Zapraszam również na mój blog motocyklowy

Zapraszam również na mój blog motocyklowy: http://motocyklistka.xemantic.com/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 grudnia 2015

Czego szukasz w święta? Moje opowiadanie

Czego szukasz w święta? Ludzi czy spokoju? Ciepła, czy ciszy? Piękna, czy głębi? Boga, czy człowieka?

Bożonarodzeniowe opowiadanko które kiedyś napisałam. Teraz na OpenBooks.com. Można pobrać i wysłać komuś w prezencie bezpłatnie, a wrzucić jakiś hajs potem, jeśli się podobało. Tutaj: https://openbooks.com/books/740-pustka

piątek, 24 października 2014

Słowa, słowa, słowa...

10 NAJWAŻNIEJSZYCH XIĄŻEK - skoro chcieliście

1. Saint-Exupery, Mały Książę - spełnia dla mnie rolę Biblii - sumuje całą mądrość potrzebną do życia.

2. Tolkien, Lord of The Rings - świat, w którym wolałabym żyć. Ciężko być elfem w XXI wieku

3. Andrzej Sapkowski - Wiedźmin - szczególnie dwa tomy opowiadań. Geniusz słowa, opisu, dialogu, akcji i melanżu melancholii z humorem. Dowód na to, że są sposoby, by słowem więcej wyrzić niż obrazem - to opisując sytuacje, a nie tylko stany wewnętrzne.

4. Jacek Dukaj, Katedra i cały tom "W kraju niewiernych", a do tego Perfekcyjna Niedoskonałość i inne... - też geniusz, konceptu światotwórczego i prowadzenia narracji od samego środka, gdzie czytelnik musi rozkminiać o co chodzi, uwielbiam. Godny następca Lema, z którego szczególnie lubię historie o Ijonie Tichym (w ten sposób w jednym punkcie przemyciłam dwie pozycje
5. Łona - jego texty piosenek to perełki felietonu o współczesnej rzeczywistości, absolutny geniusz obserwacji świata i ludzi, syntezy wniosków i ujęcia jednego i drugiego w perfekcyjnie skomponowane słowa. (tu moje wpisy Łonowe)
6. Antoni Libera - Madame - niezwykły klimat emocjonalny, niesamowity obraz epoki, wciągająca akcja i ten nieuleczalny romantyzm... Boskie
7. Michał Pogoda - Łoś i Kot. Nasz surrealizm powszedni przesycony zajebistością formalną i treściową. Jak za komuny - powielałam, zszywałam i kolportowałam, przed oficjalną premierą... (więcej o ŁiK...)
8. Instrukcja obsługi do Hondy CBF 250. "Dbaj o jej sprawność techniczną, a twoją nagrodą jest wolność" - cały Pirsig w jednym zdaniu.

INCIPIT natomiast xiążki którymi żyłam raczej na poprzednich etapach rozwoju i które mnie wówczas kształtowały

9. Proza Edwarda Stachury - niedościgniony ideał przeżywania świata: wrażliwość na każdy detal rzeczywistości, codzienność przesycona mistycyzmem i wewnętrzna wolność, autodestrukcja w sumie też... ja w końcu nie znalazłam odwagi... - ta koncepcja że porąbany stos drewna to najpiękniejszy poemat - tak właśnie. Poezja też, ale proza bardziej.
10. Biblia - przeczytałam ją CAŁĄ, a niektóre części (Ewangelie, Psalmy) po stukroć... z ambonki też... myślę, że w swoim postrzeganiu człowieka pociągnęłam myśl etyczną Jezusa dalej niż Kościół Katolicki miał odwagę uczynić (stąd mój rozwód z tą instytucją)

no i niby jest już 10 ale ja lecę dalej bo KTO BOGATEMU ZABRONI?
11. Gra w klasy i opowiadania Julio Cortazara - prozaicznie nazwany przez literaturoznawców "realizm magiczny"...
12. Zmierzch świadomości łowcy - przeczytałam w związku z zaprzestaniem jedzenia zwierząt, i ta xiążka dostarczyła mi narzędzi intelektualnych do tego, do stawienia czoła środowisku i zmieniania go.
13. Szklarski, Tomek na wojennej ścieżce - pierwsza książka jaką przeczytałam, w wieku 7 lat, jak tylko nauczyłam się liter (Dzieci z Bullerbyn były później) - miłość do Indian, koni i przygody została mi do dziś, ale teraz już wiem że nie muszę być chłopcem by być dzielną, silną, bronić innych i mieć ciekawe życie.
14. Musierowicz, Jeżycjada - dziś obraz miłości pokazany w cyklu uważam za błędny i szkodliwy, ale literacką stronę nadal doceniam, chętnie wracam (szczególnie do "Noelki") i czytam wszystkie ukazujące się tomy na bieżąco.
15. Mała Fantastyka - w tym pisemku "dla dzieci" niesamowite, na najwyższym poziomie opowiadania S-F/fantasy, artykuły, ilustracje które pierwsze otworzyły mój umysł na możliwość istnienia innych rzeczywistości i sposobu, w jaki można je opisywać...
16. Irving, A widow for one year (film - "Drzwi w podłodze" na podstawie pierwszej części) -  jak ją czytałam, to z pewnym wysiłkiem, ale została we mnie bardzo mocno na wiele sposobów...

w sumie można by wymieniać i wymieniać ale trzeba się brać do roboty.

sobota, 30 listopada 2013

"Łatwopalni" - o rozplątywaniu supełków w głowie...

Polecam wszystkim miłośnikom opowieści o skomplikowanych ludziach i skomplikowanych życiorysach.


Znam ludzi z kamienia,
Co będą wiecznie trwać
Znam ludzi z papieru,
Co rzucają się na wiatr

A my tak łatwopalni
Biegniemy w ogień,
By mocniej żyć

Świat między wierszami
Największy ukrył skarb
Wiesz - w to miejsce czasami
Odchodzi któryś z nas...
                (Agnieszka Osiecka)

"Łatwopalni". Motocyklowa opowieść o spóźnionym dorastaniu - na MotoRmanii moja recenzja najnowszej powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej.









wtorek, 26 listopada 2013

Czy Ryby śnią o elektrycznych drinkach?

Oto, do czego doprowadzają Rybę jego bezbożne herezje...
Niedawno opisał był taki swój sen:



Śniło mi się, że byłem menadżerem Edyty Górniak...
Jakby tego było mało, rzecz działa się w postnuklearnej przyszłości. Chodziłem z nią po mad-maxowskim Szczecinie, a ona wciąż płakała, że nie może skończyć płyty.
Świat był skażony jakimś radioaktywnym syfem i żeby przeżyć każdy codziennie musiał wypić coś w rodzaju drinka złożonego z wódki, rodzynek i ołowianych opiłków. Edyta miała wódkę, Szczecin był pełen wielkich drzew pod którymi nazbierałem kilka garści rodzynek, pozostawał więc tylko problem z ostatnim komponentem. Na szczęście miasto pełne było zbieraczy złomu poruszających się na rowerach, którzy w drucianych koszykach wozili ołowiany złom i ścierali go potrzebującym wprost do szklanek. Zatrzymaliśmy więc jednego - jak się okazało był to Kazimierz Pogoda. No... taki sen. 

(copyright by Piotr Rybarczyk, 2013)

Caryca Katarzyna?


Hmm... Gdy rozum śpi, budzą się kolejne warstwy geniuszu....

A tu na marginesie, inne przejawy ludzkiej kreatywności: 





środa, 20 listopada 2013

Yoav, piękna muzyka pięknego człowieka


Wychodzi na scenę bezbronny, w rękach tylko akustyczna gitara. Marynarkę rzuca na podłogę, ściąga buty, i bosymi stopami operuje na ułożonych na podłodze przełącznikach i pokrętłach. Z gitary jest w stanie wydobyć dowolny dźwięk, także używając jej jako instrumentu perkusyjnego czy dmuchając przez struny do środka - podobnie jak Paganini potrafił ze skrzypiec zagrać cokolwiek wymyślił. Zapętla ten dźwięk, potem następny, i w ten sposób tworzy sobie podkład rytmiczny, który jednakowoż nie leci do końca tak po prostu, zmienia się, poszczególne ścieżki zanikają, wracają, zastępowane są innymi na bieżąco w czasie utworu. To wszystko robi stopami na swomi "stole mixerskim", zaś jednocześnie rękami gra na gitarze i śpiewa. Człowiek orkiestra. Co za wirtuozeria!!!
(Na tym video widać jak to robi - zobacz koniecznie)


Kiedy słuchałam muzyki Yoava z płyt - genialnych (trzeba je było sprowadzić z zagranicy, bo w PL nie dało się kupić) to brzmiało to, jakby miał ze sobą pół tuzina muzyków - a na scenie okazało się, że robi to wszystko sam w czasie rzeczywistym. Urwało mi to łeb!!! Często taka muzyka jest lepsza na żywo niż wtedy gdy się jej słucha z płyty, ale ta różnica sposobu jej przeżywania była powalająca!!! Szok, że coś co wydaje się tak genialne, że lepiej się już nie da, może być jeszcze genialniejsze w bezpośrednim dotknięciu... Do tego Yoav ma niesamowitą, pozytywną, potężną energię - texty zazwyczaj są reflexyjne lub smutne, ale artysta w widoczny sposób ma niesamowitą frajdę z ich wykonywania, przez co powstaje przedziwny melanż emocji. Na sali dwieście, może trzysta osób, wszystkie grupy wiekowe równo reprezentowane, 15- do 60-latków, piosenki są rytmiczne, ale ludzie nie klaszczą lub szybko przestają, wolą się skupić na słuchaniu.
A po koncercie Yoav założył buty i zszedł ze sceny prosto w tłum, podpisywać płyty. Mimo zmęczenia (mówił mi przed koncertem że musiał wstać o czwartej rano żeby dotrzeć do Warszawy, a przed koncertem jeszcze dwa występy w studiach radiowych...) przez dwie godziny dawał autografy, rozmawiał z ludźmi, ustawiał się do zdjęć które robili sobie z nim.
A trafiłam tam nie tylko dlatego żeby zobaczyć na żywo mojego ulubionego singer-songwritera (wspomniałam o nim swego czasu w poście "Kolejny uzależniający Żyd"), ale miałam osobiste zaproszenie od niego na koncert i rozmowę - wynikło to podczas załatwiania copyrightu na cytowanie dwóch jego piosenek, moich ulubionych, niesamowicie dla mnie ważnych "Beautiful lie" i "Angel and the animal" w mojej powieści "Dziwkość serca", która ukaże się wiosną. Bardzo ciepły, wrażliwy człowiek, w którym sława i popularność niczego nie zepsuły, pamiętał że musiałam dojechać z drugiego końca Polski i na wstępie zapytał jak mi poszła podróż... a po koncercie, chciał wiedzieć jak mi się podobało, mimo że wcześniej przez dwie godziny odbierał hołdy od setki czekających na autograf fanów.

Wspaniała galeria zdjęć z koncertu w Warszawie 10.11.2013 od LiveLazzaroni (niestety trzeba trochę przeskrolować by znaleźć odpowiednią galerię)

A tu moja ulubiona Beautiful Lie na żywo z koncertu w Kopenhadze (nie wiem co ci ludzie mają że nie pozwalają embedować - kliknij tutaj

niedziela, 22 lipca 2012

Tworzyć, czy zakuwać? (Don't be fool, quit the school, 3)

Joanna Newsom
And I go where the trees go
And I walk from a higher education

And it beats me, but I do not know
It beats me but I do not know
I do not know
 

I podążam ścieżkami drzew
I odchodzę od wyższego wykształcenia

To uderza we mnie, ale ja o tym nie wiem,
uderza we mnie, ale o tym nie wiem,
nie wiem o tym


Joanna Newsom
Joanna Newsom. Najwspanialsza śpiewaczka-harfistka. Porzuciła studia, by zająć się swoją muzyką. I chwała jej za to. Że nie dała się zmanipulować, temu pobrzmiewającemu w cytowanej piosence głosowi rozsądku czy rodzica, który jej mówił, że to co robi, robi ze szkodą dla siebie. Jej decyzja była z pożytkiem dla ludzkości, dla nas, dla ogólnie pojętej kultury światowej. Bo dzięki temu, że nie marnowała czasu na uczelnię, miała go więcej by tworzyć, a my teraz możemy doznawać extazy na jej koncertach, słuchając jej płyt. LP "Milk-eyed mender" ukazał się, gdy miała 22 lata.

Steven Wilson (Blackfield, Porcupine Tree)
Moja największa miłość muzyczna obecnie to Blackfield, czyli duet Steven Wilson - Aviv Geffen. Przepiękna mroczna dusza, Steven Wilson, znany najbardziej jako założyciel Porcupine Tree, wokalista, gitarzysta i autor utworów tego zespołu, jest samoukiem. Samodzielnie nabył biegłości w grze na gitarze, klawiszach, harfie i kilku innych instrumentach, w inżynierii dźwięku, produkcji muzycznej, a ja nie wyobrażam sobie mojej audiosfery bez tych cudowności, które wyszły spod jego ręki.

Joseph Gordon-Levitt
Joseph Gordon-Levitt. Na scenie od czwartego roku życia. Grał w filmach nieprzerwanie jako dziecko, nastolatek, dorosły. Mając lat 23, rzucił studia na Colombia University, by się znów skoncetrować na pracy w filmie. I chwała mu za to; po paru latach ograniczonej aktywności, właśnie gdy odszedł z uczelni, stworzył wspaniałą rolę w przerażającym Misterious Skin, a zaraz potem jeszcze lepszą w Brick. Fascynujący jako aktor i jako człowiek. Potrafi przekonywująco zagrać KAŻDY charakter. Jak dla mnie największy wymiatacz aktorstwa ever.

Jacek Dukaj
Jacek Dukaj - godny następca Stanisława Lema, mistrz science-fiction. Ma 38 lat, a stworzył już niesamowitą ilość najwyższej próby xiążek. Studiował na UJ, ale szybko przestał, i chwała mu za to. Gdyby tracił czas na uczelniane pierdoły, być może mielibyśmy o kilka jego arcydzieł mniej. A nie wyobrażam sobie mojej logosfery bez "Katedry", "Perfekcyjnej Niedoskonałości" i reszty.
Tomek Bagiński i ja :-)
foto: Tomasz Świerczyński, Luminance Studio (dzięki!)
"Katedra" Jacka Dukaja zainspirowała Tomka Bagińskiego do stworzenia animowanej "Katedry". Film, który przez trzy lata chłopak z Białegostoku samodzielnie robił po pracy na firmowych kompach, w którym cała animacja powstała dzięki niesamowitej wytrwałości jednego człowieka, zdobył nagrody na branżowych przeglądach i został nominowany do Oscara. A dla mnie był najbardziej wstrząsającym, najdogłębniej poruszającym artystycznym przeżyciem jakie kiedykolwiek zostało mi dane. Więc chwała tobie, Tomku Bagiński, że rzuciłeś stołeczną polibudę by zająć się robieniem filmów.


Łona. Fot. Pacia

Łona, i tobie chwała za to, że nie posłuchałeś mamy, której perswazje przytoczyłeś w piosence Raperzy są niedobrzy:

Słuchaj co mówię , przecież jestem twoją matką
Nie zaprzeczysz faktom, to najzwyklejsze szczeniactwo

Rzuć to, zajmij się wreszcie edukacją
Synu, zajmij się czymś, słyszę codziennie od nowa
A ja nie narzekam mamo na brak zainteresowań
Cieszę się, widząc twoją troskę o moją przyszłość
To nie jest sposób mamo, by nawiązać dialog
Jeszcze nikomu się to siłą nie udało
Porozumienia zero
Stosunki między nami, jak 10 lat temu między jedną i drugą Koreą

Dzięki twej asertywności i sile woli mamy dziś w szczecińskiej i polskiej kulturze zbiory najcelnieszych i najgenialniej wyrażonych obserwacji psychologicznych i społecznych - twoje płyty. (Tutaj pisałam już za co kocham Łonę - za geniusz i skromność, za złośliwość i delikatność...)


Na koniec jeszcze raz przepiękna Joanna:

And you laws of property
Oh, you free economy
And you unending afterthoughts
You could've told me before

Never get so attached to a poem

You forget truth that lacks lyricism
Never draw so close to the heat
That you forget that you must eat.


I wy, prawa własności,
ty, wolny rynku,
i wy niekończące się reflexje a posteriori
trzeba było mi wcześniej powiedzieć

Nigdy nie przywiązuj się tak do wiersza
by zapomnieć prawdę pozbawioną liryzmu
nigdy nie daj się wciągnąć w żar
tak bardzo że zapominasz że musisz jeść.

Jak widać na powyższych przykładach, da się mieć co jeść tworząc z pożytkiem dla ludzkości sztukę najwyższej klasy, nie ukończywszy jednakowoż w tym celu ostatniej klasy.

Zawsze warto być najpierw wiernym sobie.

wtorek, 17 stycznia 2012

To jest pokolenie odpowiedzi! ;-) "Mrożkiem!" czyli aj łona łona

Łona jest geniuszem.
Wiem, że nie jestem odkrywcza, ale nie muszę.
Uwielbiam go - po pierwsze jako człowieka: w kontakcie bezpośrednim jest ujmująco skromnym, bezpretensjonalnym facetem, spokojnym i szanującym dyskutantem, który mógłby każdego w jednej chwili rozsmarować na ścianie ostrą brzytwą swojej przenikliwej inteligencji, ale tego nie robi. Złośliwość jest orężem, którym posługuje się mistrzowsko, ale używa tylko w potyczkach ze starannie dobranymi debilizmami zbiorowymi, nie przeciwko konkretnym ludziom.
Uwielbiam Łonę, po drugie, jako felietonistę, czyli obserwatora i analityka rzeczywistości - prześwietla z zegarmistrzowską dokładnością debilizmy i absurdy naszego życia społecznego i potrafi pokazać je jak w soczewce, opisując jedną scenę, sytuację lub rozmowę, która dogłębnie exemplifikuje dane zjawisko (np. "Jesteśmy w kontakcie" i "Święty spokój" - moje ulubione utwory z najnowszej płyty "Cztery i Pół", godne następstwo klasycznych "My się znamy" czy "Raperzy są niedobrzy").

I uwielbiam Łonę tertio jako poetę - bo swoje obserwacje ujmuje mistrzowsko w słowa operując logosem i logosferą precyzyjnie jak chirurgicznym skalpelem, zarówno wyrażając zachwyt, jak wtedy gdy mówi czule o Helmucie (trabancie): "nie pali dużo, a na pewno mniej ode mnie" jak i gdy się wnerwia na kelnera: "typ stał pewnie tam gdzie ZOMO, bo niesie mi padakę wybieloną, myślę: o, zapłacisz za dyshonor". Perfekcyjne są te jego życiowe porównania, jak: "Łona i herba, jak Stalin i Beria" czy w "Panie Mahmudzie": "pan zaglądasz do Koranu rzadziej niż ja do Pani Domu" albo w "Artysto drogi": "zaangażowany w rap który robisz / jak aktorka filmu porno w dialogi".  Zmysł liryczny ma równie wyrafinowany jak dramaturgiczny, przykład pierwszy z brzegu: "Rozmowa" (z Bogiem):
Władza to banda cwaniaków z największym na czele,
a Biblia dawno już przestała być bestsellerem"
"Hmm. to może jeszcze raz Mesjasza ześlę?"
"Nie wygłupiaj się, skończy na elektrycznym krześle!" (...)
(...)Bóg zaczął wrzeszczeć:
"Zrobiłem już jeden potop, mogę zrobić go raz jeszcze!"
"Bój się Boga!" "Kogo?" "O, przepraszam.
Ale byłaby to największa kaszana z wszystkich kaszan!" (...)
Więc ludzie, zróbmy coś żeby świat był lepszy,
bo On zadzwoni i znowu mnie opieprzy.
Estetyka audialna rapu rozmija się kompletnie z moją wrażliwością, więc takiej muzyki nie słucham, ale Łonie, z podanych wyżej powodów, nie potrafię się oprzeć. :-)
Grudniowy koncert Łony, Webbera i The Pimps był wspaniałym przeżyciem, mimo iż klub Słowianin jak zwykle beznadziejnie nagłośniony, niemniej texty i tak znam na pamięć, podobnie jak cała publiczność, co było słychać gdy Łona podawał nam mikrofon, nie tylko na refrenach. Zresztą zobaczcie sami - "mnóstwo nieodebranych połączeń, odebranych niepołączeń":
Fani znali nie tylko najnowsze numery ale też utwory z poprzednich płyt, włącznie z pierwszą, wydaną w czasach, kiedy większość z obecnej na sali młodzieży była jeszcze niepiśmiennymi pacholętami. Umknęło to mojej uwadze, ale Skoniak uświadomił mi, że on i ja byliśmy najstarszymi osobami na sali, urodzonymi wcześniej nawet niż występujący artysta. Jak to mówił Jan Krzysztof Kelus "to nie my się starzejemy to się inni robią młodsi". Zresztą - naprawdę warto było to zobaczyć: tłum dzieciaków epoki internetowej, które nie odróżniają bez użycia Gógli kto Różewicz a kto Rodowicz, gdy Łona wyskandowawszy "ta celebrytka wolne chwile zaczytuje, nie wiem, ..." skierował mikrofon w stronę widowni, kilkaset nastoletnich gardeł wykrzyknęło: "Mrożkiem!"

Największy artysta, jakiego wydało portowe miasto Szczecin* jest też patriotą lokalnym, czego wyrazem są topograficzne konkrety obecne na każdej płycie, a już zwłaszcza na koncercie granym w mieście z "mglistym widokiem na Floating Garden". Więc było i nowe "Bez mapy" i klasyczne "Do Ciebie Aniu szłem". W tym pierwszym utworze Łona popełnia autointertextualizm:
"Więc skręcam w Piłsudskiego i przecinam Odrodzenia
A tu ironia losu wstrętna, bo przede mną Szarych Szeregów
Kiedyś - nie pamiętam" ;-)

To nawiązanie do "Ballady o szlachetnym czorcie" z 2004 r., gdy opowiadał jak to nocną porą: "Ja spacerkiem do domu wracam po alei Piastów (...) Aż dochodzę do placu Sprzymierzonych, kiedyś Lenina"
Zaś przed przywołaniem opowieści o tym, jak z buta, a właściwie z klapka, szedł na imprezę na Bezrzeczu, Łona pozdrowił obecnych na sali Anię i Kulę, czyli inspiratorów tamtej historii, która jak widać nie jest wyłącznie wytworem łońskiej wyobraźni, swoją drogą - nieograniczonej.

To tyle moich zachwytów drodzy Czytelnicy, a teraz - kto jeszcze tego nie zrobił - grzejcie lacze do empiku po nową płytę "Cztery i Pół" bo trzeba wspierać artystę rodzimego, aby mógł wyżyć ze sztuki i nią się zająć przede wszystkim, a nagrodą za nabycie legalnego exemplarza będzie obecny w środku piękny zestaw fotek Łony i Webbera oraz opis z jakiego instrumentarium korzystali tworząc płytę (dobrze jest zapoznawać się z nim na kiblu bo przeczytawszy trudno powstrzymać siurnięcie ze śmiechu).

-- 
*(w mym skromnym oczywiście odczuciu)  

sobota, 22 października 2011

Wynarodowienie, cz. 2

(aby pocieszyć TomLee)

Basilica di San Francesco, 1230, Assisi


Ostatnie dwa tygodnie spędziłam chodząc po Asyżu. Byłam w katedrze, gdzie chrzczono Franciszka (1182 rok), w bazylice wybudowanej dla niego parę lat po śmierci (1226) gdzie przechowuje się modlitwy i reguły pisane jego ręką. Freski Giotta i innych, pokrywające ściany i sklepienie bazyliki, zmieniły bieg historii europejskiego malarstwa. W tym czasie w kraju Polan i Wiślan była kompletna dzicz. Hotel, w którym mieszkaliśmy, mieści się w skrzydle pałacu wzniesionego w 1500 roku, i jak na asyskie warunki, jest naprawdę niezbyt starym budynkiem. Skoro tam, wtedy, była taka kultura, to nic dziwnego, że zafascynowali się nią ludzie z kurnych chat północy. Łacina i sztuka Włoch były dominantą europejskiej logosfery w tamtym czasie. Wkrótce nacjopuryści wymyślili pogardliwe określenie "makaronizm" na wyrazy z innych języków użyte w polskojęzycznych wypowiedziach. Wiele z tych lexemów wsiąknęło w tkankę języka polskiego tak głęboko że obecnie nie domyślamy się ich italskiego źródłosłowu. Np. "dom" jest zapożyczeniem z łaciny.

Basilica di San Francesco, 1235, Assisi
Mechanizm ten jest prosty. Społeczeństwo najlepiej prosperujące ekonomicznie ma najwięcej "mocy przerobowych" które można zwolnić z walki o biologiczne przetrwanie, i umożliwić im zajęcie się rzeczami niepotrzebnymi: pisaniem, malowaniem, rzeźbieniem ozdóbek na fasady domów. Po Italii w międzynarodowej kulturze ton nadawać zaczęła Francja. Lingua franca zastąpiła łacinę na pozycji języka międzynarodowego. W Polsce, jak i wszędzie, Paryż, "stolica świata" był ostateczną wyrocznią we wszelkich dziedzinach. Potem tę rolę przejęły kraje anglojęzyczne.  Polacy "paw narodów i papuga", ulegali tym wszystkim modom i asymilowali do swojej kultury wymysły innych nacji. Nie wynarodowili się jak widać. Zatem nie wynarodowią się i tym razem. Fascynacja lepiej rozwiniętymi kulturami pozwoliła im wzbogacić własną. "Jeśli ja mam dolara i ty masz dolara, i wymienimy się, każde z nas będzie mieć po dolarze. Jeśli ja mam ideę, i ty masz ideę, i wymienimy się, każde z nas będzie miało dwie". Rozmaitość jest wartością.

(wcześniej o wynarodowieniu)
.

środa, 22 grudnia 2010

Umarła świnia, niech żyje świnia!

Ludzie to stworzenia których nie jestem w stanie zrozumieć.


Zabijają na przykład raki, i robią to w bestialski sposób, gotując je żywcem we wrzątku. A potem zjadają. A potem stawiają im pomniki. Jak ten w Ińsku, nad jeziorem, nad którym wczasowałam się w dzieciństwie. Wtedy moi wujowie łapali raki i gotowali je. Trafiłam tam, po 20 latach, w czasie jednej z moich motocyklowych wypraw.
Tadeusz Różewicz pisał, w wierszu "Świniobicie":
jakże te niewinne stworzenia
cierpią w przeczuciu śmierci (...)
więzione dla szlachtuza
często umierają na zawał serca
"świniobicie" łączy się w naszym
kraju z narodzinami i śmiercią
z chrztem pogrzebem
a nawet pierwszą komunią
czytałem w "Polityce" artykuł
o przeszczepianiu serca świni
młodemu człowiekowi
- Dlaczego zdecydował się pan
akurat na serce świni?
- pyta dziennikarz -
Ze względu na najodpowiedniejsze rozmiary
- odpowiada doc. Zbigniew Religa (...)
niech żyją wszystkie świnie
zjedzone przez ludzkość
od stworzenia świata!
ileż świńskich serc nerek
ileż świńskich nóżek
zostanie przeszczepionych
do końca XX wieku
jako moralista pytam
czy znajdzie się choć jeden
człowiek, który chorej świni
odda swoje serce mózg
lub nerkę
kiedy ludzkość dojrzeje
do takiej miłości
aby powiedzieć
siostro moja świnio
kiedy wystawimy w Genewie
przed siedzibą narodów zjednoczonych pomnik
świni z prosiętami
Konkurs na pomnik świni
"uważam za otwarty"

No i w moim Ueckerműnde jest taki pomnik - na placu zwanym Świńskim Targiem.


W moim Wrocławiu, w ulicy Stare Jatki, jak głosi tablica, pomnik ku czci zwierząt rzeźnych wystawili "konsumenci".


Tak się zastanawiam: czy ukrzyżowanie Jezusa, a potem wieszanie sobie w mieszkaniach miniaturki nie jest podobne w klimacie?
Stawiamy te pomniki i co? I nic. Hekatomba trwa. Dezerter śpiewał w 1987 roku, i przez ponad 20 lat niewiele się zmieniło:

Niedługo znowu święta
Zabijemy świnię, bo Bóg się rodzi
A jak już się urodzi
To nas oswobodzi


________________________________________________________

czwartek, 18 listopada 2010

Być-W-Drodze

Są dwa rodzaje podejścia do przemieszczania się. Dla jednych jest ono straconym czasem, zużytym na to by dostać się z miejsca na miejsce. Najchętniej używaliby teleportacji. Dla innych Bycie-W-Drodze jest esencją istnienia, jego najwyższym stanem.

Życie w pośpiechu nie jest właściwie życiem. "Tam dom twój, gdzie serce twoje". Jeśli człowiek gna na spotkanie, żeby zdobyć klienta, żeby sprzedać mu coś, żeby zarobić, żeby kupić dom na Bahamach - on żyje czymś innym niż robi. Doświadcza swego rodzaju schizofrenii. Niby jest tu, na autostradzie w swoim aucie - ale naprawdę, myślą i sercem jest na tych Bahamach. Za ileś czasu, kiedy już osiągnie swój cel i usiądzie na werandzie tego domku który pół życia budował - może się okazać że marzenie było czymś zupełnie innym niż spełnienie. Że już nie potrafi siedzieć i cieszyć się tym domkiem. Że jest uzależniony od pośpiechu, od adrenaliny. Albo że jest już zbyt stary i zmęczony by cieszyć się czymkolwiek.

Robert Pirsig, pisząc o swoich motocyklowych podróżach bez pośpiechu i bez celu, odkrył dwuznaczność frazy "mieć dobry czas" (=zrobić coś szybko).

Chcemy mieć dobry czas, ale oceniamy go koncentrując się na “dobry” bardziej niż na “czas”, i kiedy tak przesunie się znaczenie, całe podejście się zmienia.
"Zen czyli sztuka oporządzania motocykla"
Człowiek który żyje w ten sposób - jest tu i teraz. Może nie "osiągnąć" zbyt wiele. "Osiągi" są znów dwuznaczne. Te drogowe/czasowe służą "osiągom" na gruncie finansowym tudzież budowaniu sobie poczucia bezpieczeństwa w oparciu o zabezpieczenia materialne. Ale człowiek, który nie wychodzi (zbyt często) poza tu i teraz, "osiąga" coś niedostępnego dla tych którzy całe życie poświęcają budowaniu zamków na piasku. Ten ktoś żyje już teraz tam gdzie jest - a nie kiedyś tam, za 30 lat, w domku na Bahamach. Albo chociażby nad Miedwiem.

Zamkami na piasku są bowiem wszystkie ludzkie dzieła. Mieszkania kupione za 30-letnie niewolnictwo wobec banku i pracodawcy. Konta emerytalne. Dzieci "by miał się mną kto zająć na starość". Przychodzi jeden podmuch wiatru - powódź, krach na giełdzie, atak serca, wypadek - i pokazują, że życie poświęcone dla przyszłości było tylko pasmem bezsensownego wysiłku którego owoców nigdy nie posmakujesz. Szczególnie gdy śpieszysz się na drodze. Śmierć lubi niedospanych, jeżdżących szybko.

O zmianie cywilizacji zachodu w cywilizację pośpiechu mówi kreskówka Pixara "Auta":

Kiedyś podróżowało się całkiem inaczej. 40 lat temu nie było tu tej autostrady. Drogi nie przebijały się na wprost przez góry i doliny, ale wiły się, wznosiły i opadały razem z nimi. Ludziom nie zależało by osiągnąć dobry czas, ale by przeżyć dobry czas.

Obejrzyjcie ją sobie dorośli. To jest film dla was. Tu wklejam fragment który o tym mówi. Pierwsze sześć i pół minuty tego klipu. Może się wam wydać zbyt długi. Ale nie spieszcie się. Dajcie sobie ten czas. Pozwólcie sobie chwilę pożyć.

Widziałam reklamę "Wybierz swoją przyszłość". Ja bym zaś powiedziała "Wybierz swoje życie". Przyszłość może nigdy nie nadejść.

No future.

środa, 10 listopada 2010

Zen, czyli sztuka oporządzania motocykla

- Śmierdzisz spalinami - zauważa Dziuny z właściwą mu delikatnością. - Co ty masz takie upaprane łapy?
- Smarowałam łańcuch - odpowiadam z dumą.
Taaa. Filozof i wyznawca xiążki "Zen czyli sztuka oporządzania motocykla", który wciąż zarzuca mi romantyczne podejście do motocykla (i do życia w ogóle) i pomijanie aspektu klasycznego, a sam nigdy w życiu nawet nie powąchał silnika z bliska.
Instrukcja obsługi motocykla pełni w narracji Pirsiga bardzo szczególną rolę. Korzystanie z niej odróżnia romantyków od ludzi o podejściu klasycznym. "Ja uważam za naturalne i oczywiste, że należy korzystać ze skrzyneczek z narzędziami i instrukcji obsługi, które są sprzedawane razem z maszyną, i samemu regulować silnik i dokonywać drobnych napraw. John jest innego zdania. Woli powierzyć te sprawy kompetentnemu mechanikowi.
John i Sylvia są dosyć zdolni i potrafiliby się nauczyć regulować motocykl w półtorej godziny, gdyby chciało im się do tego przyłożyć. Zaoszczędziliby w ten sposób wiele czasu, pieniędzy i nerwów. (...) Oni w ogóle nie akceptują techniki. (...) po to jeżdżą na motocyklu, żeby uciec od techniki na słońce i świeże powietrze prowincji."
"Budda czuje się w równym stopniu u siebie w układach scalonych komputera i w skrzyni biegów motocykla co na szczycie góry i w płatkach kwiatu. Kto myśli inaczej, ten umniejsza Buddę - i jednocześnie samego siebie."
I ja przeczytałam, bardzo dokładnie, instrukcję do Małej. Wszystko o ustawianiu klamek, wymianie oleju i sprawdzaniu stanu zębatek. Potrafię podregulować obroty silnika, wiem co zrobić, jeśli nie chce odpalić. Ale szczerze się przyznam, że z całej instrukcji najbardziej inspiruje mnie wstęp.
"Ten motocykl rzuca ci wyzwanie do panowania nad maszyną, wyzwanie do przygody. Jedziesz poprzez wiatr, z drogą łączy cię pojazd który reaguje na twoje polecenia jak żaden inny. W przeciwieństwie do samochodu, nie ma wokół ciebie metalowej klatki. Jak w samolocie, sprawdzenie stanu technicznego przed jazdą i regularna obsługa jest kluczowa dla twojego bezpieczeństwa. Twoją nagrodą jest wolność"

niedziela, 7 listopada 2010

Rozkosze wspólnej logosfery (i dróg bocznych)

- Geralt - powiedziała - ja byłam księżniczką, ale w Creyden. Miałam wszystko (...). Służbę na każde zawołanie, sukienki, buciki. Majtki z batystu.
Andrzej Sapkowski, "Mniejsze zło"
Tak zwane środowisko zawrzało i zaczęło dyskutować. Majtki! W fantasy! Bzdura i brak poszanowana dla konwencji! Grzech i anatema! Tolkiena nie czytał, czy co? Kanonu nie zna, czy jak? Czy Galadriela nosi majtki? Nie nosi, bo podówczas majtek nie noszono!
Andrzej Sapkowski, "Piróg czyli (...)"


Minione miesiące były dla Małej i mnie bardzo intensywne. Mój Mistrz Adam, który jeździ na motocyklach od ćwierć wieku, rzekł był mi: "Życia sobie bez tego nie wyobrażam". A ja mu na to "Ja też". W zasadzie to ja nie wiem, jak ja to robiłam przez te wszystkie lata, że żyłam bez motocykla. Zresztą, co to było za życie :-/ :-)
No więc śmigałyśmy, śmigałyśmy. W trzy miesiące prawie 6 tys. km. Zabierałam ze sobą mapę, ale raczej po to, żeby w razie czego znaleźć drogę do domu, niż drogę do celu. Bo celem nie są miejsca - celem jest Droga.
Mapa przydaje się też czasem do tego żeby wykminić jak uciec z zatłoczonej drogi krajowej, na jakąś mniejszą, choć oczywiście nie na tyle małą, żeby zniszczyć maszynę na dziurach. Ze wszystkich rodzajów dróg jakie mamy, krajowe są najgorsze. Zatłoczone, a puszki popełniają na nich usiłowania morderstw co chwila. Wbijają się na trzeciego, wyprzedzają bez widoczności, na podwójnych ciągłych. Na dwujezdniowych expresówkach jest już dużo przyjemniej, a najlepsze są drogi drugorzędne, te żółte na mapie. Puste, kręte, często o świetnej, unijnej nawierzchni, nie rozjeżdżone przez tiry, a ludzie przy nich żyją, a nie tylko pracują.

Pisał o tym Robert Pirsig ("Zen czyli sztuka oporządzania motocykla"; przekład mój; przekładam freeware więc mogę sobie zlać puryzm językowy; nie bez przyczyny w języku angielskim słowo "wolny" to to samo słowo co "darmowy"):

Plany są celowo niedookreślone, bardziej chodzi o podróż niż dojechanie gdziekolwiek. Po prostu urlopujemy się. Najlepsze są drogi drugorzędne. (...) Wijące się po wzgórzach szosy są długie w kategoriach czasu, ale dają dużo więcej przyjemności na motocyklu, gdy składasz się w zakręty zamiast obijać się o wnętrze auta. Drogi mało uczęszczane są przyjemniejsze, i bezpieczniejsze. Drogi wolne od drive-inów i bilbordów są lepsze, szosy gdzie zagajniki i łąki i sady i trawniki niemal ocierają ci się o ramię, gdzie dzieci do ciebie machają gdy przejeżdżasz, gdzie ludzie wyglądają z ganków by zobaczyć kto to, gdzie zatrzymawszy się by spytać o kierunek czy cokolwiek otrzymujesz odpowiedź raczej dłuższą niż krótszą od oczekiwanej, gdzie ludzie pytają skąd jesteś? jak długo już jedziesz?
Ileś już lat temu moja żona i ja i nasi przyjaciele załapaliśmy o co chodzi w tych drogach. Od czasu do czasu jechaliśmy nimi dla urozmaicenia albo skrótu i za każdym razem krajobraz był wspaniały, a trasa pozostawiała uczucie odprężenia i radości. Robiliśmy to raz za razem, zanim zdaliśmy sobie sprawę z tego co od początku powinno być oczywiste: te drogi naprawdę różnią się od głównych. Tempo życia i mentalność ludzi którzy przy nich żyją są inne. Nigdzie się nie spieszą. Nie mają pilnych zajęć, więc zostaje im czas na uprzejmość. Tutejszość i teraźniejszość rzeczywistości to coś co mają idealnie obcykane. Inni, ci którzy przenieśli się do miast i ich stracone potomstwo, mają wszystko, ale zapomnieli o tym. Odkrycie było powalające. Zastanawiałem się dlaczego wzięło nam tyle czasu żeby to zatrybić. Patrzyliśmy na to, ale tego nie widzieliśmy. Albo raczej byliśmy wyuczeni tego nie widzieć. Wkręceni, być może, w myślenie że prawdziwe życie jest w wielkich miastach, a poza to tylko nudne zadupia. To było naprawdę zaskakujące. Prawda puka ci do drzwi a ty mówisz: "Idź sobie, bom zajęty szukaniem prawdy". Ot, zagwozdka.
Kiedy to załapaliśmy, oczywiście, nic nas nie było w stanie wygnać z tych dróg, w weekendy, wieczory, wakacje. ... Nauczyliśmy się np. wyszukiwać te fajne na mapie. Jeśli kreska jest kręta, to dobrze. Będą tam wzgórza. Jeśli wygląda to na główną drogę z miasteczka do miasta - to źle. Najlepsze zawsze łączą nic z niczym i biegną wzdłuż innej, która doprowadzi cię tam szybciej. Jeśli wyruszasz na północny wschód z dużego miasta, nigdy nie wyjeżdżaj prosto na dłuższym odcinku. Pojedź na północ, potem na wschód, potem znów na północ i szybko znajdziesz się na drugorzędnej drodze używanej tylko przez tubylców.
Główną umiejętnością jest nie zgubić się. Jeśli drogi są używane tylko przez miejscowych, którzy znają je na pamięć, nikt nie narzeka że na skrzyżowaniu nie ma drogowskazów. I często nie ma. A gdy są, nie narzucają ci się, schowane w krzakach. Ci którzy je stawiają, stronią od redundancji. Jeśli przegapisz zarośnięty znak, to twój problem, nie ich. Co więcej, mapy drogowe nie zawsze są dokładne, jeśli chodzi o pomniejsze szosy. ... Więc kierujemy się w ciemno, zbierając wskazówki z otoczenia. Mam w kieszeni kompas, przydatny w pochmurne dni, gdy słońce nie pokazuje stron świata, i mam mapę w tankpaku, więc licząc ile mil ujechaliśmy od ostatniego skrzyżowania, wiem czego powinienem wypatrywać. Z tymi narzędziami i brakiem presji by "gdzieś się dostać" tak to działa. Cała Ameryka jest nasza.
W długie weekendy jedziemy tymi szosami całe mile nie widząc innego pojazdu, a potem przecinamy drogę krajową i patrzymy na samochody zakorkowane zderzak w zderzak, aż po horyzont. W autach zacięte, gniewne twarze. Dzieci płaczą na tylnym siedzeniu.
Cały czas mam nadzieję że istnieje jakiś sposób by im pewne rzeczy wytłumaczyć, ale wyglądają na wnerwionych i spieszących się, więc sposobu nie ma.

W tej fascynującej kreskówce pixara "Auta" pojawia się para która przypadkiem zjechała z autostrady i zgubiła się na bocznej szosie. Mąż mówi do żony: "Mam GPS, nie muszę już wiedzieć gdzie jestem". A że pan odmawia użycia mapy i spytania się o drogę (bo to takie niemęskie), wiele dni później, zarośnięci trawą, nadal błąkają się po pustyni...

Gdy pewnego dnia Dziuny przyłapał mnie na oglądaniu mapy drogowej, spytał:
- A może byś chciała GPS?
- GPS? Czy Pirsig używał GPS?
Popatrzyliśmy na siebie i powiedzieliśmy jednocześnie:
- Czy Galadriela nosiła majtki?

środa, 7 lipca 2010

Rozważny i romantyczna

Najpiękniejsza muzyka to praca silnika.

Niedawno mój mąż zapytał mnie złośliwie:
- Czy wiesz jak zbudowany jest motocykl?

Wiedziałam, do czego on pije. Ja też przeczytałam Zen czyli sztuka oporządzania motocykla i pamiętam enumerację daną przez Pirsiga:
Z punktu widzenia elementów składowych motocykl można podzielić na układ napędowy i ramę.
Układ napędowy dzieli się na silnik i układ przeniesienia napędu.
Silnik składa się z bloku z układami zasilania, napędowym, rozrządu i smarowania.
Blok składa się z cylindrów, tłoków, popychaczy, wału korbowego i koła zamachowego.
[i tak dalej...]

- Nie, ale mam to w podręczniku kursanta - odpowiedziałam. A gdy Dziuny, w sposób całkowicie dla mnie przewidywalny, posługując się koncepcją Pirsiga zarzucił mi, że moje podejście do jazdy jest romantyczne, a pomijam niezbędny aspekt klasyczny, rzekłam:
- Widzisz, i na tym polega różnica między nami: ty wiesz, bo przeczytałeś w xiążce, jak zbudowany jest motocykl; a ja jeżdżę na motocyklu! :-)

I tak to jest. Filozofom wystarczy mem, konceptualizacja, informacja, którą mogą przyswoić, przeanalizować i przetworzyć - ale jedynie w inną informację. Ale nawet mając najdokładniejszy opis części i funkcji motocykla nie znajdą w nim odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie tacy jak ja dosiadają tych maszyn, wszak nie po to by dojechać do pracy. Czego w ten sposób szukają, albo co chcą zgubić. Dla takich jak ja informacja może mieć co najwyżej znaczenie praktyczne lub oboczne. Czymże bowiem jest informacja wobec doznania, doświadczenia, emocji? Czym opis części silnika wobec wiatru we włosach? Mówię o opisie, nie o samym silniku. Bo bez silnika wiatru nie będzie.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Gwolić tufę fulem, dyrba

- Nie gwol - mówił jeden. - Byłem tam wczoraj. Ni ful.
- Bo jesteś tufa. Fulowo szukałeś. Jakbyś, dyrba, nie zgwalał przed tymi fulami, zachapałbyś od fula żarła.
- Ożesz, dyrba, idziem, czy nie? - zniecierpliwił się trzeci.
- Bo on tryfi.
- To ful mu w tufę, zostaw go, dyrba, i chodź.
- Z nim, dyrba, tak zawsze. No, to idziesz, fulu?
- Sam jesteś ful. I docent!
- Coooo?
- Docent, dyrba!
Taki dialog pomiędzy mieszkańcami podmiejskich slumsów podsłuchał kosmonauta, wracający po 200 latach z wyprawy międzygwiezdnej. (Janusz Zajdel, Cylinder Van Troffa). Piękny jest język polski, który posiadając wielość form, potrafi wyrazić niemal każdą treść przy użyciu zaledwie kilku, acz koniecznie nieprzyzwoitych, wyrazów.

Kosmonauta zostaje zaczepiony przez tubylca, przy czym okazuje się że język owej epoki można bardzo szybko opanować, oraz że jeśli chce się kogoś do czegoś przekonać, to trzeba to robić używając jego kodu:
- Masz smuka?
- Nie mam - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Gwolisz. Dawaj, dyrba, ty stary fulu!
- Odgwol się, dyrba, ful ci do mojego smuka, docencie, bo jak ci przygwolę takiego kopa w tufę, że fulem gwolniesz o ziemię - powiedziałem półgłosem na jednym oddechu.
Aż przystanął. (...)

niedziela, 21 lutego 2010

Uciec stąd (o "Avatar")

Jacek Dukaj po raz kolejny pokazał swą nadludzką zdolność do analizy i resyntezy spraw. Siło Wyższa, jeśli istniejesz, składam Ci dzięki za to że mam możliwość korzystać z owoców takiego intelektu!!! Artykuł w Tygodniku Powszechnym o filmie "Avatar" jako przykładzie nie tylko sztuki filmowej, ale przede wszystkim światotwórczej. Światotwórstwo - którego przykładami są Śródziemie Tolkiena, Diuna czy Gwiezdne Wojny - jak dotąd dokonywane było przez całe społeczności, często przez kilka pokoleń, zaczynało się od xiążki czy filmu, a potem kontynuowały je rzesze miłośników.

Światotwórstwo to sztuka dla sztuki – ale jaka piękna!
Czy piękno fantastycznych obrazów potrzebuje jakiegokolwiek usprawiedliwienia poza szczerym przeżyciem piękna u odbiorcy?

Fikcje - pisze Dukaj - wciągają odbiorcę na dwa sposoby. Jeśli wciągnięcie dokonuje się poprzez mistrzostwo fabuły, pochłaniamy jak najszybciej, by dowiedzieć się jak to się skończy. Dziuny kiedyś do trzeciej nad ranem czytał Harrego Pottera, a powinien był uczyć się do examinu który miał za dwa dni. Zaś jeśli wciąga nas nie historia opowiedziana, lecz świat wykreowany - percypujemy jak najwolniej, by być jak najdłużej w tym świecie. Gdy pierwszy raz czytałam Władcę Pierścieni, racjonowałam sobie tę xiążkę: rodział dziennie, by na jak najdłużej jej wystarczyło.

Na tym właśnie polega eskapizm, do którego przyznaję się z całą otwartością. To nie moja wina, że nasz świat jest taki.

Filmu nie da się oglądać wolniej - ale da się go obejrzeć ponownie. Kiedy Władca Pierścieni był w kinach, każdą część obejrzałam 10 razy na dużym ekranie (małego nie jestem w stanie zliczyć). Ten film też był holistycznie stworzony. Te miecze, kute przez kowala z niezwykłą starannością, choćby miały tylko mignąć gdzieś przez moment na obrzeżu kadru. Suknie ręcznie haftowane, jak ta którą miała na sobie Eowina w scenie imprezy po bitwie. Eowinę widać tylko w zbliżeniu. Ale te wszystkie tygodniami dziergane kwiatki tam są. Ich istnienie ma znaczenie, mimo że ich nie widać. Aktorzy uczyli się języka Elfów - nie tylko tych kwestii które mieli wypowiedzieć, ale języka po prostu. Śródziemie nie znikało za brzegami kadru, za czasowymi ramami ujęć. Można tam było wskoczyć z głową.

Avatar stworzony został analogicznie. Pisze Dukaj: "Już teraz szacuje się, że za dużą część wpływów z kinowej dystrybucji „Avatara” odpowiadają idący na ten film po raz drugi, trzeci, czwarty, znający już i (i tak przewidywalne) zakończenie." Nadtytuł artykułu (przeczytajcie, to co przytaczam to tylko ułamek) w wersji papierowej Tygodnika brzmi "Czwarty raz na Avatara".

Co w tym tygodniu uczynić zamierzam. Mam już rezerwację.

środa, 10 lutego 2010

Piekło to nie miejsce, ale stan (religijnej?) świadomości

...misterne gotyckie litery na żelaznej bramie. Przez moment był pewny że motto brzmi Arbeit Machts Frei. Ale teraz Matthew już wie, że litery układają się w przekaz tak samo mrożący krew w żyłach.
..."Porzućcie nadzieję..."

Hal Duncan, "Ucieczka z piekła", Fantastyka Wydanie Specjalne 4/2009

Za bramą na sortowni segreguje się ludzi według grzechu, za który tu trafili. Cudzołożnice, samobójcy, mordercy. "Znak ich grzechu" mają wyrysowany na ramieniu. Bohater opowiadania ma tam dwa kółka ze strzałkami w górę i w prawo. Zupełnie jak w Auschwitz, tam też wysyłano "takich". Musieli nosić różowe trójkąty.

Dopiero tam zamienia się ludzi w demonów, to znaczy: przeciąga się ich na stronę systemu. Mogą zostać jego funkcjonariuszami, znęcać się nad innymi, łamać ich, wierząc że w ten sposób im "pomagają". Taki właśnie "terapeuta" pyta Matthew, choć doskonale zna jego "akta": "Musimy usłyszeć to od ciebie. Czym w tobie gardzi Bóg? Czego w tobie nienawidzi?"

W zobrazowanym w texcie piekle ludziom nie zdarza się nic, czego nie doświadczyli lub nie mogliby doświadczyć na ziemi. Przemoc, okrucieństwo, gwałt, niesprawiedliwość, manipulacja. Różnica polega tylko na tym, że tak ma być całą wieczność, że nie skończy się nigdy, że nie ma ucieczki. Nie ma nadziei. "Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie". I "ludzie ludziom zgotowali ten los". Upadły anioł jest bowiem tylko jeden, reszta diabłów to zniszczeni ludzie.

Dla człowieka, który wierzy że Bóg jest dobry, taka wizja stanowi wyzwanie dla siły jego wiary. Czy rzeczywiście jest tak? Czy do piekła trafia się na zasadzie urzędowo-buchalteryjnej, według spisu zakazanych czynów, za niezawinioną tożsamość, bez brania pod uwagę jakim się było człowiekiem, czy skrzywdziło się kogokolwiek, jakie były intencje, stan świadomości? Czy za zasadami nie stoją wartości, czy Bóg powymyślał nakazy i zakazy według swego widzimisię, wyłącznie po to by stanowiły narzędzie jego władzy, by nadzorować i karać? To wynika ze słów demona, że przecież nienawiść Boga - do cudzołożnic, samobójców, gejów - jest powodem, dla którego trafili do tego piekła. Nie fakt że kogoś skrzywdzili, nie że byli źli.
Myślę, że jeśli ktoś uwierzy, że Bóg osądza w ten sposób - wtedy dopiero, nieświadomie, staje się satanistą. Bo to jest logika zła. Że można potępić kogoś, kto był tylko ofiarą, jak uwięziona i bita prostytutka. Kogoś kto nie skrzywdził w życiu nikogo, jak Matthew Shepard. To on jest bohaterem tego opowiadania, nazwisko nie jest wymienione, ale opisane okoliczności śmierci nie pozwalają mieć wątpliwości.

Czy Bóg może być zasadą działania szatana? Czy szatan może być wykonawcą woli Boga, exekutorem jego nienawiści? Czy Bóg, jeśli jest najeternalniejszą miłością, w ogóle może nienawidzić?

piątek, 4 grudnia 2009

"Kultura narodowa"

Epos narodowy Polaków zaczyna się od słów: "Litwo, Ojczyzno moja"
(o ile dobrze pamiętam, zauważył to Michał Ogórek)


Czasem jak słyszę że jesteśmy wielkim narodem i mamy znaczący wkład w kulturę światową, ogarnia mnie taka smutna wesołość. Bo jeden z moich uczniów Węgrów 7 lat temu to samo mi rzekł o swej nacji. A ilu pisarzy, filmowców, filozofów węgierskich umiałabym wymienić?

Ale któregoś dnia skubnęłam się, że przecież z Polski jest najlepszy zespół rockowy świata - Riverside. Największy malarz wszechczasów - Zdzisław Beksiński. Najgenialniejszy twórca animacji na świecie - Tomek Bagiński. Najobłędniejszy autor postmodernistycznej fantasy Andrzej Sapkowski. Największy pisarz SF, Stanisław Lem, został godnie zastąpiony przez Jacka Dukaja...
Moja wesołość zmieniła się wówczas na ironiczno-melancholijną.

Aczkolwiek, nie rozumiem kompletnie ludzi, którym podnosi mniemanie o sobie świadomość, że są z tej samej nacji co Małysz, JP2 czy Szymborska. To mówienie o drużynie piłki nożnej "nasi". Te kłótnie, Kopernik był Polakiem czy nie, albo kto obalił komunizm. Jaka to chwała dla mnie? Nie miałam najdrobniejszego udziału w ich dokonaniach.

I druga strona: te krucjaty, np. o Jedwabne. Wcale nie bronię się przed świadomością, że Polacy mogli zabić Żydów. Bo jaką za to ponoszę odpowiedzialność? Urodziłam się przecież 30 lat później.

Przeczytaj komentarze!

piątek, 24 lipca 2009

Wszystko jest poezja

Biznes/gospodarka to najbardziej humanistyczna/ludzka dziedzina ze wszystkich, bo to ludzie pracują i robią rzeczy potrzebne ludziom. To poeci robią rzeczy często nikomu niepotrzebne.

To taka reflexja abstynującej od lat humanistki nawróconej na biznes.

Alexandra pisze mi, że ona potrzebuje tego co robią poeci. Cenię to w niej.

Dziś mija trzydzieści lat od dnia, gdy Poeta mój ulubiony, Edward Stachura, pisząc "niech żyje życie" wyszedł śmierci naprzeciw.

Stos porąbanego drewna jest najpiękniejszym poematem, pisał. Stos drewna, czyli efekt pracy.

A jeden krytyk zarzucał mu, że nie zauważa "realiów gospodarki towarowo-pieniężnej".
Krytyk mylił się. Stachura miał odwagę wyjść ponad te realia. Ponosząc konsekwencje swoich wyborów, często trudne. Jak to się, nomen omen, mówi "płacąc za to wysoką cenę".

To właśnie Stachura pisał i dawał przykład życia, że nie można być przez pół dnia kimś, a przez drugie pół zupełnie kimś innym. Że pracując wbrew sobie, popada się w schizofrenię. Że praca musi wypływać z serca, z miłości, inaczej jest dehumanizującym niewolnictwem.

Ja w to wierzę. To jest właśnie moje powołanie w Firmie Ukochanej: właśnie tak organizować pracę, taki klimat w niej pielęgnować, żeby dało się ją kochać.

Dlatego wnerwiają mnie ludzie, którzy mówią: "Jak fajnie, piątek, teraz będzie weekend". Jeśli nie kochasz swej pracy, to dlaczego nie znajdziesz innej, którą będziesz kochał? A jeśli nie potrafisz kochać żadnej, to po co pracujesz w ogóle?

Skoro większość naszego społeczeństwa pracuje odwalając swą robotę jak pańszyznę, jak karę boską, to nic dziwnego że nasza gospodarka jest tak marna. Nie chodzi o to, że brakuje kapitału, zasobów naturalnych, infrastruktury czy kwalifikacji. Brakuje miłości. Naszej gospodarce brakuje miłości. Bez niej nic wartościowego ani dobrego się nie stworzy.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, i posiadł wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, a miłości bym nie miał - byłbym niczym.

niedziela, 15 marca 2009

And the meteorite is a source of a light

Stoimy z Człowiekiem Kochanym na 22 piętrze patrząc na miasto w dole. Z tego poziomu nie wygląda ono aż tak okropnie. Nie widać śmieci, dziur w chodnikach, tępych spojerzeń drechów. Jest przestrzeń, której nie dostrzega się, walcząc o życie na przejściu dla pieszych, między łokciami i zderzakami. Jest nawet jakaś ładność w układzie ulic i dachów, zazwyczaj zasłonięta industrialnym brudem tynków i nawierzchni.

- Co byś zrobił, gdyby teraz, prosto na nas, leciał odrzutowiec?

Pokazuje mi drzwi z napisem "droga ewakuacyjna" we wnęce za naszymi plecami .

- Zobacz. Zostałoby 30, może 60 sekund. W tym czasie można zbiec dwa, trzy piętra...

Taki właśnie jest. Praktyczny, zadaniowy, odpowiedzialny, inteligentny. Trudno byłoby sobie wyobrazić, że w w jednej osobie obdarzonej taką ilością zalet jest jeszcze miejsce na kolejne. A tu niespodzianka. Ma ten chłopiec także umiejętność słuchania i mówienia o uczuciach, empatię, fantazję i bardzo cenny rodzaj szaleństwa: taki, że czuję się z nim absolutnie bezpiecznie. Tam właśnie, ponad miastem, daje mi niezwykły i niespodziewany podarunek. Malutki kawałek gwiazdy, która spadła z nieba. Zastygły w metaliczny kamień. Znaleziony pośród pustyni Arabii. Trzymam go na dłoni, tu na Ziemi, dotykam okrucha materii który przybył na moją planetę przez setki tysięcy kilometrów kosmosu - próżni - nieba. Był w miejscach, w których nigdy nie będę.



Prezent, który trwa, robi z emocją to co fotografia ze światłem: uwiecznia ją. Utrwala chwilę, w której jeden człowiek pomyślał o drugim, i na wyrażenie tej myśli, tego uczucia wybrał taką właśnie formę: podarunek. Moment przemija, jego ślad zostaje. Na jak długo, to zależy od obdarowanego, od tego któremu powierzono kształt jaki przybrała myśl-emocja-chwila.



Z gwiezdnym okruchem w jednej ręce, z xiążką w drugiej - xiążką niespodzianką którą obdarował mnie inny Człowiek Kochany. Opowieść o chłopcu który powodowany miłością wyruszył na poszukiwanie gwiazdy która spadła z nieba. Kiedy ją znalazł, dopiero co przestała płakać, więc "oczy miała czerwone i zapuchnięte, włosy tak jasne, że niemal białe, a suknię z błękitnego jedwabiu, połyskującego w blasku świecy. Cała lśniła."

To było w nieco innej rzeczywistości niż ta którą znamy, dlatego chłopiec mógł rozmawiać z gwiazdą. Mógł opatrzyć jej złamaną nogę, mógł z nią podróżować i zaprzyjaźnić się. Ale nie mógł jej zabrać do domu w którym się wychował: "Gdyby gwiazda przeszła na drugą stronę muru, do świata w którym rzeczy są takie, jakimi się wydają, natychmiast stałaby się ciężką bryłą metalicznej skały, która niegdyś spadła z nieba, zimną, martwą i całkowicie bezużyteczną". (Neil Gaiman, Gwiezdny Pył)

Tristran, bohater tej historii, otrzymuje pomoc od buku, który kiedyś był nimfą, ale stała się ona drzewem, by uciec przed natarczywością pewnego xięcia. Tak. Tori kiedyś nie zdołała ani uciec, ani zamienić się w drzewo, i doświadczyła przemocy kogoś, kto na pewno nie był xięciem. Tori, o której Człowiek-Głos powiedział: "gdy usiadła przy fortepianie, wyglądało to tak jakby na klawiaturę spadło wielkie naręcze jesiennych liści". I śpiewała: "But will you find me if Neil makes me a tree". Poprosiła go o to, gdy w jej domu pisał pierwszy rozdział tej xiążki.

Słuchaliśmy tego śpiewu, tego głosu, wtedy, równo dziesięć lat temu - ja i Człowiek Najbliższy, w nasz miodowy miesiąc. Właśnie wtedy ta gwiazda, której zimną łzę teraz mam, spadła na pustynię. A my tam w bukowym lesie, w niedogrzanym pokoiku na poddaszu, grzejąc się nawzajem miłością, osnuci srebrnym pyłem głosu Tori Amos. Tacy uroczyście wzruszeni tym, że odnaleźliśmy się w dżungli ludzkości i że nie lękaliśmy się, że to co jest między nami się rozsypie kiedykolwiek. Billy Corgan tak bardzo się tego bał. Mniej niż śmierci. "And if we died right now, the fool you love somehow is here with you. And should I fall from grace here with you? Would you leave me too?" - śpiewał, widząc najwyraźniej, że gwiazdy mają twarze, ale że i spadają.

Mellon Collie

Słuchaliśmy tego śpiewu przez całe nasze narzeczeństwo, ale nim mogliśmy w końcu wziąć ślub, Billy już się rozstał z tą, dla której śpiewał "I'll be under your stars forever"...

Nasze narzeczeństwo zaczęło się pod zaćmionym Xiężycem, matką gwiazd. Dlatego mój Człowiek Najbliższy nazywa się Ciemny Xiężyc.

Dżoana, którą on kocha najbardziej, śpiewa:


And the meteorite is a source of a light,
and the meteor's just what we see.
And the meteoroid is a stone that's devoid
of the fire that propelled it to thee.
And the meteorite's just what causes the light,
and the meteor's how it's perceived;
And the meteoroid's a bone thrown from the void,
that lies quiet in offering to thee.

Niebo, na którym świeciły gwiazdy Billy'ego, miało bardzo szczególny kolor. Jako prezent ślubny podarowałam Dziunemu filiżankę w takim właśnie kolorze.

Ale parę dni temu Alanek ją stłukł.