Zapraszam również na mój blog motocyklowy

Zapraszam również na mój blog motocyklowy: http://motocyklistka.xemantic.com/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą riverside. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą riverside. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Riverside. Urywa głowę

Michał Łapaj

W 2006 wpadła mi w ręce płyta "Second Life Syndrome". I to była miłość od pierwszego usłyszenia...
Od tej pory słucham ich z płyt i na żywo, po prostu są niezrównani.
Mariusz Duda
Piotr Grudziński

Jakie to musi być uczucie, patrzeć na salę wypełnioną szczelnie kilkoma setkami ludzi, skandującymi nazwę twojego zespołu? Na tych w pierwszych rzędach, którzy doznają amoku gdy dotykasz strun? (I ja tam byłam i też trzepałam łupież z włosów.) To musi dawać siłę, bo chłopaki z Riverside, mimo długiego, energicznego koncertu wracali na scenę trzy razy !!! grając po kilka utworów na każdy bis.
I jakiś czas po koncercie, mimo zmęczenia, wyszli porozmawiać ze słuchaczami... Tacy mili i skromni ludzie, mimo kolejki po autografy i próśb o podarowanie kostki od gitary, która potem przechowywana będzie jak relikwia :-) ("Pick of destiny? ;-) Udało mi się przełamać i zamienić parę zdań z Michałem, którego bardzo cenię, bo jego wkład i expresja są extremalnie ważne dla odbioru całości, a sekcja którą ogania - keyboardy, cztery na raz! i magiczny theremin - rzadko jest doceniana (przeciętny odbiorca "widzi" i "słyszy" głównie wokal, gitary...). Co powiedzieć w takiej sytuacji? Przecież nie "gratuluję, świetnie graliście" bo kim ja jestem, żeby oceniać występ takich wymiataczy? Mogę co najwyżej podziękować, że chcą się dzielić ze zwykłymi śmiertelnikami owocami swojego niezwykłego talentu.

Michał i ja

A przecież jestem wypłoszem, zwierzęciem niestadnym, w tłumie dostaję stanów lękowych, więc na czym polega ten fenomen fenomenalnego odbioru na koncercie? Na OBECNOŚCI. Na BYCIU BLISKO zespołu i odbieraniu ich uczuć, wyrażanych nie tylko przez muzykę, ale też mowę ciała i całą emocjonalną aurę, którą przecież tak mocno odbieram z ludzi w bezpośrednim kontakcie. Koncerty Riverside (a jest to mój nie pamiętam już który) są tak wspaniałe, bo CZUJĘ, że muzycy, mimo iż grają po raz iluś-setny, czynią to za każdym razem z taką samą radością i zaangażowaniem. Robią to, co kochają. "Cookies need love, like everything does".

Więcej zdjęć...


poprzednie wpisy:
Riverside i "kultura narodowa"
Koncert w Berlinie 2009
Lunatic Soul i Oslo
Lunatic Soul - o byciu sobą w naszej kulturze

.
.




piątek, 4 grudnia 2009

"Kultura narodowa"

Epos narodowy Polaków zaczyna się od słów: "Litwo, Ojczyzno moja"
(o ile dobrze pamiętam, zauważył to Michał Ogórek)


Czasem jak słyszę że jesteśmy wielkim narodem i mamy znaczący wkład w kulturę światową, ogarnia mnie taka smutna wesołość. Bo jeden z moich uczniów Węgrów 7 lat temu to samo mi rzekł o swej nacji. A ilu pisarzy, filmowców, filozofów węgierskich umiałabym wymienić?

Ale któregoś dnia skubnęłam się, że przecież z Polski jest najlepszy zespół rockowy świata - Riverside. Największy malarz wszechczasów - Zdzisław Beksiński. Najgenialniejszy twórca animacji na świecie - Tomek Bagiński. Najobłędniejszy autor postmodernistycznej fantasy Andrzej Sapkowski. Największy pisarz SF, Stanisław Lem, został godnie zastąpiony przez Jacka Dukaja...
Moja wesołość zmieniła się wówczas na ironiczno-melancholijną.

Aczkolwiek, nie rozumiem kompletnie ludzi, którym podnosi mniemanie o sobie świadomość, że są z tej samej nacji co Małysz, JP2 czy Szymborska. To mówienie o drużynie piłki nożnej "nasi". Te kłótnie, Kopernik był Polakiem czy nie, albo kto obalił komunizm. Jaka to chwała dla mnie? Nie miałam najdrobniejszego udziału w ich dokonaniach.

I druga strona: te krucjaty, np. o Jedwabne. Wcale nie bronię się przed świadomością, że Polacy mogli zabić Żydów. Bo jaką za to ponoszę odpowiedzialność? Urodziłam się przecież 30 lat później.

Przeczytaj komentarze!

czwartek, 19 listopada 2009

Riverside. Byłam.


Byłam na Riverside.
Byłam.
Nie chodzi o to, że zobaczyłam, posłuchałam, obejrzałam. Bo to można z płyty, z DVD, na zdjęciach.
Istotna jest obecność.
Obecność.
Oni tam byli. Nie tylko grali, śpiewali. Ja nie tylko słuchałam, nie tylko patrzyłam, nie tylko machałam włosami. Byli tam. Byłam tam.

I jeszcze urzekło mnie że widać było jak się cieszą, że grają. Amok publiczności pewnie tę radość wzmacniał :-) I że przeżywają to tak samo mocno jak ja. Mimo że to jeden z pewnie dwustu czy coś koncertów które zagrali w życiu. Mimo że byłam jedną z dwustu czy coś osób które ich słuchały.

Może jednak Opatrzność istnieje. Tak żałowaliśmy z Gregorem, że przesunięcie terminu naszego firmowego półmaratonu wypadło właśnie na czas, gdy Riverside koncertowali w naszej okolicy. Gdybyśmy poszli na koncert u nas, w Szczecinie, nie przyszłoby nam do głowy żeby do Berlina pojechać. A tam - świetnie ustawione nagłośnienie. Dwa lata temu na koncercie Riverside w Słowianinie już 10 metrów od sceny rozbijałam się o ścianę amorficznego hałasu. W Berlinie byłam przy samej scenie, kolumny na wyciągnięcie ręki, muzycy o dwa - trzy kroki, wszystko było idealnie.
Fajna publiczność. Dzieciaki miękko uczesane, z myśleniem na oczach. Młodziani z włosami do pasa, więc ci co jak i ja szaleli w pierwszym rzędzie, zamiatali scenę :-)

Na fotkach dużo nie widać, ale nie chodzi o to żeby było widać. One mogły powstać bo tam byłam.
Byłam na Riverside. W Berlinie.

Riverside to najlepszy zespół świata. Tak myślę od wielu lat. To nie żaden patriotyzm lokalny, bo wcześniej to miejsce na podium zajmowali inni, zagraniczni.
Ostatni raz taką extazę przeżyłam za koncercie Depeszów, w 1992 roku.
Też w Berlinie.
Z tym sympatycznym miastem znajomość kontynuować zamierzam.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Lunatic Soul na norweskich chodnikach

Lunatic Soul jest genialna. Jest piękna i smutna. I bardzo mocna. Emocjonalnie i lirycznie. Człowiek stoi na granicy Tamtej Strony Rzeki i wybiera, czy ją przekroczyć czy nie. Skąd się bierze ta niepewność? "I’m scared to life" - wszak mówi się "scared to death", śmiertelnie przerażony. Ale można być też "życiowo przerażonym". Powrót Stamtąd byłby początkiem życia, a - krzyczy Człowiek - "It's the start of something that I'm really scared of".

Najbardziej boli świadomość, że nie da się Stamtąd wrócić nie tracąc części siebie. Ostateczna prawda jest taka, że albo się zostanie zapomnianym przez wszystkich, albo trzeba samemu zapomnieć wszystko.

When I met The Ferryman
He smiled to me

Could swear I saw this smile before

“You have to choose” – he said
“And then you may return
You’ll get another chance to revive
If you decide to keep

Your memories from the past
By all else, you must be forgotten
If you let me take your mind

If you let me take your soul

In their hearts you’ll stay forever

Your choice


Wybieraj. To jest najtrudniejsze.

O muzyce nie powiem nic, zgodnie z postulatem Mistrza Bexińskiego, by nie werbalizować tego, co jest do słuchania, oglądania czy jedzenia. Wspomnę tylko o uczuciach które we mnie budzi. Niesamowite, że można tak genialnie dźwiękiem namalować ten rozdzierający stan, w którym decydujesz, a zarazem wiesz, że nie ma dobrych wyborów i że którą drogą nie pójdziesz, skończy się to twoją przegraną. Tę samotność i maleńkość jednostki wobec bezsensownie skonstruowanego kosmosu.

Płyta leżała u mnie parę miesięcy, zanim odważyłam się jej posłuchać pierwszy raz. Głównie dlatego, że to bardzo zły czas dla mnie był, a że z muzyką zapamiętują mi się emocje czasu kiedy ją słucham, nie chciałam jej sobie zniszczyć, tak jak niektóre płyty zniszczyłam sobie słuchając ich podczas sesji na studiach. Zabrałam Lunatic Soul do Oslo, na te parę dni oderwania od mułu codzienności i powrotu do klimatu dawnych dobrych wolnych czasów. To była trafna decyzja. Teraz kiedy słucham tej płyty chodząc ulicami Śledziogrodu, pod przymkniętymi powiekami widzę słońce nad fiordem i cytaty z Ibsena wniknięte w strukturę chodnika.

piątek, 20 marca 2009

We want to be loved, loved for what we are...

Niebieskie niebo lśni nad Oslo, słońce nagrzewa szare kamienie ścian i chodników. Chodzę jak zwykle bez planu i celu, skręcając w te ulice, które mnie bardziej wołają. Na uszach Lunatic Soul. Mieszkańcy Skandynawii są inni. Czasami napotykam ich spojrzenia - matki z wózkami, biznesowi ludzie z teczkami, robotnicy w kombinezonach, studenci z książkami - uśmiecham się do nich, a oni do mnie. Młody i pełen energii pracownik służb recyclingowych dłońmi w roboczych rękawiczkach wrzuca na ciężarowe auto potężny pakiet makulatury, ważący chyba ponad tonę. Odrzuca kasztanowe kędziory z oczu, widzę że ma na uszach słuchawki: bratnia muzyczna dusza. Wysyłam mu uśmiech i od razu dostaję uśmiech w odpowiedzi. Przeszłam na drugą stronę ulicy i nagle - przeszył mnie gwałtowny dreszcz, bo usłyszałam płaczącego na głos dorosłego człowieka.

Rozejrzałam się - pusto - i zdałam sobie sprawę, że płacz dobiegł mnie z moich własnych słuchawek, z towarzyszącej mi płyty.

Pośród wielu bredni jaką wymyśliła nasza chora kultura jest też i ta, że mężczyznom nie wolno płakać. Od dzieciństwa są tresowani do odcinania się od własnych emocji i udawania kogoś innego niż są: twardzieli. Tymczasem to właśnie bycie sobą wymaga dużo większej odwagi. Przyznanie się do wrażliwości i niemożności poradzenia sobie ze wszystkim to częściowe odsłonięcie, a na to potrzeba więcej śmiałości niż na chowanie się za pancerną przyłbicą. A wrażliwość i słabość to cechy piękne, bo nieodzowne składowe człowieczeństwa.

W skandynawskich miastach jest taki niezwykły zapach. Tu w Oslo tak samo jak w kochanej Kopenhadze. Trochę jakby aromat ciepłego chleba, a trochę tych szarych kamieni. I może morza trochę. Nie wiem. Jest jedyny w swoim rodzaju. Dopiero pochwycenie go tutaj uświadomiło mi, jak bardzo za nim tęskniłam.


(pisałam na Karl Johans gate, na ławce przed budynkiem parlamentu Norwegii)