Zapraszam również na mój blog motocyklowy

Zapraszam również na mój blog motocyklowy: http://motocyklistka.xemantic.com/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczecin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczecin. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 maja 2013

Tutaj teraz jest ściernisko, ale będzie San Francisco...

fot.: Filip Kacalski www.filipkacalski.com



Najpiękniejsze zdjęcie kurierskie jakie kiedykolwiek widziałam.
I nie jest to San Francisco, ale ulica Jagiellońska w Szczecinie, a stalowego rumaka dosiada legendarny Fallus Fallusiewicz.
Autorem zdjęcia jest Filip Kacalski www.filipkacalski.com

czwartek, 9 maja 2013

Lody Marczak (opcja wegańska!!) - najlepsze w tej części Polski


"You got to use your hands" - powiedziała Wyrocznia do Sati, kiedy mieszały ciasto. - "Cookies need love, like everything does". "Musisz to robić rękami. Ciastka potrzebują miłości, wszystko potrzebuje".
Teilhard twierdził, że nawet związek tlenu i wodoru w cząsteczce wody jest więzią etyczną opartą na miłości cząsteczek. I ja myślę, że istnienie czegokolwiek nie byłoby możliwe bez tej energii, jaką jest miłość, z jej wymiarami - pasją, zaangażowaniem, pragnieniem czynienia dobra. Nawet w matrixualnej branży IT, w której pracowałam wiele lat, nic nie działało dobrze, jeśli nie było zrobione z miłością.
Lody, które robi Karolina, powstają nie tylko z owoców, bakalii i cukru, ale przede wszystkim z pasji. I to się w nich czuje od pierwszego liźnięcia. Gdy uczucie jest prawdziwe, nie ma w nim miejsca na ściemę i sztuczność, więc w takich lodach nie znajdzie się żadnych polepszaczy, chemicznych dodatków czy mechanicznego nadymania powietrzem. Uzależniają jak opium od pierwszego razu - stąd ostrzeżenie na szyldzie "Tylko spróbuj" :-)
Karolina przejęła swój fach od taty, który kręci lody od 1985 roku. Ma lodziarnię w wielkopolskim Kępnie i stałych klientów którzy w podróżach przez tę część kraju specjalnie zbaczają z drogi i zatrzymują się tam by poczuć raz jeszcze ten nieporównywalny smak.
A smaków jest duży wybór - w tym tak niecodzienne opcje jak np. pestki dyni - oraz trzy wegańskie - truskawka, malina i kiwi (urywają głowę, kiwi podwójnie, trzeba mieć zatem dwie głowy jak Zaphod Beeblebrox, żeby przeżyć)


Chłopak Karoliny, Christian, pracuje w Berlinie, więc wybrali Szczecin jako miejsce w połowie drogi i założyli lodziarnię - 10 metrów od mojej bramy na Piłsudskiego. Już w pierwszym dniu swego istnienia odmieniła ona charakter tej smutnej, zasranej przez psy i zaplutej przez żuli ulicy. Odcinek między Grunwaldem a małym rondem do tej pory zdominowany był przez handel wyrobami monopolowymi. O profilu potrzeb lokalnej ludności świadczy fakt  że te 100m głównej arterii miasta dysponuje czterema punktami sprzedaży alkoholu i dwoma lombardami które zapewniają płynność finansową amatorom płynnego etanolu. W chwili otwarcia lodziarni przestrzeń natychmiast napełniła się pozytywną energią. Ludzie się zatrzymują, stawiają rowery pod ścianą, są z innymi współobywatelami miasta w przyjaznej przestrzeni publicznej. Niezobowiązująca, ale sympatyczna obecność innych ludzi, cieszenie się małymi przyjemnościami, ulotnymi chwilami. Kwintesencja dobrej codzienności. "Celebrating simple life", jak mówił Bilbo Baggins.


Karolina mówi o swej pracy: "Dzielimy się tym co sprawia, że ludzie milkną i są szczęśliwi. Choćby przez chwilę."

.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Przyszło mi już w wielu absurdach grać... ;-)

Łona, Webber, Jose (The Pimps) na wczorajszym koncercie
 Studio S-1 wypełnione po brzegi młodzieżą, Łona taki sam jak zawsze - GENIALNY. Koncert nagrywany, by wydać DVD, a do tego transmitowany na żywo na antenie radia - rządowego, więc te wszystkie hóie itd. w textach to tak trochę nie wypada ;-) Na szczęście fani-miłośnicy znający repertuar na pamięć chórem kilkuset gardeł uzupełniali texty w odpowiednich miejscach. Np. "gowno" (tak, bez prawego alta) w "ą, ę", albo w wersie następującym po owym zacytowanym w tytule (mądrej głowie dość dwie słowie, a kto nie zna niech posłucha tutaj. Młodzież oczywiście potrafi wykrzyczeć nie tylko wulgaryzmy ale i słynne "Mrożkiem" w zwrotce o celebrytce. Oraz - pokierowana przez Mistrza Ceremonii, bez żadnego instruktażu, tylko pozawerbalnie - klaskać na 7/4. Co zobaczycie na DVD, oby się szybko ukazało.


Łona z Johnnym i Szymonem, moimi towarzyszami koncertu

niedziela, 21 października 2012

"Wielka ucieczka na północ"




Więcej fotek z planu filmu "Wielka ucieczka na północ" - zapraszam na galerię.

Yurga - operator kamery. Nie wiem czy piękniejszy on, czy zdjęcia które robi.

(FYI: tym aparatem kręci się filmy. Yurga zaś jest mistrzem zarówno fotografii nieruchomej jak i filmu)


poniedziałek, 8 października 2012

Szczecin czasów wojny...

fot. Adam Dawidowicz

Pacia jako Mädchen am Bahnhof na planie filmu "Wielka ucieczka na północ".

Operator kamery: największy fotofilmowy geniusz mego świata, ♥ ♥ Yurga ♥ ♥ (na filmie poniżej od 2:05)
 

czwartek, 12 kwietnia 2012

"Mięso to morderstwo"

To było 20 lat temu, kiedy wstawałam o czwartej rano, by w szarym blasku poranka osprajowywyać sklepy mięsne szablonem świni przebitej nożem i cytatem powyższym.

Teraz chodzę po tym samym mieście i widzę sprajunki zrobione przez ludzi których wtedy zapewne jeszcze nie było na świecie.

Może ten świat przetrwa dzięki takim jak oni.

On potrzebuje futra bardziej niż ty
Point of no return - Vegan straight edge

Kocham mojego kota

Rower anarchia bike anarchy

Z miłości do zwierząt weganizm
Oświęcim zaczyna się wszędzie tam gdzie ktoś patrzy na rzeźnię i myśli - to tylko zwierzęta. Theodor Adorno

wtorek, 14 lutego 2012

Porozumienie ponad podziałami

Protesty przeciw ACTA są pięknym przykładem porozumienia społecznego ponad ideologicznymi podziałami. Na tej samej demonstracji jednocześnie: anarchiści, antifa, kibole, pisiorzy, palikociści, korwiniści, neopoganie, pastafarianie, i slawiści.


Ten falliczny napis to taki mój powiedzmy symetryczny sposób uczczenia Walentynek (wszak serce jest symbolem waginalnym)

Dla urodzonych po 1979 roku transkrypcja napisu na dolnym zdjęciu: "nachuj ACTA"
.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Łona i Webber, słowo i obraz

Moje dziecko (które ma inne zabawki ;-) bardzo lubi ten klip. Pierwszą zwrotkę zna na pamięć, a także zainspirowany ostatnią sceną przechadza się czasem po domu w tenże sposób, twierdząc że chodzi jak Łona.

Utwór powyższy był często krytykowany w necie - że Łona, artysta posługujący się słowem, nie umie użyć "bynajmniej" w zdaniu... Tymczasem ten utwór ma bardzo precyzyjną konstrukcję. Każda zwrotka jest o jakimś aspekcie komunikacji społecznej. Czwarta o audycji radiowej. W każdym jej zdaniu są błędy językowe - tak powszechne, że nawet nie rażą jak się tego słucha. Ostatni, podsumowująco-kontrapunktowy passus wyraża nadzieję, zresztą jawnie złudną, i w każdej kolejnej linijce odnosi się po kolei do poprzednich zwrotek. Czwarty wers, ten z "bynajmniej" dotyczy fragmentu o radiu. Błąd jest zamierzony i ironiczny. W końcu Łona "rzuciłby kamieniem, ale rzuca ten co rzucać ma czym"... On naprawdę wie co robi...

"Nie pytaj nas..." Zawartość szczecińskości w klipie jest tak wysoka że powstał roztwór przesycony który krystalizuje natural-born postaciami ze szczecińskiego świata rapu. Moja dzielnia - tak właśnie wyglądają letnie popołudnia na Grunwaldzie gdzie drinkerzy pochylają się grupowo nad partiami szachów rozgrywanymi na betonowych stoliczkach.


A ten u wikingów na Wolinie (Biskupin to popierdółka) z fajnym autocytatem z poprzedniego klipu.

Kto nie ma jeszcze oryginalnej płyty ten trąba!

wtorek, 17 stycznia 2012

To jest pokolenie odpowiedzi! ;-) "Mrożkiem!" czyli aj łona łona

Łona jest geniuszem.
Wiem, że nie jestem odkrywcza, ale nie muszę.
Uwielbiam go - po pierwsze jako człowieka: w kontakcie bezpośrednim jest ujmująco skromnym, bezpretensjonalnym facetem, spokojnym i szanującym dyskutantem, który mógłby każdego w jednej chwili rozsmarować na ścianie ostrą brzytwą swojej przenikliwej inteligencji, ale tego nie robi. Złośliwość jest orężem, którym posługuje się mistrzowsko, ale używa tylko w potyczkach ze starannie dobranymi debilizmami zbiorowymi, nie przeciwko konkretnym ludziom.
Uwielbiam Łonę, po drugie, jako felietonistę, czyli obserwatora i analityka rzeczywistości - prześwietla z zegarmistrzowską dokładnością debilizmy i absurdy naszego życia społecznego i potrafi pokazać je jak w soczewce, opisując jedną scenę, sytuację lub rozmowę, która dogłębnie exemplifikuje dane zjawisko (np. "Jesteśmy w kontakcie" i "Święty spokój" - moje ulubione utwory z najnowszej płyty "Cztery i Pół", godne następstwo klasycznych "My się znamy" czy "Raperzy są niedobrzy").

I uwielbiam Łonę tertio jako poetę - bo swoje obserwacje ujmuje mistrzowsko w słowa operując logosem i logosferą precyzyjnie jak chirurgicznym skalpelem, zarówno wyrażając zachwyt, jak wtedy gdy mówi czule o Helmucie (trabancie): "nie pali dużo, a na pewno mniej ode mnie" jak i gdy się wnerwia na kelnera: "typ stał pewnie tam gdzie ZOMO, bo niesie mi padakę wybieloną, myślę: o, zapłacisz za dyshonor". Perfekcyjne są te jego życiowe porównania, jak: "Łona i herba, jak Stalin i Beria" czy w "Panie Mahmudzie": "pan zaglądasz do Koranu rzadziej niż ja do Pani Domu" albo w "Artysto drogi": "zaangażowany w rap który robisz / jak aktorka filmu porno w dialogi".  Zmysł liryczny ma równie wyrafinowany jak dramaturgiczny, przykład pierwszy z brzegu: "Rozmowa" (z Bogiem):
Władza to banda cwaniaków z największym na czele,
a Biblia dawno już przestała być bestsellerem"
"Hmm. to może jeszcze raz Mesjasza ześlę?"
"Nie wygłupiaj się, skończy na elektrycznym krześle!" (...)
(...)Bóg zaczął wrzeszczeć:
"Zrobiłem już jeden potop, mogę zrobić go raz jeszcze!"
"Bój się Boga!" "Kogo?" "O, przepraszam.
Ale byłaby to największa kaszana z wszystkich kaszan!" (...)
Więc ludzie, zróbmy coś żeby świat był lepszy,
bo On zadzwoni i znowu mnie opieprzy.
Estetyka audialna rapu rozmija się kompletnie z moją wrażliwością, więc takiej muzyki nie słucham, ale Łonie, z podanych wyżej powodów, nie potrafię się oprzeć. :-)
Grudniowy koncert Łony, Webbera i The Pimps był wspaniałym przeżyciem, mimo iż klub Słowianin jak zwykle beznadziejnie nagłośniony, niemniej texty i tak znam na pamięć, podobnie jak cała publiczność, co było słychać gdy Łona podawał nam mikrofon, nie tylko na refrenach. Zresztą zobaczcie sami - "mnóstwo nieodebranych połączeń, odebranych niepołączeń":
Fani znali nie tylko najnowsze numery ale też utwory z poprzednich płyt, włącznie z pierwszą, wydaną w czasach, kiedy większość z obecnej na sali młodzieży była jeszcze niepiśmiennymi pacholętami. Umknęło to mojej uwadze, ale Skoniak uświadomił mi, że on i ja byliśmy najstarszymi osobami na sali, urodzonymi wcześniej nawet niż występujący artysta. Jak to mówił Jan Krzysztof Kelus "to nie my się starzejemy to się inni robią młodsi". Zresztą - naprawdę warto było to zobaczyć: tłum dzieciaków epoki internetowej, które nie odróżniają bez użycia Gógli kto Różewicz a kto Rodowicz, gdy Łona wyskandowawszy "ta celebrytka wolne chwile zaczytuje, nie wiem, ..." skierował mikrofon w stronę widowni, kilkaset nastoletnich gardeł wykrzyknęło: "Mrożkiem!"

Największy artysta, jakiego wydało portowe miasto Szczecin* jest też patriotą lokalnym, czego wyrazem są topograficzne konkrety obecne na każdej płycie, a już zwłaszcza na koncercie granym w mieście z "mglistym widokiem na Floating Garden". Więc było i nowe "Bez mapy" i klasyczne "Do Ciebie Aniu szłem". W tym pierwszym utworze Łona popełnia autointertextualizm:
"Więc skręcam w Piłsudskiego i przecinam Odrodzenia
A tu ironia losu wstrętna, bo przede mną Szarych Szeregów
Kiedyś - nie pamiętam" ;-)

To nawiązanie do "Ballady o szlachetnym czorcie" z 2004 r., gdy opowiadał jak to nocną porą: "Ja spacerkiem do domu wracam po alei Piastów (...) Aż dochodzę do placu Sprzymierzonych, kiedyś Lenina"
Zaś przed przywołaniem opowieści o tym, jak z buta, a właściwie z klapka, szedł na imprezę na Bezrzeczu, Łona pozdrowił obecnych na sali Anię i Kulę, czyli inspiratorów tamtej historii, która jak widać nie jest wyłącznie wytworem łońskiej wyobraźni, swoją drogą - nieograniczonej.

To tyle moich zachwytów drodzy Czytelnicy, a teraz - kto jeszcze tego nie zrobił - grzejcie lacze do empiku po nową płytę "Cztery i Pół" bo trzeba wspierać artystę rodzimego, aby mógł wyżyć ze sztuki i nią się zająć przede wszystkim, a nagrodą za nabycie legalnego exemplarza będzie obecny w środku piękny zestaw fotek Łony i Webbera oraz opis z jakiego instrumentarium korzystali tworząc płytę (dobrze jest zapoznawać się z nim na kiblu bo przeczytawszy trudno powstrzymać siurnięcie ze śmiechu).

-- 
*(w mym skromnym oczywiście odczuciu)  

sobota, 26 marca 2011

Gdzie wrony zawracają

Patrioci lokalni Szczecina zżymają się kiedy im się mówi jakie marne to miasto. "Nie porównujcie nas z Wrocławiem!". Wczoraj w Trójce słyszę że na trasę do Polski przyjeżdża Fish. Będzie grał w Ostrołęce, Piekarach Śląskich, Bielsku-Białej itp pipidówach, a Śledziogród omija szerokim łukiem. To co, z Koninem też mamy się nie porównywać?

sobota, 27 listopada 2010

Coś dobrego wreszcie dzieje się w tym mieście...


Po przebranżowieniu Fanaberii długo brakowało mi w okolicy takiego pięknego miejsca, i oto jest. Secesja Cafe. Wystrój równie piękny jak w Teinie, aczkolwiek całkiem inny klimat, wyrafinowane słodkości, przemiła i elastyczna ekipa (gdy zapytywałam o wegetariański naleśnik, a nie mieli żadnego w menu, po prostu go dla mnie wymyślili z tego, co mieli na kuchni). No i czekolada na gorąco. Obłędna. Od kiedy jej spróbowałam, nie piję mojego ulubionego napoju nigdzie indziej - bo żadna czekolada którą próbowałam w Polsce nie może się równać z tą z Secesji. Oprócz klasycznej mlecznej, ciemnej i białej mają tam jeszcze takie wynalazki jak miodowa, pomarańczowa i limonkowa. Uwaga - ja nie mówię o czekoladzie z dosypanymi dodatkami czy syropkiem. Pomarańczowa jest naprawdę pomarańczowa. Limonkowa jest zielona, co widać na zdjęciu.

www.secesjacafe.com.pl
Aleja Papieża 19.

poniedziałek, 31 maja 2010

Miasto czyli człowiek


Treścią miasta są ludzie. Ale nie każde miasto wyraża swoją treść, bo nie każde miasto organizuje swą anatomię i fizjologię dla ludzi. Czasem dla masy i maszyny. Aby miasto było dla ludzi, przestrzeń miejska musi posiadać cechy człowieka, czyli: skalę, niekonkretność, wielość i organiczność.

Złota Uliczka w Pradze. Byłam tam. Październik 2006

Człowiek jest istotą fraktalną, wieloaspektową, złożoną, niekonsekwentną, dlatego nie czuję się dobrze w miejscach które są puste, płaskie, równoległe, prostopadłe, sterylne, symetryczne, chromowane, monolityczne, geometryczne i przewidywalne. Dobrze mi tam gdzie króluje detal: bogato zdobione fasady, płaskorzeźby, gzymsy, okienka, zawijasy w szyldach i poręczach ławek, hexagonalne latarnie, szyldy, nierówne bruki, kręte i spadziste uliczki, gdzie nie wiadomo co jest za zakrętem.

Wrocław, miasto hexagonalnych latarni. Lipiec 2007

Człowiek jest istotą w obliczu kosmosu niewielką, stąd dobrze czuję się tam, gdzie wytwory ludzkie są na ludzką skalę: przytulne, nie monumentalne. Dlatego tak dobrze jest w Asyżu, gdzie Bóg objawia się w ludzkiej skali. Dlatego tak uwielbiam słodką Kopenhagę, jej miniaturowe domki, malutkie uliczki.

Brat Kot. Zaułek w Asyżu, październik 2007

Człowiek jest istotą łączącą w sobie wiele sprzeczności, jest duchowy i biologiczny, indywidualistyczny i społeczny, racjonalny i emocjonalny. Dlatego czuję się dobrze w miejscach, które nie są jednoznaczne, które wyrażają jednocześnie wiele treści. Na przykład tam gdzie przestrzeń publiczna miesza się z prywatną, np. jest jednocześnie i chodnikiem i kawiarnianym ogródkiem. Albo tak jak forum - atrium w Sony Center w Berlinie: jest jednocześnie na zewnątrz i wewnątrz, otwarte i pod dachem. Albo miejsce do posiedzenia przed Mediateką we Wrocławiu, z okazji festiwalu Nowe Horyzonty: na przystanku, obok otwartego tramwaju, wykładzina, na niej leżaki. Czyli trochę ulica, trochę mieszkanie, trochę plaża, tramwaj będący jednocześnie kawiarnią.

Sony Center w Berlinie. U dołu zdjęcia kolisty basen - częściowo "lewitujący" nad znajdującym się poniżej kanałem ze świetlikiem.

Człowiek jest istotą organiczną. Dlatego dobrze czuję się tam, gdzie jest woda, są rośliny, gdzie przestrzeń jest przeznaczona dla stworzeń biologicznych; a jeśli są mechaniczne, to te napędzane siłą żywych mięśni. Samochody nie mają tam wstępu. Deptaki są kluczowe: tu spotykają się ludzie, a w spotkaniu ludzi tworzy się i trwa żywa dusza miasta. I kontakt mieszkańców z przestrzenią, z materią, fizyczną tkanką miasta: nie sposób bowiem wdychać atmosfery miejsca, gdy wychasz spaliny, nie da się siedzieć i rozmawiać, gdy wokół ryczą silniki, spacerować, gdy musisz przeciskać się między brudnym murem a zderzakami zaparkowanych prawie po mur aut (jak na głównej arterii Śledziogrodu, gdzie mieszkam), nie ma jak podziwiać architektury, gdy musisz cały czas uważać by nic cię nie przejechało.

Kopenhaga ma najdłuższą sieć deptaków w Europie. Wiele ulic jest połączonych przez piękne pasaże takie jak ten pasaż św. Anny. 2007

W deptakach realizować można jednocześnie dwie sprzeczne potrzeby: prywatności i więzi, bycia razem i bycia osobno; jest się tu bowiem pośród innych którzy również przyszli tu pospacerować i posiedzieć na ławeczkach, ale nie trzeba wchodzić w bezpośrednie interakcje, fizyczne czy mentalne. Taki właśnie jest człowiek: przeszkadza mu tłum i tłok, ale nie czuje się też dobrze gdy wokół nie ma nikogo. Nie wchodzi się do pustej kawiarni, nie spaceruje po pustych ulicach. Gdzieś pomiędzy "do ludzi" i "od ludzi".

Zwłaszcza w naszych hiperpragmatycznych czasach jakże potrzebne są rzeczy niepotrzebne, takie jak wrocławskie Krasnale (jeden z nich na środku zdjęcia)

piątek, 21 maja 2010

Knajping


Kawiarnia to miejsce, gdzie czas przestaje gnać. Mamy teraz, jak to śpiewają Riverside, czasy chore na ADHD. I ja tej zarazie uległam, lecz bardzo skutecznie mnie leczy poddawanie się terapii kawiarnianej.
Cafe Camelot, Chimera, Satori, Barka, Miód Malina, Nowa Prowincja, Cherubino, Cafe Zakątek. Siadamy przy stoliku i pozwalamy się owinąć światłu przesianemu przez witrażowe szybki albo pnący się nad nami winobluszcz. Pozwalamy się owinąć aromatowi unoszącemu się znad filiżanki gorącej czekolady albo kawy. Pozwalamy by cisza i przytulność owinęły nas i oddzieliły od chleba naszego powszedniego: zlewu pełnego naczyń, listy zakupów i wizyt u pediatry. Tak owinięci, bezpieczni, możemy zetknąć się duszami i poprzelewać sobie nawzajem najgłębiej w nich schowane treści.


Treścią kawiarni nie jest kawa. Są nią ludzie. Także ci przy innych stolikach, rozsiewający wokół siebie pozytywne fluidy. Także jeśli przychodzisz sam - rozmawiasz, choć przez chwilę, z kelnerką.
Taxówkarz opowiada mi, że na weekendy warszawiacy przyjeżdżają do Krakowa zabawić się. "A to u was nie ma knajp?" - spytał ich. Są, ale mieszkańcy są tak zmęczeni stolyczną gonitwą, że nie umieją się nawet po pracy wyluzować. "Przyjeżdżamy do Krakowa, bo tu ludzie naprawdę się bawią".
Ja, Śledziogrodzianka, mogłabym dodać jeszcze, że u mnie rejon przyjaznej człowiekowi miejskiej przestrzeni ogranicza się do jednego kilkusetmetrowego Deptaka, jednej Alei Fontann i paru kwartałów kilkunastoletniej, phi, "starówki". W Krakowie czy Wrocławiu zaś centrum to wielki obszar po którym możesz imprezować cały rok i codziennie być w innym lokalu. Tam możesz chodzić całą noc i spotykasz nie meneli, jak w centrum Szczecina, lecz ludzi podobnych tobie, którzy wyszli w noc i miasto zabawić się. Treścią miasta nie są budynki. Są nią ludzie.

piątek, 9 kwietnia 2010

Robaczki wiosenne

Deptak jest najmilszy wiosną.
To właśnie tam można ją pierwszy raz spotkać w mieście: betonowej pustyni, gdzie nie rosną bazie ani przebiśniegi. Wiosna jest blisko, gdy o zmierzchu zdegenerowane post-potomstwo kontr-kultury punkowej wylęga się na deptak. Siedzą takie naprzeciw-prądowe larwki na ławkach i piją nektar kwiatowy z gwinta. Nikomu nie robią krzywdy, a bałagan który zostawiają jest niczym w porównaniu z tym, co latem produkują mainstreamowcy, pod piwnymi parasolami oglądający mecze na rzutnikach cyfrowych.
Właśnie: wiosną piwiarnie nie wychodzą jeszcze na deptak i ciepłe brzoskwiniowe światło z czterokątnych latarni może sobie do woli głaskać brukowe kostki po ich gładkiej powtarzalności.
Ciepła szarość zmierzchu, ciche rozmowy, dredy do pasa, czarna Honda zaparkowana obok miejsca które kiedyś było Fanaberią.
Szkoda że tylko jedna taka ulica w tym mieście. Gdyby ich było z dziesięć, to by się tu dało żyć.

wtorek, 12 stycznia 2010

Rycerze Niezłomni

Na całej połaci śnieg. A komuś padł zasilacz do lapa i trzeba szybko ze sklepu zorganizować nowy. A tam na dworze zwały śniegu zawieja, mróz, człowiek psa by nie wygonił. Więc wygania kuriera rowerowego.
I pozostaje ze strachem. Że się taki rowerzysta gdzieś na lodzie smyrgnie pod jadące za nim auto. Że go któryś puszkarz zahaczy i zepchnie pod autobus lub ciężarówkę.
Na kurierze polegać można jak na Zawiszy. Krzyś z Dredami, niegdyś student filozofii, zmarznięty i mokry przywozi nam zasilacz. "Musiałem jechać cały czas z jedną nogą przy ziemi, jak Fred Flintston".

Kurierzy są niezłomni. Rycerze Zakonu Spraw Nie Cierpiących Zwłoki.

czwartek, 19 listopada 2009

Riverside. Byłam.


Byłam na Riverside.
Byłam.
Nie chodzi o to, że zobaczyłam, posłuchałam, obejrzałam. Bo to można z płyty, z DVD, na zdjęciach.
Istotna jest obecność.
Obecność.
Oni tam byli. Nie tylko grali, śpiewali. Ja nie tylko słuchałam, nie tylko patrzyłam, nie tylko machałam włosami. Byli tam. Byłam tam.

I jeszcze urzekło mnie że widać było jak się cieszą, że grają. Amok publiczności pewnie tę radość wzmacniał :-) I że przeżywają to tak samo mocno jak ja. Mimo że to jeden z pewnie dwustu czy coś koncertów które zagrali w życiu. Mimo że byłam jedną z dwustu czy coś osób które ich słuchały.

Może jednak Opatrzność istnieje. Tak żałowaliśmy z Gregorem, że przesunięcie terminu naszego firmowego półmaratonu wypadło właśnie na czas, gdy Riverside koncertowali w naszej okolicy. Gdybyśmy poszli na koncert u nas, w Szczecinie, nie przyszłoby nam do głowy żeby do Berlina pojechać. A tam - świetnie ustawione nagłośnienie. Dwa lata temu na koncercie Riverside w Słowianinie już 10 metrów od sceny rozbijałam się o ścianę amorficznego hałasu. W Berlinie byłam przy samej scenie, kolumny na wyciągnięcie ręki, muzycy o dwa - trzy kroki, wszystko było idealnie.
Fajna publiczność. Dzieciaki miękko uczesane, z myśleniem na oczach. Młodziani z włosami do pasa, więc ci co jak i ja szaleli w pierwszym rzędzie, zamiatali scenę :-)

Na fotkach dużo nie widać, ale nie chodzi o to żeby było widać. One mogły powstać bo tam byłam.
Byłam na Riverside. W Berlinie.

Riverside to najlepszy zespół świata. Tak myślę od wielu lat. To nie żaden patriotyzm lokalny, bo wcześniej to miejsce na podium zajmowali inni, zagraniczni.
Ostatni raz taką extazę przeżyłam za koncercie Depeszów, w 1992 roku.
Też w Berlinie.
Z tym sympatycznym miastem znajomość kontynuować zamierzam.

piątek, 6 listopada 2009

R.I.P. Fanaberia

Lepiej niż w domu. W domu zawsze jest coś do zrobienia, ciągle ktoś się drze że czegoś ode mnie chce. Tutaj - nic nie muszę. Wszystko mogę. Wszystko jest przyjazne. Wszyscy są przyjaźni. Filiżanka gorącej czekolady na uspokojenie nerwów.
Tak było w Fanaberii kochanej na Deptaku kochanym.

Fanaberia się skończyła. Inna ekipa, inny wystrój, inne założenia.

Można prowadzić biznes nie znając się na nim, ale trzeba mieć wówczas mądrość i szczęście zatrudnić ludzi którzy się znają i będą uczciwie pracować. Ale wtedy trzeba ich odpowiednio docenić. Wcale nie mówię tu o pieniądzach. Dobre słowo i dobra atmosfera z jednej strony nic nie kosztują, z drugiej są bezcenne.
Ale jak się nie potrafi, to się nie może udać.

wtorek, 3 listopada 2009

Lecz pamiętaj naprawdę nie dzieje się nic...

"Debata branży IT" - firmy, uczelnie, miasto. Te same opowieści, co od lat. Instytucje edukacyjne i rządowe opracowują programy finansowane z podatków czy Unii, a biznes i tak radzi sobie sam: szkoli niedouczonych absolwentów za swoje pieniądze. Trafnie zresztą zauważali przedstawiciele przedsiębiorstw: że nie oczekują że liceum i uczelnia da umiejętności dokładni takie jak jest potrzebna, ale wiedzę ogólną choćby z zakresu ekonomii, umiejętność mówienia i pisania po angielsku, i nie naśmieci w głowach przestarzałymi technologiami ani nie zrazi uczniów i studentów do niektórych dziedzin, robiąc z nich lekcje extremalnie nudne i przeteoretyzowane.
Jeden z kolegów z NCDC opowiadał mi na ewaluacji, że po zajęciach o bazach danych na Politechnice / Ziucie nie pomyślałby w życiu że mógłby w tym pracować. Nuda, znikoma praktyka i egzamin polegający na obryciu iluśset stron teorii. Dopiero u nas przekonał się że bazy danych mogą być ciekawe. To wszystko przez to, że na uczelnie jako pracownicy często trafiają odpady ludzkie, które nie poradziłyby sobie w biznesie, a do szkół dyrektorskie pociotki które nie dałyby rady w żadnej innej pracy (pracowałam w szkole, wiem!)
Wypowiedź pani dyrektor z wydziału oświaty zagotowała mi krew. Ludzie od dwóch godzin mówią, że absolwenci liceów (i potem uczelni) trafiający na interwiu nie potrafią posłużyć się angielskim, nie odróżniają PIT od VAT i nie orientują się w mechanizmach ekonomii w której na codzień uczestniczą, a ona wygłasza laudację na temat wiceprezydent Masojć (!#@%&!#$@$) i twierdzi, że mamy świetne szkoły, bo dobre wyniki egazminów niezależnych i wysokie miejsca w rankingach. Beton! Aż się wkurzyłam i mówię, że to są szkolne oceny ze szkolnych egzaminów sprawdzających szkolną wiedzę, a ci piątkowi absolwenci przychodzą na rozmowy kwalifikacyjne w naszych firmach i oblewają egzamin życia, bo nie rozumieją rzeczywistości!!! To że ktoś radzi sobie wewnątrz systemu szkolnego, nie oznacza że poradzi sobie w prawdziwym świecie. Ale do takich wybetonowanych mózgów taki komunikat w ogóle nie trafia i mogą sobie nadal trwać w samozadowoleniu, bo mamy w mieście "najlepsze" liceum (=przemysłowy kombinat produkcji olimpijczyków).
Więc mówię ja tym profesorom i dyrektorom, że jak do mnie trafia CV to nawet nie patrzę, czy i skąd kto ma dyplom, bo za tym nic nie stoi. I że połowa z naszych najwybitniejszych specjalistów, koordynatorów działów w firmie nie skończyła uczelni wcale albo przeszła na kierunek humanistyczny, bo tej matmy na Polibudzie nie mogli już zdzierżyć.
Natomiast ogromnie zaimponował mi prof. Wiliński, dziekan Wydziału Informatyki, swoją pokorą i otwartością. Trochę się oczywiście bronił i chwalił, ale zasadniczo zdawał sobie sprawę z rozziewu między tym co reprezentują sobą absolwenci i tym czego oczekują firmy, i już zaczął temu przeciwdziałać, a także jest otwarty na propozycje w tym zakresie. Na tle przedstawicieli innych instytucji edukacyjnych i ich zachowawczo-samozadowolonej postawy była to inna jakość. Niemniej, potrzeba by zmiany, zaangażowania, pasji i myślenia w całej masie pracowników naukowych, nauczycieli i urzędników, żeby coś się ruszyło.

...i nie stanie się nic, aż do końca.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Brak symetrii

Coraz wyraźniej widzę, jak błędnie stworzony jest ten świat.
Żeby coś stworzyć, potrzeba dużo czasu i wysiłku. Np. stworzyć człowieka. Urodzić, wykarmić, potem 20 lat wychowywania, opiekowania się, wspierania w rozwoju. A żeby zniszczyć - wystarczy chwila nieuwagi, odrobina agresji, zwykły przypadek. Chwila - i nie żyje.
Jakiś czas temu przejście podziemne które pokonuję codziennie w drodze do pracy zostało pomalowane w urocze grafitti. Rybki, ośmiornice, neptuny, śliczne rzeczy. Wielu ludzi musiało w to włożyć sporo wysiłku i inwencji. A ostatnio ktoś to zniszczył. Litrem farby i wałkiem, pewnie w ciągu kwadransa.
Zdjęcia z tego zniszczenia i historię która za tym stoi można zobaczyć tu: www.mzet.blox.pl

sobota, 25 lipca 2009

To know we can die is to be dead already

W biegu pomiędzy drogerią a spożywczakiem, obładowana pieluchami i pomidorami, by zatrzymać się na chwilę, odetchnąć i popatrzeć na piękno, siadam sobie w ogródku Fanaberii, w doborowym towarzystwie: gorąca czekolada, gałka lodów, bita śmietana. Przyglądam się przechodniom, chcąc ucieszyć oczy widokiem pięknych ludzi, półelfów, może by się i trafił elf czystej krwi.
Ale wokół tylko brzydota. Żadnych urodziwych chłopców czy dziewcząt. Chłopi i robotnicy, kloszardzi, pijacy i żebracy, matki z terrorystami w wózkach czy chustach, czy w dresach. Nawet jednej wikińskiej hałastry na weekendowej wycieczce. Ludzie albo starzy, albo cyniczni. Orki i uruki.
Remont parterów hiszpańskich kamienic ciągnie się już od miesięcy. Pod młotami padły kawałki muru ze sprayunkami, które robiłam letnim świtem, w pięknym 2006 roku:


Trzeci, cytat z filmu Hala Hartleya, zginął pod farbą koloru guano:


Już nigdy nie będzie takiego lata.

_______________________________________________