Zapraszam również na mój blog motocyklowy

Zapraszam również na mój blog motocyklowy: http://motocyklistka.xemantic.com/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość czyli życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość czyli życie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2014

Chory na wszystko, chorobę mam na powiekach.



I jeszcze te cholerne święta. Cztery dni ustawowo wolne od pracy w rozstrzale na trzy tygodnie i przez miesiąc nic w tym kraju nie funkcjonuje jak należy. A wiadomo że jak się coś schrzani to właśnie w któryś z nich, a człowiek zostanie z tym zupełnie sam. Tydzień brania Heviranu a wirusowe zapalenie spojówek nie odpuściło. Zjadam ostatnią tabletkę i narzucam płaszcz. Na ulicach pusto i ciemno. W oknach migotanie choinek i ekranów telewizyjnych. Pół narodu ma w tej chwili w dłoni pilota, a w drugiej browar. Drugie pół - obie dłonie na klawiaturze, a twarz w Ryjxiążce. Kto ma w dłoniach dłonie Drugiego Człowieka? Twarz w jego twarzy?

Apteka zamknięta. Spis dyżurów w oknie wysokiego parteru czcionką tak drobną, że nie przeczytałabym nawet, gdyby światło latarń ulicznych tu docierało. A nie dociera. Idę do następnej, ta też nieczynna. W całodobowej panienka ulukrowana na róż-perła niczym bożonarodzeniowy pierniczek robi wyraz twarzy hrabianki, której niski rangą żołnierz wojsk carskich zaproponował właśnie udanie się do alkowy. "Nie sprzedam bez recepty". Z powrotem mrok ulic i zimny blask municypalnych choinek.

Jestem chory na wszystko, kochana,
i nie wiem, co mnie tu czeka.
Gdzie jest następna otwarta apteka.
I co powie.
- Ten lek jest na receptę, rozliczają nas...
- Ale gdzie ja się dostanę do lekarza w święto? Co pani proponuje?
- Trzeba na dyżur... (cztery godziny czekania, aż moje oko obejrzy na przykład proktolog, i to ja mu powiem co ma mi wypisać, i zabiorę czas ludziom ze zwichniętymi nogami i czterdziestostopniową gorączką)
- Z zapaleniem spojówki? Przecież mnie zabiją śmiechem.

Christmas time, mistletoe and vine. Czas miłosierdzia, gdy zwierzęta, ale nie lekarze lub farmaceuci, mówią ludzkim głosem. Jestem chory na wszystko, chory na wszystko. Chorobę mam na powiekach.

.
.

środa, 15 maja 2013

Pa-Cia De-Bóg

Niezastąpiony Alan wrzucił na mojego fejsiora taki oto obrazek:

Pa-cia De-Bóg


"Pa-cia to bóg chiński niszczący szarańczę i inne szkodliwe owady. Odstrasza insekty, jego ciało zaś złożone jest z rozmaitych elementów: ptaka, człowieka, dzwonu..."

Alan: Jak ulał pasuje do blogowej misji memowej ((-;

ja: No tak, ja robię taki  debug  ludzkiego myślenia...
Urodę, nerwowość i wewnętrzną niespójność też mam porównywalną ;-)

Alan: Tak, mizerabilność człecza, ulotność ptasia i dzwon na trwogę! ((-;
ja: albo - errare humanum, ptasi móżdżek i pustota dzwonu...
Alan: ale za to, jakie serce tego dzwonu! ((-;
ja: może i duże ale z jakiegoś ciężkiego metalu. Metale ciężkie (zob. obrazek) są szkodliwe dla zdrowia organizmów białkowych ;-P 



Metale ciężkie
PS. Tym się blogowanie różni od fejsowania. Na Ryjxionszce wszystko po tygodniu przepada, na blogu jest wiecznotrwałe. I ogólnodostępne -

środa, 8 maja 2013

Wake up, Neo.


To, że aplikacja "budzik" znajduje się w katalogu "ulubione" w komurze to jest jakiś upiorny, ironiczny chichot Matrixa.



PS. Na marginesie:


czwartek, 13 grudnia 2012

Wieczny tułacz


Alan w tramwaju eNce w czasie premiery Łosia i Kota


Przyjaciel nasz Alan Weiss (widoczny na zdjęciu powyżej) parę dni temu o bladym świcie znalazł się na dworcu PKP Wrocław Główny. Czekając na pojawienie się pociągu, którym miał udać się na naszą premierę Łosia i Kota, złapał wzrok starszego pana siedzącego na peronowej ławce.
Mężczyzna ów spozierał na Alana życzliwie sponad rozpostartej płachty "Naszego Dziennika".
Alan odpowiedział zatem równie życzliwym spojrzeniem.
- Przepraszam - odezwał się ośmielony wyznawca rydzykizmu. - Czy jest pan... tym, no... hipsterem?
- Nie. Jestem Żydem.
- Acha. Dziękuję - uśmiechnął się, nadal życzliwie, Polak-katolik i powrócił do lektury pisma polskiego (nie mylić z polskojęzycznym).

Dla pełnego kontextu, powinnam chyba zaznaczyć, że Alan nie jest Żydem, tzn. nie wiadomo czy jest, tzn. nie ma to znaczenia, czy jest.

Później dodane: Komentarz ♥Ryby:

To jest pomysł na setting powieści! Po małej modyfikacji:
Po wymianie życzliwych spojrzeń Alan zagaja:
- Widzę, że czyta pan "Nasz Dziennik"?
- Nie wasz, tylko nasz!
- No przecież mówię, że nasz!
- Nie drażnij mnie Żydzie!
- Nie jestem Żydem, jestem hipsterem!
I tak od słowa do słowa, po wymianie zdań dochodzi do wymiany ciosów, w trakcie której czapka Alana zmienia właściciela. Na szczęście nieopodal przechodzą prawdziwi Polacy i z okrzykiem "Naszych biją!" wybawiają Alana z opresji. Niestety - czapka przepadła. :)

Alan: ostał się jeno szn(/cz)ur.
.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Wieszcz ze Śledziogródka miał rację...

Jest taki wiersz Wisławy Szymborskiej "Pogrzeb". (przeczytajcie go, nim przeczytacie resztę posta - nie wklejam, bo copyright czy coś). Urywki dialogów z trzeciego i dalszych rzędów ludzi stojących wokół wykopanego w ziemi dołu. Tylko część dotyczy zmarłego, i to raczej na zasadzie "kto by się spodziewał", "nerwy i papierosy, ostrzegałem go". A poza tym, żałobnicy rozmawiają o zupełnie oderwanych, codziennych duperelach: naprawie auta, przepisach kulinarnych, wzajemnych konfliktach, urodzie xiędza... Pośrednio, ale tym wyraźniej, widać dzięki temu ile obchodził ich zmarły i jak głęboko gdzieś mają powagę śmierci, ból rodziny i całą tę ceremonię. Mniej jest dla nich poruszająca niż problemy z zakupem wybranych textyliów w odpowidnim kolorze i rozmiarze. Pewnie tu są, "bo tak wypada", bo są dalekimi krewnymi albo pracowali w tej samej instytucji, i urywają się z tej dyskomfortowej sytuacji najszybciej jak się da.

Ostatnio nazbyt często bywam na cmentarzu. Parę tygodni temu odeszła mama koleżanki z klasy. Poszliśmy tam, aby swoją obecnością wesprzeć naszą kumpelę w tej trudnej dla niej chwili, dać świadectwo empatii z nią. Jako nawet-nie-rodzina stanęliśmy w krużgankach kaplicy. Po odklepaniu modlitw xiądz wyszedł w stronę auta pogrzebowego, a że jego świta coś zamarudziła i nie nadciągała jeszcze, spojrzał na jednego z nas i mówi:
- Skąd ja ciebie znam?
- Byłem xiędza parafianinem, ale się przeprowadziłem.
- I gdzie teraz mieszkasz?
- Na Bolesława Śmiałego.
- I jak się mieszka w centrum? Lepiej?
- Dużo lepiej.
- Ile metrów mieszkanie masz?
- 120.
- O rany! Jak to ogrzać! To musi kosztować majątek!

Xiądz powrócił do obowiązków służbowych, a mi zabrzmiały w głowie prorocze słowa Łony, który o swoich rówieśnikach mówi, że nie potrafią rozmawiać o sensie, strachu, problemie, wartościach innych niż materialne:

Zapytaj jak się mieszka
spytaj o koszty ciepła
czy oświetla nasze okna słońce rano,
spytaj o metraż

środa, 7 lipca 2010

Rozważny i romantyczna

Najpiękniejsza muzyka to praca silnika.

Niedawno mój mąż zapytał mnie złośliwie:
- Czy wiesz jak zbudowany jest motocykl?

Wiedziałam, do czego on pije. Ja też przeczytałam Zen czyli sztuka oporządzania motocykla i pamiętam enumerację daną przez Pirsiga:
Z punktu widzenia elementów składowych motocykl można podzielić na układ napędowy i ramę.
Układ napędowy dzieli się na silnik i układ przeniesienia napędu.
Silnik składa się z bloku z układami zasilania, napędowym, rozrządu i smarowania.
Blok składa się z cylindrów, tłoków, popychaczy, wału korbowego i koła zamachowego.
[i tak dalej...]

- Nie, ale mam to w podręczniku kursanta - odpowiedziałam. A gdy Dziuny, w sposób całkowicie dla mnie przewidywalny, posługując się koncepcją Pirsiga zarzucił mi, że moje podejście do jazdy jest romantyczne, a pomijam niezbędny aspekt klasyczny, rzekłam:
- Widzisz, i na tym polega różnica między nami: ty wiesz, bo przeczytałeś w xiążce, jak zbudowany jest motocykl; a ja jeżdżę na motocyklu! :-)

I tak to jest. Filozofom wystarczy mem, konceptualizacja, informacja, którą mogą przyswoić, przeanalizować i przetworzyć - ale jedynie w inną informację. Ale nawet mając najdokładniejszy opis części i funkcji motocykla nie znajdą w nim odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie tacy jak ja dosiadają tych maszyn, wszak nie po to by dojechać do pracy. Czego w ten sposób szukają, albo co chcą zgubić. Dla takich jak ja informacja może mieć co najwyżej znaczenie praktyczne lub oboczne. Czymże bowiem jest informacja wobec doznania, doświadczenia, emocji? Czym opis części silnika wobec wiatru we włosach? Mówię o opisie, nie o samym silniku. Bo bez silnika wiatru nie będzie.

sobota, 15 maja 2010

Skąd biorą się uzależnienia

"Ludzie są bardzo, bardzo dziwni" powtarzałam w myślach słowa Małego Xięcia, i rzeczywiście czułam się jak na jakiejś obcej planecie.
Ze wszystkich kierunków dobiegały mnie wrzaski przerażonych ludzi. Nietypowe, iż ludzie ci doznawali strachu nie tylko na własne życzenie, ale i za własne dobrowolnie wydane pieniądze. Czy też zazwyczaj - za pieniądze własnych rodziców.
Jakiemuż terrorowi musieli zostać poddani owi rodzice, zapewne ciężko i uczciwie pracujący, że zgodzili się pokonać drogę, zużyć czas i owoce swej pracy, by zapewnić sobie chwilę spokoju w momentach, gdy ich latorośle doznawały owego jakże pożądanego strachu, wywołanego niestandardowym drażnieniem błędnika. Ludzkie szczenięta łakną intensywnych, prostych, wyraźnych, niewyrafinowanych bodźców; tylko takie są w stanie zaspokoić ich prymitywne układy nerwowe.
Szczenięta owe, najczęściej niecierpliwiące się w ćwierć minuty, potrafiły stać wytrwale pół godziny i dłużej w kolejkach do atrakcji, których czas trwania nie przekraczał zazwyczaj 60 sekund.
I ja znalazłam się na jednej z nich, myśląc sobie: "uwielbiam samoloty, a najbardziej starty i lądowania. To przecież coś podobnego". Nic błędniejszego. W żadnym samolocie nie zdarzyło mi się latać w korkociągu nogami do góry. Najbardziej popieprzony ze znanych mi wytworów technologii nazywa się "Limit" i jest najwyraźniej dziełem samego Szatana.
Z drugiej strony: nerdy na wesołym miasteczku:
- A tam, przecież to jest wszystko wyliczone.
Z trzeciej: motocykliści:
- Ja jednak za wolno jeżdżę moją Hondą.
Po paru godzinach szwendania się po tym dziwnym miejscu i omijania atrakcji oznaczonych na mapie jako "Xtreme" potrzebowałam znaleźć Lilę. Gdy odebrała, jej głos brzmiał jakby stało się coś strasznego.
- Wszystko w porządku?
- Nic nie jest w porządku - odpowiedziała słabiutko, a mi w głowie z prędkością światła przemknęły wszelkie możliwe warianty ostatecznego krachu. Np. że właśnie dostała telefon że wyrzucono naszą 40-osobową zakładową wycieczkę z hotelu. Że knajpa w której mamy kolację została umówiona nie na ten dzień co trzeba i nie może nas przyjąć. Że zdjęto autostradę i ekipa będzie wracać do domu dwa dni a nie parę godzin.
- A co się stało? - zapytałam niepewna czy chcę usłyszeć odpowiedź.
- Właśnie przeciągnęli mnie przez jakieś kolejne diabelstwo - rzekła Lila. Później dowiedziałam się że właśnie zsiadła z piekielnego Limita.
Jako że koledzy byli zdecydowani zmusić Lilę do wsiąścia na następne coś, pospieszyłam jej z odsieczą. Gdy tam dotarłam, stali już w długiej kolejce wewnątrz płotków, pod żółto malowanym helikopterem "Race Control" i obiecywali, że jeśli Lila przejedzie jeszcze to, dadzą jej już spokój i do końca dnia będzie mogła chodzić po ziemi z prędkością nie przekraczającą 6 km/h.
Nie tylko nie uratowałam Lili, ale jeszcze sama padłam ofiarą firmowych extremistów. Bo w sumie, czego ja bym dla nich nie zrobiła? Niczym owieczki na rzeź prowadzone wsiadłyśmy do czegoś, co na samym starcie przyspiesza do 100km/h w 2,4 sekundy, aczkolwiek na szczęście już po niecałej minucie mogłyśmy z tego zsiąść.
W tym momencie zadzwonił Dziuny. Miałam we krwi tyle odrazyny, że nie pamiętałam tego dialogu, dopiero parę godzin później przypomniał mi go któryś z obecnych przy tym ludzi, zszokowany że potrafię wymówić takie wyrazy.
- Halo?
- Gdzie jesteś?
- Przy jakimś kurestwie.
- A jak to działa?
- Jak kolejka szwajcarska, tylko zapierdala pięć razy szybciej.
W ciągu następnych kilkudziesięciu minut jednakowoż zaobserwowałam dziwne zjawisko. Ogarniała mnie coraz silniejsza i wyraźniejsza pokusa, żeby tam wrócić. Po jakimś czasie "i chciałabym" stało się silniejsze od "i boję się" i naraz byłam znów wpięta w pasy tego urządzenia, zwanego Desert Race, tym razem kumple przyprowadzeni tam przeze mnie, a nie odwrotnie.

Nie opowiem wam, jak to było i dlaczego tak było. Bo to się nie da. Rzeknę tylko, że po zsiąściu gnaliśmy sprintem pomiędzy płotkami z powrotem do wejścia, żeby jak najszybciej polecieć znów. W którymś momencie człowiek z obsługi nas wyczaił i jak nie było kolejki, przepuszczał nas przez furtkę między strefą arrival a departure, żebyśmy nie musieli biegać wokoło. No i jeździłam na Desert Race w kółko, aż do zamknięcia całej tej imprezowni.

Kiedy pracowałam w szkole specjalnej, przychodziłam do gabinetu pani pedagog i często bawiłam się klockami, przeznaczonymi do terapii upośledzonych dzieci. Jola mówiła mi wtedy: "Dopieść swoje wewnętrzne dziecko."

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Znów żyję

Słońce patrzy na mnie, niczym złota źrenica w wielkiej tęczówce błękitnego nieba. Magnolie rozbłysły liliowymi płomykami pąków, jakby zstąpiło na nie na raz kilkuset Duchów Świętych. Płomyki w dwa dni rozwinęły się w różową pianę, i gdyby nawet wylazła z niej goła Wenus, nie byłoby już piękniej.
W parkach forsycje śmieją się tysiącami złotych kwiatków, uginają się oblepione nimi ponad wytrzymałość. Słońce podświetla od góry świeżozielone noworodki liści.

O zmierzchu błękit ciemnieje, by tym świetliściej widać było na nim cieniutki nowik wokół grafitowej Ciemnej Strony.

W mieście pełno motocykli. Szerszenią kanionami ulic, rozczapierzając czułki kierownic i lusterek.

piątek, 9 kwietnia 2010

Rozmowy małżeńskie

Któregoś dnia Dziuny coś marudził, to wkurzyłam się i mówię, że wszyscy mężczyźni to takie same hóie, a on mi na to: „na podstawie partykularnych przejawów wyciągasz wnioski co do natury rzeczywistości. Jesteś skażona platońskim esencjalizmem.”

Robaczki wiosenne

Deptak jest najmilszy wiosną.
To właśnie tam można ją pierwszy raz spotkać w mieście: betonowej pustyni, gdzie nie rosną bazie ani przebiśniegi. Wiosna jest blisko, gdy o zmierzchu zdegenerowane post-potomstwo kontr-kultury punkowej wylęga się na deptak. Siedzą takie naprzeciw-prądowe larwki na ławkach i piją nektar kwiatowy z gwinta. Nikomu nie robią krzywdy, a bałagan który zostawiają jest niczym w porównaniu z tym, co latem produkują mainstreamowcy, pod piwnymi parasolami oglądający mecze na rzutnikach cyfrowych.
Właśnie: wiosną piwiarnie nie wychodzą jeszcze na deptak i ciepłe brzoskwiniowe światło z czterokątnych latarni może sobie do woli głaskać brukowe kostki po ich gładkiej powtarzalności.
Ciepła szarość zmierzchu, ciche rozmowy, dredy do pasa, czarna Honda zaparkowana obok miejsca które kiedyś było Fanaberią.
Szkoda że tylko jedna taka ulica w tym mieście. Gdyby ich było z dziesięć, to by się tu dało żyć.

środa, 3 lutego 2010

O pożytkach z xyw

Kiedy kierowniczka wyrzucała mnie z mojej pierwszej pracy, jako jeden z powodów podała karygodne zachowanie posługiwania się xywą w prywatnych rozmowach telefonicznych. Głównym powodem podanym przez panią kierownik była moja nieznośnie niezależna osobowość.
Dzień kiedy oznajmiła mi że nie przedłuży mi umowy był jednym z najradośniejszych w mym żywocie. Miałam powyżej uszu tej toxycznej instytucji, a sama nie mogłam z niej odejść bo postawiłabym osobę mnie rekomendującą w głupiej sytuacji.

W Firmie jest nas ponad 50 i sporo imion się powtarza, ale że prawie wszyscy mają xywy, to nie ma dwóch ludzi do których zwracalibyśmy się w ten sam sposób. To zazwyczaj dużo upraszcza; utrudnia tylko gdy przyjdzie listonosz i chce podpisu adresata, wymienionego z oficjalnego nazwiska, a my się zastanawiamy który to jest. A mamy piękne xywy. LocK i Loku, Amorfis i Estelar, De Vil i Kaktus. Albo Nash. Pewnego dnia Boss mówi do portiera:
- Mało jest miejsca, zaparkowałem trochę za blisko tego żółtego Reno, gdyby miał problem z odparkowaniem, pan wie, gdzie mnie szukać.
- Ale ten żółty, to jest któryś z waszych pracowników.
- Aaa! - przypomniał sobie Gstlt. - To Nash!
- No to przecież mówię, - portier na to - że wasz!

Są tacy co rzeką, że używanie xyw jest niechrześcijańskie, ja zaś myślę, że one oddają bardziej charakter osoby, niż chrzcielne imię, nadawane wszak w pierwszych dniach życia, gdy amorficzne szczenię ludzkie nie zdążyło jeszcze wykazać się żadnymi indywidualnymi cechami. No i wielu wielkich ludzi znamy tak naprawdę pod ich xywami. Święty Franciszek otrzymał na chrzcie imię Jan. Francesco, czyli Francuziasty, było xywką.

Postanowiłam pisać jakieś bardziej pozytywne rzeczy, które nie będą wywoływały złych emocji i inkwizycyjnych dyskusji, ale nie wiem czy to dobry pomysł.

wtorek, 12 stycznia 2010

Rycerze Niezłomni

Na całej połaci śnieg. A komuś padł zasilacz do lapa i trzeba szybko ze sklepu zorganizować nowy. A tam na dworze zwały śniegu zawieja, mróz, człowiek psa by nie wygonił. Więc wygania kuriera rowerowego.
I pozostaje ze strachem. Że się taki rowerzysta gdzieś na lodzie smyrgnie pod jadące za nim auto. Że go któryś puszkarz zahaczy i zepchnie pod autobus lub ciężarówkę.
Na kurierze polegać można jak na Zawiszy. Krzyś z Dredami, niegdyś student filozofii, zmarznięty i mokry przywozi nam zasilacz. "Musiałem jechać cały czas z jedną nogą przy ziemi, jak Fred Flintston".

Kurierzy są niezłomni. Rycerze Zakonu Spraw Nie Cierpiących Zwłoki.

niedziela, 27 grudnia 2009

Amplifikator (nie)obecności

Przez te całe święta i bardziej nas boli obecność tych, z którymi chcielibyśmy nie mieć nic wspólnego, i brak tych, z którymi już nigdy nie przytulimy się na tym świecie.



To już drugie święta bez Joli.

________________________________________________

czwartek, 24 grudnia 2009

Czas święty


Pomiędzy szałem komercji a resentymentem narzekania na nią przywołujemy przebrzmiałe formy, bezskutecznie usiłując odtworzyć zmitologizowane naszą pamięcią treści. Zgorzkniali doświadczeniem życia, zranieni i rozczarowani przez ludzi, daremnie próbujemy odtworzyć zapach naszego dzieciństwa.



Żywimy nadzieję, że chociaż tego dnia ludzie będą mówili ludzkim głosem, więc otwieramy się na nich naszą miękką nieopancerzoną stroną by znowu doświadczyć, że nikt tak nie potrafi skrzywdzić i zawieść jak ołtarzykowana w naszej kulturze rodzina.

Możemy mieć ferie w szkole, urlop w pracy, ale nikt nie da nam wakacji od alergii, bolącego kręgosłupa, źle funkcjonujących nerek, jelit czy żył, grypy, przewijania zasranych pieluch, zrywania się w nocy, wynoszenia śmieci, wymieniania kuwety kotu i psich kup na zalodzonych chodnikach.

W tym czasie, kiedy rzeczywistość zaklinana na różne sposoby mimo wszystko nie chce się od nas odczepić, czuję ciepło i czułość na myśl o Was Ludzie Kochani. Że jest wasza miłość i mądrość.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Drugi człowiek zawsze pierwszy


Są tacy ludzie, bardzo dla mnie ważni, których znam od kilkunastu lat, z którymi wielokrotnie wiedliśmy długie i dogłębne rozmowy na tematy najistotniejsze.
Ale nic prawie nie wiem o ich prywatnym życiu. Szczegółów ich biografii, np. że byli inwigilowani i aresztowani przez bezpiekę, dowiaduję się z artykułów o nich w Tygodniku Powszechnym. (o ojcu Pawle, o Józefie)
Bo są tak nieegoistyczni, nieegocentryczni, że siebie samych zawsze trzymają na dalszym planie. Zawsze bliźni są dla nich najważniejsi, więc nie mają już ani uwagi ani czasu, by je sobie samym poświęcać. Zawsze koncentrują się na drugim człowieku.
Ich mądrość i dobroć jest dla mnie takim darem, że nigdy nie będę w stanie się zrewanżować. Robię więc o nich artykuły na Wikipedii. (o Józefie, o o. Pawle). Ale że nie ma w nich ani odrobiny próżności, to pewnie się z nich wcale nie cieszą.

Jeśli instytucja Kościoła Katolickiego ma jakąkolwiek przyszłość, to właśnie w ludziach takich jak oni.

czwartek, 19 listopada 2009

you can never ever move without leaving a piece of youth.

Oglądanie zdjęć z dawnych imprez i wypraw ogrzewa serce. Piękni ludzie, piękne miejsca, piękne działania.
Tylko czasem igiełka lodu, jak się widzi pary, które już nie są ze sobą.
I inna, gdy widzisz ludzi którym zaufałeś, niepotrzebnie.

piątek, 6 listopada 2009

R.I.P. Fanaberia

Lepiej niż w domu. W domu zawsze jest coś do zrobienia, ciągle ktoś się drze że czegoś ode mnie chce. Tutaj - nic nie muszę. Wszystko mogę. Wszystko jest przyjazne. Wszyscy są przyjaźni. Filiżanka gorącej czekolady na uspokojenie nerwów.
Tak było w Fanaberii kochanej na Deptaku kochanym.

Fanaberia się skończyła. Inna ekipa, inny wystrój, inne założenia.

Można prowadzić biznes nie znając się na nim, ale trzeba mieć wówczas mądrość i szczęście zatrudnić ludzi którzy się znają i będą uczciwie pracować. Ale wtedy trzeba ich odpowiednio docenić. Wcale nie mówię tu o pieniądzach. Dobre słowo i dobra atmosfera z jednej strony nic nie kosztują, z drugiej są bezcenne.
Ale jak się nie potrafi, to się nie może udać.

sobota, 25 lipca 2009

To know we can die is to be dead already

W biegu pomiędzy drogerią a spożywczakiem, obładowana pieluchami i pomidorami, by zatrzymać się na chwilę, odetchnąć i popatrzeć na piękno, siadam sobie w ogródku Fanaberii, w doborowym towarzystwie: gorąca czekolada, gałka lodów, bita śmietana. Przyglądam się przechodniom, chcąc ucieszyć oczy widokiem pięknych ludzi, półelfów, może by się i trafił elf czystej krwi.
Ale wokół tylko brzydota. Żadnych urodziwych chłopców czy dziewcząt. Chłopi i robotnicy, kloszardzi, pijacy i żebracy, matki z terrorystami w wózkach czy chustach, czy w dresach. Nawet jednej wikińskiej hałastry na weekendowej wycieczce. Ludzie albo starzy, albo cyniczni. Orki i uruki.
Remont parterów hiszpańskich kamienic ciągnie się już od miesięcy. Pod młotami padły kawałki muru ze sprayunkami, które robiłam letnim świtem, w pięknym 2006 roku:


Trzeci, cytat z filmu Hala Hartleya, zginął pod farbą koloru guano:


Już nigdy nie będzie takiego lata.

_______________________________________________

piątek, 24 lipca 2009

Wszystko jest poezja

Biznes/gospodarka to najbardziej humanistyczna/ludzka dziedzina ze wszystkich, bo to ludzie pracują i robią rzeczy potrzebne ludziom. To poeci robią rzeczy często nikomu niepotrzebne.

To taka reflexja abstynującej od lat humanistki nawróconej na biznes.

Alexandra pisze mi, że ona potrzebuje tego co robią poeci. Cenię to w niej.

Dziś mija trzydzieści lat od dnia, gdy Poeta mój ulubiony, Edward Stachura, pisząc "niech żyje życie" wyszedł śmierci naprzeciw.

Stos porąbanego drewna jest najpiękniejszym poematem, pisał. Stos drewna, czyli efekt pracy.

A jeden krytyk zarzucał mu, że nie zauważa "realiów gospodarki towarowo-pieniężnej".
Krytyk mylił się. Stachura miał odwagę wyjść ponad te realia. Ponosząc konsekwencje swoich wyborów, często trudne. Jak to się, nomen omen, mówi "płacąc za to wysoką cenę".

To właśnie Stachura pisał i dawał przykład życia, że nie można być przez pół dnia kimś, a przez drugie pół zupełnie kimś innym. Że pracując wbrew sobie, popada się w schizofrenię. Że praca musi wypływać z serca, z miłości, inaczej jest dehumanizującym niewolnictwem.

Ja w to wierzę. To jest właśnie moje powołanie w Firmie Ukochanej: właśnie tak organizować pracę, taki klimat w niej pielęgnować, żeby dało się ją kochać.

Dlatego wnerwiają mnie ludzie, którzy mówią: "Jak fajnie, piątek, teraz będzie weekend". Jeśli nie kochasz swej pracy, to dlaczego nie znajdziesz innej, którą będziesz kochał? A jeśli nie potrafisz kochać żadnej, to po co pracujesz w ogóle?

Skoro większość naszego społeczeństwa pracuje odwalając swą robotę jak pańszyznę, jak karę boską, to nic dziwnego że nasza gospodarka jest tak marna. Nie chodzi o to, że brakuje kapitału, zasobów naturalnych, infrastruktury czy kwalifikacji. Brakuje miłości. Naszej gospodarce brakuje miłości. Bez niej nic wartościowego ani dobrego się nie stworzy.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, i posiadł wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, a miłości bym nie miał - byłbym niczym.

piątek, 10 lipca 2009

Rower, to musi być miłość

Kurierowi rowerowemu ukradli rower. Na placu Rodła, w środku dnia. Świat jest pełen kanalii. Przecież taki kurier zarabia tak marnie, że w 3 lata nie zarobi na nowy rower. A jak nie ma roweru, nie ma narzędzia pracy. I największej pasji; żeby w tym pracować, trzeba to kochać.
Przychodzi kurier do nas do biura; chcę się dowiedzieć, czy się może udało sprzęt odzyskać, więc zaczynam: "Słyszałam że jednemu z was ukradli rower". "Żeby to jednemu" wzdycha z rezygnacją.

W Polsce kradnie się wszystko. Nieodremontowana elewacja parteru zasłonięta reklamową płachtą udającą ciąg dalszy kamienicy. I o tę "niby ścianę" "oparty" nadrukowany rower. W nocy ktoś przyszedł z nożyczkami i ukradł ten rower. Między łopoczącymi na wietrze brzegami dziury widać obdrapany do kości tynk.

Rowerami jeżdżą tylko pasjonaci; przeciętny Polak traktuje swój pojazd jako przedłużenie penisa i najważniejszą formę manifestacji statusu materialnego. Heniu jechał sobie kiedyś rowerem dla przyjemności, a kierowca auta jadącego ulicą w tym samym kierunku otworzył okno, wychylił się i mówi do Henia: "Widzisz? Trzeba było pracować!"