Mediateką we Wrocławiu, z okazji festiwalu Nowe Horyzonty: na przystanku, obok otwartego tramwaju, wykładzina, na niej leżaki. Czyli trochę ulica, trochę mieszkanie, trochę plaża, tramwaj będący jednocześnie kawiarnią.
Sony Center w Berlinie. U dołu zdjęcia kolisty basen - częściowo "lewitujący" nad znajdującym się poniżej kanałem ze świetlikiem.Człowiek jest istotą organiczną. Dlatego dobrze czuję się tam, gdzie jest woda, są rośliny, gdzie przestrzeń jest przeznaczona dla stworzeń biologicznych; a jeśli są mechaniczne, to te napędzane siłą żywych mięśni. Samochody nie mają tam wstępu. Deptaki są kluczowe: tu spotykają się ludzie, a w spotkaniu ludzi tworzy się i trwa żywa dusza miasta. I kontakt mieszkańców z przestrzenią, z materią, fizyczną tkanką miasta: nie sposób bowiem wdychać atmosfery miejsca, gdy wychasz spaliny, nie da się siedzieć i rozmawiać, gdy wokół ryczą silniki, spacerować, gdy musisz przeciskać się między brudnym murem a zderzakami zaparkowanych prawie po mur aut (jak na głównej arterii Śledziogrodu, gdzie mieszkam), nie ma jak podziwiać architektury, gdy musisz cały czas uważać by nic cię nie przejechało.
Kopenhaga ma najdłuższą sieć deptaków w Europie. Wiele ulic jest połączonych przez piękne pasaże takie jak ten pasaż św. Anny. 2007W deptakach realizować można jednocześnie dwie sprzeczne potrzeby: prywatności i więzi, bycia razem i bycia osobno; jest się tu bowiem pośród innych którzy również przyszli tu pospacerować i posiedzieć na ławeczkach, ale nie trzeba wchodzić w bezpośrednie interakcje, fizyczne czy mentalne. Taki właśnie jest człowiek: przeszkadza mu tłum i tłok, ale nie czuje się też dobrze gdy wokół nie ma nikogo. Nie wchodzi się do pustej kawiarni, nie spaceruje po pustych ulicach. Gdzieś pomiędzy "do ludzi" i "od ludzi".
Zwłaszcza w naszych hiperpragmatycznych czasach jakże potrzebne są rzeczy niepotrzebne, takie jak wrocławskie Krasnale (jeden z nich na środku zdjęcia)
Etykiety:
fotografie,
Franciszek i Asyż,
podróże,
Skandynawia,
szczecin
poniedziałek, 22 marca 2010
Kopenhaga, miasto rowerzystów
- Raz w miesiącu jest taka akcja, duża ilość rowerzystów jedzie razem przez miasto...
Boss na to:
- To u nas w Kopenhadze takie coś jest dwa razy dziennie: rano i po południu...
Przekonaliśmy się o tym w czasie naszych biznesowych podróży do słodkiej stolicy Danii, miasta w którym jest więcej rowerów niż ludzi (560 tys. - 519 tys.) Prawie każda ulica ze ścieżką rowerową, wielopoziomowe parkingi przy stacjach metra. Wielu mieszkańców podmiejskich obszarów używa dwóch rowerów: jednym dojeżdżają do kolejki (która jest tak komfortowa, że w domu nie mam takich kanap jak w tych pociągach) a drugim od dworca do pracy. Ten rower czeka na nich całą noc w centrum miasta, aż wrócą po niego rano. Pedałują ludzie młodzi i starzy, w dżinsach i garniturach, nawet w sukniach, z dziećmi w przyczepkach, widzieliśmy nawet rowerzystę z wielką wiolonczelą na plecach.
Jest kilka powodów, dla których to się udało. Najważniejszym z nich jest mentalność mieszkańców Danii. Egalitaryzm to dla nich ważna wartość, stąd obnoszenie się ze swoim statusem materialnym jest zachowaniem niegodnym przyzwoitego człowieka. A skoro nie ma wśród Duńczyków presji by szpanować samochodem, to chętnie wybierają pojazd, który ułatwia życie im i całej społeczności: nie hałasuje, nie śmierdzi, nie truje człowieka i przyrody, poprawia zdrowie, jest tańszy, nie utyka w korkach i daje możliwość bezpośredniego obcowania z otaczającą rzeczywistością. (7 zalet roweru, wg urzędu miejskiego Kopenhagi :-)) Postawa obywatelska i myślenie w kategoriach ogólnospołecznych są tam dużo powszechniejsze niż, niestety, u nas. A także dbanie o drugiego człowieka, wyrażające się w kulturze jazdy kierowców aut, którzy bardzo uważają na rowery. Może dlatego że mają świadomość, że każdy rowerzysta to dla każdego kierowcy auta mniejsze korki i mniejszy tłok na parkingu.
Druga sprawa to mądrość władz miasta - która nie dziwi, bo w demokracji jakie społeczeństwo, takie władze. Kopenhaga jest celowo organizowana jako "miasto dla ludzi" i to się czuje w niej wszędzie. Działania mające na celu zwiększenie udziału rowerów w ruchu miejskim, prowadzone konsekwentnie od lat, przynoszą efekty. Inwestycja w infrastrukturę rowerową (350km ścieżek, 5000 miejsc w dwupoziomowych stojakach parkingowych, w tym tysiąc w mobilnych, na użytek imprez masowych!!!) i bezpieczeństwo rowerzystów (ilość wypadków zmniejszona o 70% od roku 1996 do 2006) opłaca się zresztą całemu społeczeństwu. "Kiedy osoba wybiera rower, społeczeństwo zyskuje 1,22 korony za każdy przejechany kilometr. Odwrotnie, społeczeństwo ponosi stratę 0,69 DKK za każdy kilometr przejechany samochodem". "Sumarycznie poprawa zdrowia i długości życia dzięki jeździe na rowerze jest siedmiokrotnie większa niż koszt wypadków." (urząd miejski Kopenhagi)
Pamiętam szok jaki przeżyłam widząc parking przy parlamencie Królestwa Danii - kilkanaście aut i dwieście rowerów. :-) (na zdjęciu) Ale czemu się dziwić, skoro sama Królowa Małgorzata jeździ rowerem po zakupy? (Do pracy nie jeździ, bo pracuje z domu - jako jedyny zresztą monarcha w Europie)
Obejrzyjcie też, chociażby dla pięknych zdjęć, municypalny raport o ruchu rowerowym (in English), oraz sekcję "Kopenhaga miasto rowerzystów" (in English) na stronach urzędu miasta. Dane w nich zawarte pokazują, że prawdą jest co mówią kopenhascy urzędnicy: "Jeśli jest wola - znajdzie się sposób".
Etykiety:
ekologia,
ekonomia,
kurierzy rowerowi,
podróże,
Skandynawia,
społeczeństwo
piątek, 1 maja 2009
Tulenie dzieci a postęp moralny w kulturze Zachodu
Alan od 14 miesięcy zabija mnie swoim niespaniem. W poradnikach typu "rozwiążemy wszystkie twoje problemy" twierdzą, że takie zachowania to wina rodziców, że "nauczyli", "przyzwyczaili" dziecko do takich zachowań. "Jeśli dziecko się budzi a ty je przytulasz / bierzesz na ręce /dajesz pić to nagradzasz je za to że cię obudziło czyli to utrwalasz". Sugerują więc żeby dziecko tresować jak psa pawłowa. Ciągnąc wg tego paradygmatu: jeśli dziecko się budzi i się boi, coś je boli albo chce mu się pić, to należy je ukarać za to że ma/wyraża potrzebę picia, przytulenia albo bezpieczeństwa i nie zaspokoić jej. Supermądre poradniki piszą żeby coraz dłużej pozwolić dziecku cierpieć, tabelki podają ile minut przy których obudzeniach w które noce mamy je zostawić samo z jego dyskomfortem. A taki niemowlak jeszcze nie zdążył się nauczyć, że jego ból, niewygoda, tęsknota w końcu minie. Dla niego ta chwila trwa wiecznie. Szkoda, że durnowate xiążki nie piszą, jak dzieci w ten sposób traktowane funkcjonują po latach. Jakie mają nerwice i depresje, jakie zaburzenia poczucia bezpieczeństwa, skoro rodzice zostawiali je same z ich bólem.
Ja nie mówię, że jakaś bardzo cierpliwa jestem. Przeciwnie, dostaję kota jak mały wrzeszczy. Ale doradzanie takich zachowań na zimno, z premedytacją, w wymóżdżony sposób nie staje mi we łbie.
Mam taką teorię, że postęp moralny ludzkości w ostatnich czasach bierze się stąd, że dzieciom coraz więcej poświęca się uwagi, coraz poważniej traktuje ich podmiotowość i one się w ten sposób uczą empatii. Skoro otoczono je miłością i współczuciem, to i one to potrafią. A postęp moralny w naszej kulturze polega na otaczaniu empatią i czynieniu przedmiotem etyki coraz szerszych kręgów "innych". W czasach biblijnych "bliźni" to był mężczyzna z tego samego narodu. W kolejnych stuleciach odkrywano że inne nacje i religie to też ludzie, że Murzyni to też ludzie (niewolnictwo zniesiono w XIX wieku), że ludźmi są też Żydzi, kobiety (prawa wyborcze w jednym z kantonów w Szwajcarii przyznano w 1991r!), dzieci (odkrycie podmiotowości dziecka nastąpiło dopiero na początku XX w., oczywiście w Skandynawii...). Teraz coraz więcej ludzi zauważa potrzebę otoczenia moralną ochroną zwierząt, i podobnie jak w XIX wieku postulującego prawa wyborcze kobiet Mickiewicza, "normalni ludzie" mają ich za wariatów.
Ja nie mówię, że jakaś bardzo cierpliwa jestem. Przeciwnie, dostaję kota jak mały wrzeszczy. Ale doradzanie takich zachowań na zimno, z premedytacją, w wymóżdżony sposób nie staje mi we łbie.
Mam taką teorię, że postęp moralny ludzkości w ostatnich czasach bierze się stąd, że dzieciom coraz więcej poświęca się uwagi, coraz poważniej traktuje ich podmiotowość i one się w ten sposób uczą empatii. Skoro otoczono je miłością i współczuciem, to i one to potrafią. A postęp moralny w naszej kulturze polega na otaczaniu empatią i czynieniu przedmiotem etyki coraz szerszych kręgów "innych". W czasach biblijnych "bliźni" to był mężczyzna z tego samego narodu. W kolejnych stuleciach odkrywano że inne nacje i religie to też ludzie, że Murzyni to też ludzie (niewolnictwo zniesiono w XIX wieku), że ludźmi są też Żydzi, kobiety (prawa wyborcze w jednym z kantonów w Szwajcarii przyznano w 1991r!), dzieci (odkrycie podmiotowości dziecka nastąpiło dopiero na początku XX w., oczywiście w Skandynawii...). Teraz coraz więcej ludzi zauważa potrzebę otoczenia moralną ochroną zwierząt, i podobnie jak w XIX wieku postulującego prawa wyborcze kobiet Mickiewicza, "normalni ludzie" mają ich za wariatów.
Etykiety:
dotyk,
dziecko,
etyka,
rodzina,
Skandynawia,
społeczeństwo
sobota, 18 kwietnia 2009
Oslo
Widziałem domy o milionach okien... a w każdym oknie czaił się ból...


To nie my posiadamy rzeczy; to one nas mają.
Norwegowie w swym mieście stołecznym uwieczniają ciekawe rzeczy. W ogródku jednego z lokali rzeźba o Problemach Nierozwiązywalnych:
Przedziwne rzeczy: robot offline...


The Matrix has us
Będąc w Oslo zdobyłam kilka kolejnych dowodów na to że żyjemy w Matrixie - tutaj coś się pochrzaniło w systemie i pojawił się błąd renderingu:

Albo takie fotki które zrobiłam używając fitra polaryzacyjnego:


Robione z tego samego miejsca, na tych samych ustawieniach, w tej samej minucie, tylko filtr inaczej przekręcony. Wiem że sterowani przez więżący nas System fizycy twierdzą że to chodzi o jakąś polaryzację światła, ale ja nie wierzę, że można tak sobie usunąć światło, które przecież do mnie leci (odbite od szyby). To nie żadne polialkohole winylowe tylko kawałek kodu (reprezentowany jako nakładka na obiektyw) który potrafi odsiać składową światła odbitego z renderowanych "powierzchni".


Albo takie fotki które zrobiłam używając fitra polaryzacyjnego:


Robione z tego samego miejsca, na tych samych ustawieniach, w tej samej minucie, tylko filtr inaczej przekręcony. Wiem że sterowani przez więżący nas System fizycy twierdzą że to chodzi o jakąś polaryzację światła, ale ja nie wierzę, że można tak sobie usunąć światło, które przecież do mnie leci (odbite od szyby). To nie żadne polialkohole winylowe tylko kawałek kodu (reprezentowany jako nakładka na obiektyw) który potrafi odsiać składową światła odbitego z renderowanych "powierzchni".

niedziela, 5 kwietnia 2009
Lunatic Soul na norweskich chodnikach
Lunatic Soul jest genialna. Jest piękna i smutna. I bardzo mocna. Emocjonalnie i lirycznie. Człowiek stoi na granicy Tamtej Strony Rzeki i wybiera, czy ją przekroczyć czy nie. Skąd się bierze ta niepewność? "I’m scared to life" - wszak mówi się "scared to death", śmiertelnie przerażony. Ale można być też "życiowo przerażonym". Powrót Stamtąd byłby początkiem życia, a - krzyczy Człowiek - "It's the start of something that I'm really scared of".
Najbardziej boli świadomość, że nie da się Stamtąd wrócić nie tracąc części siebie. Ostateczna prawda jest taka, że albo się zostanie zapomnianym przez wszystkich, albo trzeba samemu zapomnieć wszystko.
Wybieraj. To jest najtrudniejsze.
O muzyce nie powiem nic, zgodnie z postulatem Mistrza Bexińskiego, by nie werbalizować tego, co jest do słuchania, oglądania czy jedzenia. Wspomnę tylko o uczuciach które we mnie budzi. Niesamowite, że można tak genialnie dźwiękiem namalować ten rozdzierający stan, w którym decydujesz, a zarazem wiesz, że nie ma dobrych wyborów i że którą drogą nie pójdziesz, skończy się to twoją przegraną. Tę samotność i maleńkość jednostki wobec bezsensownie skonstruowanego kosmosu.
Płyta leżała u mnie parę miesięcy, zanim odważyłam się jej posłuchać pierwszy raz. Głównie dlatego, że to bardzo zły czas dla mnie był, a że z muzyką zapamiętują mi się emocje czasu kiedy ją słucham, nie chciałam jej sobie zniszczyć, tak jak niektóre płyty zniszczyłam sobie słuchając ich podczas sesji na studiach. Zabrałam Lunatic Soul do Oslo, na te parę dni oderwania od mułu codzienności i powrotu do klimatu dawnych dobrych wolnych czasów. To była trafna decyzja. Teraz kiedy słucham tej płyty chodząc ulicami Śledziogrodu, pod przymkniętymi powiekami widzę słońce nad fiordem i cytaty z Ibsena wniknięte w strukturę chodnika.

Najbardziej boli świadomość, że nie da się Stamtąd wrócić nie tracąc części siebie. Ostateczna prawda jest taka, że albo się zostanie zapomnianym przez wszystkich, albo trzeba samemu zapomnieć wszystko.
When I met The Ferryman
He smiled to me
Could swear I saw this smile before
“You have to choose” – he said
“And then you may return
You’ll get another chance to revive
If you decide to keep
Your memories from the past
By all else, you must be forgotten
If you let me take your mind
If you let me take your soul
In their hearts you’ll stay forever
Your choice
Wybieraj. To jest najtrudniejsze.
O muzyce nie powiem nic, zgodnie z postulatem Mistrza Bexińskiego, by nie werbalizować tego, co jest do słuchania, oglądania czy jedzenia. Wspomnę tylko o uczuciach które we mnie budzi. Niesamowite, że można tak genialnie dźwiękiem namalować ten rozdzierający stan, w którym decydujesz, a zarazem wiesz, że nie ma dobrych wyborów i że którą drogą nie pójdziesz, skończy się to twoją przegraną. Tę samotność i maleńkość jednostki wobec bezsensownie skonstruowanego kosmosu.
Płyta leżała u mnie parę miesięcy, zanim odważyłam się jej posłuchać pierwszy raz. Głównie dlatego, że to bardzo zły czas dla mnie był, a że z muzyką zapamiętują mi się emocje czasu kiedy ją słucham, nie chciałam jej sobie zniszczyć, tak jak niektóre płyty zniszczyłam sobie słuchając ich podczas sesji na studiach. Zabrałam Lunatic Soul do Oslo, na te parę dni oderwania od mułu codzienności i powrotu do klimatu dawnych dobrych wolnych czasów. To była trafna decyzja. Teraz kiedy słucham tej płyty chodząc ulicami Śledziogrodu, pod przymkniętymi powiekami widzę słońce nad fiordem i cytaty z Ibsena wniknięte w strukturę chodnika.

piątek, 20 marca 2009
We want to be loved, loved for what we are...
Niebieskie niebo lśni nad Oslo, słońce nagrzewa szare kamienie ścian i chodników. Chodzę jak zwykle bez planu i celu, skręcając w te ulice, które mnie bardziej wołają. Na uszach Lunatic Soul. Mieszkańcy Skandynawii są inni. Czasami napotykam ich spojrzenia - matki z wózkami, biznesowi ludzie z teczkami, robotnicy w kombinezonach, studenci z książkami - uśmiecham się do nich, a oni do mnie. Młody i pełen energii pracownik służb recyclingowych dłońmi w roboczych rękawiczkach wrzuca na ciężarowe auto potężny pakiet makulatury, ważący chyba ponad tonę. Odrzuca kasztanowe kędziory z oczu, widzę że ma na uszach słuchawki: bratnia muzyczna dusza. Wysyłam mu uśmiech i od razu dostaję uśmiech w odpowiedzi. Przeszłam na drugą stronę ulicy i nagle - przeszył mnie gwałtowny dreszcz, bo usłyszałam płaczącego na głos dorosłego człowieka.
Rozejrzałam się - pusto - i zdałam sobie sprawę, że płacz dobiegł mnie z moich własnych słuchawek, z towarzyszącej mi płyty.
Pośród wielu bredni jaką wymyśliła nasza chora kultura jest też i ta, że mężczyznom nie wolno płakać. Od dzieciństwa są tresowani do odcinania się od własnych emocji i udawania kogoś innego niż są: twardzieli. Tymczasem to właśnie bycie sobą wymaga dużo większej odwagi. Przyznanie się do wrażliwości i niemożności poradzenia sobie ze wszystkim to częściowe odsłonięcie, a na to potrzeba więcej śmiałości niż na chowanie się za pancerną przyłbicą. A wrażliwość i słabość to cechy piękne, bo nieodzowne składowe człowieczeństwa.
W skandynawskich miastach jest taki niezwykły zapach. Tu w Oslo tak samo jak w kochanej Kopenhadze. Trochę jakby aromat ciepłego chleba, a trochę tych szarych kamieni. I może morza trochę. Nie wiem. Jest jedyny w swoim rodzaju. Dopiero pochwycenie go tutaj uświadomiło mi, jak bardzo za nim tęskniłam.
(pisałam na Karl Johans gate, na ławce przed budynkiem parlamentu Norwegii)
Rozejrzałam się - pusto - i zdałam sobie sprawę, że płacz dobiegł mnie z moich własnych słuchawek, z towarzyszącej mi płyty.
Pośród wielu bredni jaką wymyśliła nasza chora kultura jest też i ta, że mężczyznom nie wolno płakać. Od dzieciństwa są tresowani do odcinania się od własnych emocji i udawania kogoś innego niż są: twardzieli. Tymczasem to właśnie bycie sobą wymaga dużo większej odwagi. Przyznanie się do wrażliwości i niemożności poradzenia sobie ze wszystkim to częściowe odsłonięcie, a na to potrzeba więcej śmiałości niż na chowanie się za pancerną przyłbicą. A wrażliwość i słabość to cechy piękne, bo nieodzowne składowe człowieczeństwa.
W skandynawskich miastach jest taki niezwykły zapach. Tu w Oslo tak samo jak w kochanej Kopenhadze. Trochę jakby aromat ciepłego chleba, a trochę tych szarych kamieni. I może morza trochę. Nie wiem. Jest jedyny w swoim rodzaju. Dopiero pochwycenie go tutaj uświadomiło mi, jak bardzo za nim tęskniłam.
(pisałam na Karl Johans gate, na ławce przed budynkiem parlamentu Norwegii)
Etykiety:
miłość czyli życie,
muzyka,
podróże,
riverside,
Skandynawia,
społeczeństwo
Subskrybuj:
Posty (Atom)







