Mówi Alan Watts.
Jeżdżą motocykliści.
Kochamy to, co robimy.
tłumaczenie:
Co cię pociąga? Jaki stan spraw by ci odpowiadał?
Zastanówmy się - często to robię ze studentami pomagając im w poszukiwaniach ich powołania. Przychodzą do mnie i mówią, "Cóż, no, kończymy uczelnię i nie mamy najbladszego pojęcia co chcielibyśmy robić".
Więc zawsze zadaję pytanie, "Co byś chciał robić, gdyby pieniądze nie miały znaczenia? Jak chciałbyś spędzić życie, by mieć z tego prawdziwą radość?"
Cóż, to jest tak niesamowite. Jako produkt naszego systemu edukacji, rzesze studentów mówią, "Cóż, chcielibyśmy być malarzami, chcielibyśmy być poetami, chcielibyśmy być pisarzami. Ale jak każdy wie, w ten sposób nie da się zarobić żadnych pieniędzy".
A inna osoba mówi, "chciałbym żyć pod otwartym niebem i jeździć konno".
Odrzekłem, "Chcesz uczyć w szkole jazdy konnej? Przemyśl to. Co chcesz robić?"
Kiedy w końcu dojdziemy do tego, co dany człowiek twierdzi, że naprawdę chce robić, ja mówię mu: "rób to, i zapomnij o pieniądzach".
Ponieważ jeśli twierdzisz, że zarabianie pieniędzy jest najważniejszą rzeczą, spędzisz życie kompletnie marnując dany ci czas. Będziesz robił rzeczy, których nie lubisz robić, żeby zarobić na życie, które polaga na robieniu rzeczy których nie lubisz robić. To jest DURNE!
Lepiej mieć życie krótkie, lecz pełne tego co lubisz robić, niż życie długie, ale marne i nieszczęśliwe.
I w sumie, jeśli naprawdę lubisz to, co robisz, niezależnie od tego co to jest, możesz w końcu osiągnąć w tym mistrzostwo. To jest jedyna droga, by stać się w czymś mistrzem: naprawdę tym żyć. I potem, będziesz w stanie dostać z tego dobrą zapłatę, niezależnie od tego co to jest.
Więc nie martw się za bardzo. Każdym tematem ktoś się interesuje. I czymkolwiek ty się pasjonujesz, znajdziesz innych których to też pociąga.
Ale jest absolutnie głupie spędzać swój czas robiąc rzeczy których nie lubisz po to, by trwać, robiąc rzeczy których nie lubisz, i nauczyć swe dzieci by podążały tą samą drogą. Zobacz, w ten sposób wychowujemy dzieci i posyłamy do szkół by żyły w tak samo jak my, po to by mogły znaleźć dla siebie usprawiedliwienie i satysfakcję z życia poprzez wychowywanie swoich dzieci tak by wychowały swoje dzieci do robienia tego samego. To przyprawia o mdłości, ale nikt tego nie wyrzyga. Nigdy się nie wyrwiemy!
I tak więc, dlatego jest tak ważne żeby zastanowić się nad pytaniem, "czego pragnę".
.
siewnia memów - dla wszystkich, ale szczególnie dla Was Ludzie których kocham, a którzy jesteście czasem tak daleko...
Zapraszam również na mój blog motocyklowy
Zapraszam również na mój blog motocyklowy: http://motocyklistka.xemantic.com/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 12 maja 2013
wtorek, 24 lipca 2012
Szkoła jest po to by skończyć szkołę... (don't be fool, quit the school, 4)
Hogwart, Szkoła Magii i Czarodziejstwa. Pierwsza lekcja Dolores Umbridge z klasą Harry'ego Pottera. Nowa nauczycielka, zainstalowana w szkole manualnie przez ministra, przedstawia program swoich zajęć:
To jest właśnie to, co tłumaczyłam kiedyś zadufanym w sobie przedstawicielom miejskiego wydziału oświaty na spotkaniu przedstawicieli IT, miasta i szkolnictwa. Ludzie z biznesu od dwóch godzin mówili, że szkoła i uczelnia nie tylko nie daje absolwentom wiedzy zawodowej, i że z tym się już pogodzili, że pracowników szkolą sami; ale nie daje im nawet wiedzy ogólnej o świecie, znajomości języka, orientacji czym jest PIT a czym VAT. Pani urzędniczka zabrawszy głos wygłosiła najpierw obowiązkową laudację na temat dyrektorki wydziału (tak jak kiedyś w każdej pracy naukowej musiał być co najmniej jeden cytat z Lenina) i powiedziała, że przecież szczecińska oświata ma wspaniałe osiągnięcia, bo uczniowie wygrywają olimpiady i dostają dobre stopnie z examinów końcowych. Wstałam wtedy i mówię, że funkcjonariusze oświaty nie wychodzą z zamkniętego pudełka swych szkół: przekazują szkolną wiedzę, którą sprawdzają szkolnymi examinami i wystawiają za to szkolne stopnie. A potem taki kandydat wychodzi na zewnątrz i oblewa examin życia na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej: nauczył się bowiem mnóstwa rzeczy, ale nic, co by mu się przydało w życiu.
Ale zdał był maturę, bo o to chodzi w szkole. A poza szkołą nic nie ma. Ta powyższa scena z "Zakonu Fenixa" jest genialna.
I jeśli ktoś ma wątpliwości, to musi podnieść rękę, żeby móc je wyrazić. W razie czego, nie udzieli mu się głosu. Regulamin: pkt 1. - nauczyciel ma zawsze rację. Pkt 2. Gdyby nie miał racji, patrz pkt. 1.
Poza szkołą nic nie ma. Poza Kościołem nie ma zbawienia. Poza Matrixem nic nie istnieje, a on bardzo się stara, by zniewoleni przez system nie dowiedzieli się o tym. Pisałam już o tym tutaj.
Harry tłumaczył to potem na pierwszym spotkaniu Armii Dumbledora - grupy uczniów, których podjął się sam uczyć praktycznej obrony przed czarną magią:
W naszych realiach na szczęście nie jest aż tak drastycznie. Nie chodzi o śmierć, ale o życie. By szkoła spełniała hasło tak dumnie widniejące na budynku rektoratu US: "Uczymy się dla życia, nie dla szkoły". Wypisane jest po łacinie, i dobrze, bo chodnik w tym miejscu byłby obsikany ze śmiechu, gdyby ludzie to rozumieli. Z takiego naprawdę gorzkiego śmiechu.
Szkolnictwo ogólne na poziomie podstawowym i średnim, takie jak je teraz mamy, powstało dwieście lat temu by wyposażać młodzież w wiedzę potrzebną do życia. I skostniało w ministerialnie-zaakceptowanym schemacie. Świat zmienił się od tamtego czasu drastycznie, a dzieci nadal walą pamięciówę: historia... geografia... biologia... O podstawach prawa pracy uczą się w inspektoracie lub w sądzie, proste podatki i PIT robi za nich xięgowa której muszą płacić, bo nie nauczyli się tego w szkole. Wybór kredytu robi za nich biuro finansowe, oczywiście nie za darmo. Jeśli potrafią znaleźć informacje w internecie, a potem je ocenić i zweryfikować, to na pewno nie jest zasługa ich nauczycieli. Świat w którym funkcjonują na codzień ogarniają przy pomocy płatnych specjalistów, ale w szkole zajmowali się stolicami krajów latynoamerykańskich i układem krwionośnym żaby.
Przyjaciółka, xięgowa, mówiła mi że praktykanci z US, po 4 latach studiów na kierunku rachunkowość, przychodzą do kancelarii podatkowej na praktyki i nie tylko nie potrafią xięgować. Oni nie potrafią nawet liczyć procentów.
- Od teraz będziecie brać udział w starannie zaplanowanych, zaaprobowanych przez Ministerstwo lekcjach obrony przed czarną magią. Słucham?
- Tu nie ma nic o używaniu zaklęć obronnych?
- Używanie zaklęć? No cóż, nie potrafię sobie wyobrazić dlaczego mielibyście używać zaklęć w mojej klasie.
- Nie będziemy używać magii?
- Będziecie się uczyć o zaklęciach obronnych w bezpieczny, pozbawiony ryzyka sposób.
- I na co to komu? Jak zostaniemy zaatakowani, to nie będzie pozbawione ryzyka!
- Uczniowie mają podnosić rękę jeśli chcą coś powiedzieć na mojej lekcji! Taki jest pogląd Ministerstwa, że wiedza teoretyczna będzie wystarczająca abyście zdali egzaminy, które, koniec końców, są tym, o co chodzi w szkole.
- A jak teoria ma nas przygotować na to, co jest poza szkołą?
- Moja droga, poza szkołą nic nie ma.
To jest właśnie to, co tłumaczyłam kiedyś zadufanym w sobie przedstawicielom miejskiego wydziału oświaty na spotkaniu przedstawicieli IT, miasta i szkolnictwa. Ludzie z biznesu od dwóch godzin mówili, że szkoła i uczelnia nie tylko nie daje absolwentom wiedzy zawodowej, i że z tym się już pogodzili, że pracowników szkolą sami; ale nie daje im nawet wiedzy ogólnej o świecie, znajomości języka, orientacji czym jest PIT a czym VAT. Pani urzędniczka zabrawszy głos wygłosiła najpierw obowiązkową laudację na temat dyrektorki wydziału (tak jak kiedyś w każdej pracy naukowej musiał być co najmniej jeden cytat z Lenina) i powiedziała, że przecież szczecińska oświata ma wspaniałe osiągnięcia, bo uczniowie wygrywają olimpiady i dostają dobre stopnie z examinów końcowych. Wstałam wtedy i mówię, że funkcjonariusze oświaty nie wychodzą z zamkniętego pudełka swych szkół: przekazują szkolną wiedzę, którą sprawdzają szkolnymi examinami i wystawiają za to szkolne stopnie. A potem taki kandydat wychodzi na zewnątrz i oblewa examin życia na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej: nauczył się bowiem mnóstwa rzeczy, ale nic, co by mu się przydało w życiu.
Ale zdał był maturę, bo o to chodzi w szkole. A poza szkołą nic nie ma. Ta powyższa scena z "Zakonu Fenixa" jest genialna.
I jeśli ktoś ma wątpliwości, to musi podnieść rękę, żeby móc je wyrazić. W razie czego, nie udzieli mu się głosu. Regulamin: pkt 1. - nauczyciel ma zawsze rację. Pkt 2. Gdyby nie miał racji, patrz pkt. 1.
Poza szkołą nic nie ma. Poza Kościołem nie ma zbawienia. Poza Matrixem nic nie istnieje, a on bardzo się stara, by zniewoleni przez system nie dowiedzieli się o tym. Pisałam już o tym tutaj.
Harry tłumaczył to potem na pierwszym spotkaniu Armii Dumbledora - grupy uczniów, których podjął się sam uczyć praktycznej obrony przed czarną magią:
- Stawienie czoła temu w prawdziwym życiu jest inne niż w szkole.
W szkole, jeśli popełnisz błąd, możesz po prostu spróbować zaliczyć jutro.
Ale na zewnątrz... jeśli jesteś o krok od śmierci, bo ktoś chce cię zabić.... albo patrzysz, jak przyjaciel umiera na twoich oczach... Nie macie pojęcia, jak to jest.
W naszych realiach na szczęście nie jest aż tak drastycznie. Nie chodzi o śmierć, ale o życie. By szkoła spełniała hasło tak dumnie widniejące na budynku rektoratu US: "Uczymy się dla życia, nie dla szkoły". Wypisane jest po łacinie, i dobrze, bo chodnik w tym miejscu byłby obsikany ze śmiechu, gdyby ludzie to rozumieli. Z takiego naprawdę gorzkiego śmiechu.
Szkolnictwo ogólne na poziomie podstawowym i średnim, takie jak je teraz mamy, powstało dwieście lat temu by wyposażać młodzież w wiedzę potrzebną do życia. I skostniało w ministerialnie-zaakceptowanym schemacie. Świat zmienił się od tamtego czasu drastycznie, a dzieci nadal walą pamięciówę: historia... geografia... biologia... O podstawach prawa pracy uczą się w inspektoracie lub w sądzie, proste podatki i PIT robi za nich xięgowa której muszą płacić, bo nie nauczyli się tego w szkole. Wybór kredytu robi za nich biuro finansowe, oczywiście nie za darmo. Jeśli potrafią znaleźć informacje w internecie, a potem je ocenić i zweryfikować, to na pewno nie jest zasługa ich nauczycieli. Świat w którym funkcjonują na codzień ogarniają przy pomocy płatnych specjalistów, ale w szkole zajmowali się stolicami krajów latynoamerykańskich i układem krwionośnym żaby.
Przyjaciółka, xięgowa, mówiła mi że praktykanci z US, po 4 latach studiów na kierunku rachunkowość, przychodzą do kancelarii podatkowej na praktyki i nie tylko nie potrafią xięgować. Oni nie potrafią nawet liczyć procentów.
![]() |
| Źródło: Demotywatory |
niedziela, 22 lipca 2012
Tworzyć, czy zakuwać? (Don't be fool, quit the school, 3)
![]() |
| Joanna Newsom |
And I go where the trees go
And I walk from a higher education
And it beats me, but I do not know
It beats me but I do not know
I do not know
I podążam ścieżkami drzew
I odchodzę od wyższego wykształcenia
To uderza we mnie, ale ja o tym nie wiem,
uderza we mnie, ale o tym nie wiem,
nie wiem o tym
![]() |
| Joanna Newsom |
![]() |
| Steven Wilson (Blackfield, Porcupine Tree) |
![]() |
| Joseph Gordon-Levitt |
![]() |
| Jacek Dukaj |
![]() |
| Tomek Bagiński i ja :-) foto: Tomasz Świerczyński, Luminance Studio (dzięki!) |
| Łona. Fot. Pacia |
Łona, i tobie chwała za to, że nie posłuchałeś mamy, której perswazje przytoczyłeś w piosence Raperzy są niedobrzy:
Słuchaj co mówię , przecież jestem twoją matką
Nie zaprzeczysz faktom, to najzwyklejsze szczeniactwo
Rzuć to, zajmij się wreszcie edukacją
Synu, zajmij się czymś, słyszę codziennie od nowa
A ja nie narzekam mamo na brak zainteresowań
Cieszę się, widząc twoją troskę o moją przyszłość
To nie jest sposób mamo, by nawiązać dialog
Jeszcze nikomu się to siłą nie udało
Porozumienia zero
Stosunki między nami, jak 10 lat temu między jedną i drugą Koreą
Dzięki twej asertywności i sile woli mamy dziś w szczecińskiej i polskiej kulturze zbiory najcelnieszych i najgenialniej wyrażonych obserwacji psychologicznych i społecznych - twoje płyty. (Tutaj pisałam już za co kocham Łonę - za geniusz i skromność, za złośliwość i delikatność...)
Na koniec jeszcze raz przepiękna Joanna:
And you laws of property
Oh, you free economy
And you unending afterthoughts
You could've told me before
Never get so attached to a poem
You forget truth that lacks lyricism
Never draw so close to the heat
That you forget that you must eat.
I wy, prawa własności,
ty, wolny rynku,
i wy niekończące się reflexje a posteriori
trzeba było mi wcześniej powiedzieć
Nigdy nie przywiązuj się tak do wiersza
by zapomnieć prawdę pozbawioną liryzmu
nigdy nie daj się wciągnąć w żar
tak bardzo że zapominasz że musisz jeść.
Jak widać na powyższych przykładach, da się mieć co jeść tworząc z pożytkiem dla ludzkości sztukę najwyższej klasy, nie ukończywszy jednakowoż w tym celu ostatniej klasy.
Zawsze warto być najpierw wiernym sobie.
czwartek, 5 lipca 2012
Ludzie bez matury/magistra zmieniają świat (Don't be fool, quit the school, 2)
![]() |
| Richard Branson |
Kolejnym "dzieckiem" Virgin jest Sex Pistols, którego nikt inny nie chciał wydać... ich debiut, podobnie jak Oldfielda, rozszedł się w nakładzie 5 mln płyt.
Dziś Virgin jest wielkim koncernem, ma sieć komórkową, linię lotniczą, oferuje turystykę kosmiczną... To wszystko powstało dlatego że Branson mając 16 lat ostatecznie rzucił szkołę - z której wcześniej wyrzucano go 18 razy - i zajął się poważnymi rzeczami. Ale nie przestał też robić rzeczy niepoważnych - np. spełnił swoje marzenie i przeleciał balonem z Japonii do Kanady (rekord długości lotu balonem).
| Steve Jobs |
![]() | |
| Sean Parker |
![]() |
| Julian Assange |
Uczył się z 37 szkołach i na 6 uczelniach, studiów nie ukończył.
Dokonania zresztą nie muszą być tak innowacyjne, obywatelskie czy globalne by miały znaczenie dla wielu na codzień... Amancio Ortega, założyciel i właściciel marki odzieżowej Zara, rzucił szkołę mając lat 13. Jego koncern obejmuje teraz Stradivariusa i ileś jeszcze innych marek, a on chodzi w dżinsach, obiady je z pracownikami i nie ma gabinetu.
Ingvar Kamprad stworzył IKEA mając lat 17. W szkole miał problemy z dyslexją, studiów nie skończył. Chwała mu, ten megafunkcjonalny śmietnik który mam w kuchni, genialny w swej prostocie, wyszedł spod jego ręki. I o ile funkcjonuję spokojnie nie korzystając z produktów Gatesa czy Ortegi, to życia bez IKEI sobie nie wyobrażam...
![]() |
| Fred i George Wesley |
.
Fotki: Wikipedia
sobota, 23 czerwca 2012
Chcę być na "śmieciówce"!
Mój list do Tygodnika Powszechnego (opublikowany w jego papierowym wydaniu nr 18-19/2012 z dnia 29.04 w ramach dyskusji nad tematem "Młodzi, wykształceni, bezrobotni")
Pracuję zawodowo od 13 lat - zaczęłam jeszcze na studiach. Nie miałam i nie chcę mieć umowy o pracę! Ponieważ:
1. Nie chcę, aby państwo z wypracowanych przeze mnie pieniędzy, które na zatrudnienie mnie jest w stanie wydać pracodawca, odciągało niemal połowę (suma podatku dochodowego i wszystkich składek ZUS - praca w Polsce jest opodatkowana jak jakiś luxus, na równi z alkoholem i papierosami).
2. Chcę, poprzez podatki, wspierać dobro wspólne i robię to. Ale nie chcę, by wypracowane przeze mnie i zabrane mi w nadmiarze pieniądze służyły realizacji doraźnych celów politycznych, takich jak emerytury tych, którym komunizm wmówił, że są tak niezwykle ważni i którzy mają czelność z kilofami pod sejmem wymuszać subsydia dla swojej branży kosztem innych grup zawodowych. (Niedgyś związki zawodowe to byli robotnicy, którzy wyrywali kapitalistom; teraz to przedstawiciele zawodów niedochodowych, wyrywający tym, którzy wybrali zawody przynoszące dochód)
3. Nie chcę być częścią systemu, który traktuje mnie jak osobę upośledzoną, która nie potrafi zadbać o własne sprawy zarówno w konfrontacji z pracodawcą, jak i na wypadek zdarzeń losowych. Sama skuteczniej to zrobię zagospodarowując te środki, które innym państwo zabiera w ramach "ubezpieczeń społecznych" a potem wykorzystuje nieefektywnie, niegospodarnie i niewydolnie. Umiem umówić się z pracodawcą o urlop w takim wymiarze jaki chcę, o chorobowe i umiem zabezpieczyć się na emeryturę efektywniej niż robią to urzędy.
4. Nie chcę być częścią systemu, który wszystkich przycina do jednego szablonu. Może życzę sobie mieć więcej lub mniej urlopu niż 26 dni, pracować więcej lub mniej niż 40h w tygodniu, w dowolnie wybranej porze lub miejscu. Może życzę sobie mieć zapłacone nie za tzw. "dupogodziny" odsiedziane w biurze, ale za konkretny efekt działań, który umiem osiągnąć w krótszym czasie. Dlaczegóż mam, jak śpiewał punkowy zespół o żołnierzu, "na rozkaz zostawić cię, na rozkaz spać i jeść i odliczać każdy dzień".
Nie miałam i nie chcę mieć umowy o pracę, regulowanej kodeksem. I nie życzę sobie by państwo, "w trosce o mnie", odbierało mi taką możliwość.
Jako młoda osoba pracowałam na kursach językowych. Gdyby oskładkować moją niewysoką pensję - koszt mego zatrudnienia przekroczyłby sumę płaconą przez kursantów za zajęcia. I po prostu nie miałabym pracy. Skąd bowiem szkoła miałaby wziąć pieniądze na moje składki? Skąd to przekonanie władz i narodu, że pracodawcy drukują sobie pieniądze i wystarczy im je wyrwać? Pieniądze w firmach biorą się ze sprzedaży efektów pracy pracowników. Nie można płacić pracownikowi więcej niż to, co klient jest skłonny zapłacić za wypracowany przez niego towar czy usługę.
I jeszcze jedno. Znana mi firma daje współpracownikom wybór. "Na współpracę z tobą możemy wydać 6 tys. Jeśli chcesz umowę o pracę, zostanie ci z tego w ręku 3,5 tys. Wybierzesz kontrakt, wystawisz fakturę, zapłacisz podatki i ZUS, zostanie ci na koncie 4700. A jeśli uzupełnisz OFE do kwoty, jaka by tam trafiała z etatu - 4400. Nam jest wszystko jedno. Twój wybór". Chcecie zgadnąć ile osób decyduje się na "śmieciówkę"?
A dlaczego nigdy nie miałam problemów ze znalezieniem pracy? Bo mam umiejętności, które są potrzebne innym ludziom do tego stopnia, że są w stanie za nie płacić. Moi byli współstudenci płaczą na kuroniówce, bo uczyli się rzeczy które ich interesowały, ale które są nikomu niepotrzebne. To umiejętności potrzebne konsumentom zapewniają nie tylko pracę, ale też i pozycję do negocjacji z pracodawcą (niezależnie od formy umowy!), który potrzebuje mnie by obsłużyć swoich klientów. Klient chce konkretnego efektu działań, towaru lub usługi. A te wytwarza się umiejętnością, a nie papierem najlepszej nawet uczelni.
Pracuję zawodowo od 13 lat - zaczęłam jeszcze na studiach. Nie miałam i nie chcę mieć umowy o pracę! Ponieważ:
1. Nie chcę, aby państwo z wypracowanych przeze mnie pieniędzy, które na zatrudnienie mnie jest w stanie wydać pracodawca, odciągało niemal połowę (suma podatku dochodowego i wszystkich składek ZUS - praca w Polsce jest opodatkowana jak jakiś luxus, na równi z alkoholem i papierosami).
2. Chcę, poprzez podatki, wspierać dobro wspólne i robię to. Ale nie chcę, by wypracowane przeze mnie i zabrane mi w nadmiarze pieniądze służyły realizacji doraźnych celów politycznych, takich jak emerytury tych, którym komunizm wmówił, że są tak niezwykle ważni i którzy mają czelność z kilofami pod sejmem wymuszać subsydia dla swojej branży kosztem innych grup zawodowych. (Niedgyś związki zawodowe to byli robotnicy, którzy wyrywali kapitalistom; teraz to przedstawiciele zawodów niedochodowych, wyrywający tym, którzy wybrali zawody przynoszące dochód)
3. Nie chcę być częścią systemu, który traktuje mnie jak osobę upośledzoną, która nie potrafi zadbać o własne sprawy zarówno w konfrontacji z pracodawcą, jak i na wypadek zdarzeń losowych. Sama skuteczniej to zrobię zagospodarowując te środki, które innym państwo zabiera w ramach "ubezpieczeń społecznych" a potem wykorzystuje nieefektywnie, niegospodarnie i niewydolnie. Umiem umówić się z pracodawcą o urlop w takim wymiarze jaki chcę, o chorobowe i umiem zabezpieczyć się na emeryturę efektywniej niż robią to urzędy.
4. Nie chcę być częścią systemu, który wszystkich przycina do jednego szablonu. Może życzę sobie mieć więcej lub mniej urlopu niż 26 dni, pracować więcej lub mniej niż 40h w tygodniu, w dowolnie wybranej porze lub miejscu. Może życzę sobie mieć zapłacone nie za tzw. "dupogodziny" odsiedziane w biurze, ale za konkretny efekt działań, który umiem osiągnąć w krótszym czasie. Dlaczegóż mam, jak śpiewał punkowy zespół o żołnierzu, "na rozkaz zostawić cię, na rozkaz spać i jeść i odliczać każdy dzień".
Nie miałam i nie chcę mieć umowy o pracę, regulowanej kodeksem. I nie życzę sobie by państwo, "w trosce o mnie", odbierało mi taką możliwość.
Jako młoda osoba pracowałam na kursach językowych. Gdyby oskładkować moją niewysoką pensję - koszt mego zatrudnienia przekroczyłby sumę płaconą przez kursantów za zajęcia. I po prostu nie miałabym pracy. Skąd bowiem szkoła miałaby wziąć pieniądze na moje składki? Skąd to przekonanie władz i narodu, że pracodawcy drukują sobie pieniądze i wystarczy im je wyrwać? Pieniądze w firmach biorą się ze sprzedaży efektów pracy pracowników. Nie można płacić pracownikowi więcej niż to, co klient jest skłonny zapłacić za wypracowany przez niego towar czy usługę.
I jeszcze jedno. Znana mi firma daje współpracownikom wybór. "Na współpracę z tobą możemy wydać 6 tys. Jeśli chcesz umowę o pracę, zostanie ci z tego w ręku 3,5 tys. Wybierzesz kontrakt, wystawisz fakturę, zapłacisz podatki i ZUS, zostanie ci na koncie 4700. A jeśli uzupełnisz OFE do kwoty, jaka by tam trafiała z etatu - 4400. Nam jest wszystko jedno. Twój wybór". Chcecie zgadnąć ile osób decyduje się na "śmieciówkę"?
A dlaczego nigdy nie miałam problemów ze znalezieniem pracy? Bo mam umiejętności, które są potrzebne innym ludziom do tego stopnia, że są w stanie za nie płacić. Moi byli współstudenci płaczą na kuroniówce, bo uczyli się rzeczy które ich interesowały, ale które są nikomu niepotrzebne. To umiejętności potrzebne konsumentom zapewniają nie tylko pracę, ale też i pozycję do negocjacji z pracodawcą (niezależnie od formy umowy!), który potrzebuje mnie by obsłużyć swoich klientów. Klient chce konkretnego efektu działań, towaru lub usługi. A te wytwarza się umiejętnością, a nie papierem najlepszej nawet uczelni.
niedziela, 17 czerwca 2012
Don't be fool, quit the school... (1)
Miasto pełne jest reklam lokalnych uczelni, obiecujących świetlaną przyszłość, pracę i perspektywy z ich dyplomem w ręku. Tymczasem rok temu w The Economist zastanawiano się, czy wyższa edukacja nie jest tą bańką spekulacyjną, która teraz właśnie zacznie wybuchać - po ostrej wyrypie systemu pożyczek na nieruchomości oraz po upadku dotcomów. Felietonista Economista, Joseph Schumpeter powoływał się również na Petera Thiela.
Peter Thiel, absolwent filozofii na uniwersytecie Stanforda, współzałożyciel i niegdyś prezes PayPal, jeden z pierwszych inwestorów w Facebooka i członek jego zarządu, ufundował 20 stypendiów w wysokości 100 tys. dolarów dla studentów poniżej 20 roku życia, którzy porzucą uczelnię i zaczną działalność w biznesie.
Peter Thiel przewidział wiele zjawisk ekonomicznych i już w 2004 mówił o migracji bańki spekulacyjnej dotcomów do sektora finansowego. Trzy lata później pękająca z hukiem bańka kredytów na nieruchomości potwierdziła jego słowa. A teraz widzi kolejną - bańkę edukacji.
Edukacja - argumentuje Thiel - jest słabą inwestycją, ponieważ:
- nie ma żadnego zabezpieczenia (pożyczka na dom posiada takowe w postaci domu, choćby był on mniej wart niż pieniądze które za niego zapłacono);
- nie jest tylko inwestycją, ale także konsumpcją, podobnie jak dom z wielkim basenem i wodotryskami; studia to cztery lata imprezowania;
- ukończenie 70-80% uczelni w Stanach nie daje dodatniej stopy zwrotu, a nawet te najlepsze, po których następuje zwrot, czy aby na pewno jest to ich zasługą?
Ciąg dalszy nastąpi...
Mój poprzedni wpis o Matrixie systemu edukacji
.
Peter Thiel, absolwent filozofii na uniwersytecie Stanforda, współzałożyciel i niegdyś prezes PayPal, jeden z pierwszych inwestorów w Facebooka i członek jego zarządu, ufundował 20 stypendiów w wysokości 100 tys. dolarów dla studentów poniżej 20 roku życia, którzy porzucą uczelnię i zaczną działalność w biznesie.
Peter Thiel przewidział wiele zjawisk ekonomicznych i już w 2004 mówił o migracji bańki spekulacyjnej dotcomów do sektora finansowego. Trzy lata później pękająca z hukiem bańka kredytów na nieruchomości potwierdziła jego słowa. A teraz widzi kolejną - bańkę edukacji.
Edukacja - argumentuje Thiel - jest słabą inwestycją, ponieważ:
- nie ma żadnego zabezpieczenia (pożyczka na dom posiada takowe w postaci domu, choćby był on mniej wart niż pieniądze które za niego zapłacono);
- nie jest tylko inwestycją, ale także konsumpcją, podobnie jak dom z wielkim basenem i wodotryskami; studia to cztery lata imprezowania;
- ukończenie 70-80% uczelni w Stanach nie daje dodatniej stopy zwrotu, a nawet te najlepsze, po których następuje zwrot, czy aby na pewno jest to ich zasługą?
Jak poradziliby sobie ich studenci - zadaje pytanie Thiel - gdyby nie poszli na studia? Czy może uczlenie tak naprawdę tylko wybierają utalentowanych ludzi, którzy by sobie poradzili niezależnie od edukacji? Czy wy ich naprawdę uczycie? Moje podejrzenie jest takie, że uczelnie są dobre tylko w wyłapywaniu zdolnych ludzi, a nie w dodawaniu im jakiejkolwiek wartości.
Ciąg dalszy nastąpi...
Mój poprzedni wpis o Matrixie systemu edukacji
.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Patriotyzm
"Z czym kojarzy się Pani data 10 kwietnia?"
"Płaci się ZUS za marzec."
I to jest mój, cholera, patriotyzm.
"Płaci się ZUS za marzec."
I to jest mój, cholera, patriotyzm.
wtorek, 7 lutego 2012
Matrix systemu edukacji
Fuck the System!
Na rektoracie US kłamliwa deklaracja: Non scholae sed vitae discimus. "Uczymy się dla życia, nie dla szkoły". A studenci zapytani "po co studiujesz?" zamiast odpowiedzieć "bo uczelnia wyposaży mnie w wiedzę i umiejętności potrzebne do wykonywania pracy" jak jeden mąż odpowiadają "bo jakiś papier trzeba mieć". Chodzą do szkoły, by mieć skończoną szkołę, a nie po to, by nauczyła ich radzić sobie w życiu.
Totalitaryzmy mają to do siebie, że próbują człowieka zniewolić okłamując go, że nic poza nimi nie istnieje.
Wachowscy pięknie to pokazali - ludzie którzy całą swoją energię oddają w służbie Systemu są oszukiwani od narodzenia do śmierci, że Matrix jest jedyną rzeczywistością, że nie ma dla niej alternatywy, że nic poza nim nie istnieje.
Takim Matrixem usiłował być komunizm, wbijając ludziom do głów że jest jedynie słusznym systemem powszechnej szczęśliwości, a zarazem szczelnie izolując obywateli przed doświadczeniem tego co na zewnątrz, filtrując medialnie informacje płynące z Zachodu, odmawiając paszportów. A obywatele całe swoje życie zmuszeni byli do pracy na rzecz systemu, pozbawieni w większości możliwości korzystania z jej owoców, którą daje tylko wolny rynek.
Skuteczniejszym Matrixem była niegdyś - i jest nadal w wielu miejscach - religia. "Poza Kościołem nie ma zbawienia". Poza Allahem i tak dalej. System przekonuje że wyjście z niego jest co najmniej skazaniem siebie samego na wieczne potępienie, a często i na karę śmierci doczesną*. I system ów - jak każdy Matrix - podporządkowuje sobie wszelkie aspekty życia jednostki - sferę światopoglądową, moralną, rodzinną, sexualną, wyznacza rytm pracy i odpoczynku, sexu i wstrzemięźliwości, postu i świętowania.
Nadal skutecznym i zakorzenionym w umysłach Matrixem jest system edukacji. Od podstawówki dzieci słyszą od rodziców i nauczycieli "skończ szkołę, bo będziesz nikim".** Funkcjonariusze systemu, agenci Matrixa, czyli nauczyciele, mają bezpośredni interes w przekonywaniu do tego kłamstwa - podporządkowują sobie jednostki, wymuszają posłuszeństwo i pokorę ucznia, wbrew swej woli oddanego w ich władzę. "Nie będę się buntował, bo mnie wyrzucą ze szkoły / uwalą na uczelni - i to będzie koniec". Im zależy na to, by młody człowiek wierzył, że poza edukacją nie ma dla niego perspektyw, że bez dyplomu nie będzie miał pracy - z tej wiary oni żyją, ona im daje pracę. Ta wiara rodziców i młodzieży sprawia, że ludzie oddają systemowi 18 lat życia, od zerówki po magisterkę, i to w tym okresie gdy człowiek jest najbardziej twórczy, najsilniejszy.
Jak każdy Matrix, system edukacji nie bierze odpowiedzialności za efekty podporządkowania się mu. Komunizm nie gwarantował szczęścia; skuteczność zbawiania przez religię jest o tyle dla kościołów wygodna, że absolutnie (sic!) nieweryfikowalna. Szkoły wyższe reklamują się:
"To na was czekają pracodawcy"
"Wybierz swoją przyszłość"
"Mój ojciec ukończył XXX i teraz jest dyrektorem"
- bez żadnej rękojmi na to, bo mając dyplom człowiek nie może dostać pracy, to przecież nie wraca z reklamacją na uczelnię, mówiąc: oddajcie mi pięć lat życia!
Jak każdy Matrix, system edukacji kostnieje straszliwie w swych strukturach. Szkoła jest teraz taka, jaką ją wymyślono w XVIII wieku, by przygotowywała młodych ludzi do życia i pracy. Świat zewnętrzny się zmienił, a struktury i metody szkolne nie. Mamy komputery i internet, a dzieci piszą w zeszytach notatki dyktowane przez nauczyciela. Polonista dyktuje maturzystom biografię pisarza, a oni jak średniowieczni kopiści ją zapisują długopisem na papierze. Tymczasem większość z tych nastolatków mogłaby wyjąć smartfony i znaleźć na wikipedii tę biografię w pięć sekund. Kto kogo tu powinien uczyć funkcjonowania we współczesnym świecie??? Ale agenci systemu nawet tego nie widzą: "my się znamy na tym najlepiej, bo jesteśmy magistrami, profesorami, a jesteśmy profesorami, więc znamy się na tym najlepiej" - nie wychodzą mentalnie poza swój Matrix, mimo że rzeczywistość skrzeczy. Coraz wyraźniejszy bowiem jest rozziew pomiędzy tym, co sobą reprezentują absolwenci, a tym czego potrzebują pracodawcy. Profesorowie nie tracą jednak powodów do samozachwytu: "przecież mamy tak wspaniałych uczniów, wystawiliśmy im piątki!"
Jednemu z tych maturzystów pomagałam pisać CV. Przez 12 lat szkolnictwo nie nauczyło go nic, co mógłby tam wpisać, co przydałoby się ewentualnemu pracodawcy. Prawo jazdy zdobył sam, komputera nauczył się sam, angielski i tak wymagał doszlifowania na kursie.
Jeszcze 20 lat temu wiedzę czerpało się z xiążek, szukało się jej żmudnie kartkując katalogi i tomiszcza w bibliotekach. Im człowiek więcej pamiętał, tym sprawniej się z tym poruszał. Komputery, internet, wyszukiwarki i funkcja CTRL+F zdjęły z nas konieczność zarówno pamiętania, jak i szukania. Ten moment powinien być kopernikańskim przewrotem w nauczaniu. Kończymy z pamięciówą, przez co możemy usprawnić i skrócić edukację. Z wdrukowywania danych przesunąć ciężar na umiejętności docierania do nich, przetwarzania i wykorzystywania. To czego młodzież uczy się na studiach, mogłaby ogarnąć w technikum, to co w liceum możnaby zrobić w gimnazjum. I mając lat 19 iść do pracy. Uczelnie zostawiając tylko w takich dziedzinach jak prawo czy medycyna. A tymczasem co się stało??? Boom edukacyjny - 55% młodzieży, zamiast jak wcześniej kilkanaście, idzie na studia, po to by zdobywać coraz bardziej fasadowe dyplomy. Matrixowi naprawdę nie zależy na tym by się redukować!
Ludzie chodzą do szkoły, "by mieć skończoną szkołę": komunizm, religia i edukacja zostały wymyślone dla człowieka, ale rozrosły się w matrixy, stały celem same dla siebie, zaczęły służyć interesom swych agentów-funkcjonariuszy, a ludzi traktować jako narzędzie dla osiągania samoselfnych celów.
Na szczęście to wszystko widzę nie tylko ja, ale i mądrzejsi ode mnie:
"Człowiek się rodzi artystą i przez całą szkołę walczy, żeby tym artystą pozostać. Bo jak pójdzie do pracy, to supercenne się stanie, że on ma inne pomysły niż cała reszta. Wtedy nie będą szukać kujona, który odpowiedzi na każde pytanie szuka w książkach sprzed dziesięciu lat." - rozmowa z Miłoszem Brzezińskim, Duży Format. (Artykuł bardzo długi, tu fragmenty na ten temat. Tu całość.)
Nie trać czasu na studia - Newsweek : "Lepiej mieć porządny zawód, niż byle jakie studia – oto prawda o polskim rynku pracy. Uczelnie coraz skuteczniej przygotowują dziś do bezrobocia albo marnej pensji."
Wyższa Edukacja: ostatnia bańka spekulacyjna? - The Economist.
Czekam z utęsknieniem na dzień, kiedy ona pierdolnie z trzaskiem i przestanie ssać soki z ludzi żywcem.
-----
*W islamie za apostazję prawo państwowe oparte na szariacie przewiduje karę śmierci, a w mrocznych czasach chrześcijaństwa nie tylko palono heretyków na stosach, ale też stosowano zasadę "cuius regio eius religio".
**Skrzywdzone tym podejściem jest szczególnie moje pokolenie, bo nasi starzy, ukształtowani w komunizmie gdzie rzeczywiście papierek określał człowieka, potem wciskali dzieciom ściemę, że dyplom rzeczywiście je ustawi, po to by patrzeć jak prosto w bezrobocie czwórkami idą absolwenci w latach 90. i dwutysięcznych.
Na rektoracie US kłamliwa deklaracja: Non scholae sed vitae discimus. "Uczymy się dla życia, nie dla szkoły". A studenci zapytani "po co studiujesz?" zamiast odpowiedzieć "bo uczelnia wyposaży mnie w wiedzę i umiejętności potrzebne do wykonywania pracy" jak jeden mąż odpowiadają "bo jakiś papier trzeba mieć". Chodzą do szkoły, by mieć skończoną szkołę, a nie po to, by nauczyła ich radzić sobie w życiu.
Totalitaryzmy mają to do siebie, że próbują człowieka zniewolić okłamując go, że nic poza nimi nie istnieje.
Wachowscy pięknie to pokazali - ludzie którzy całą swoją energię oddają w służbie Systemu są oszukiwani od narodzenia do śmierci, że Matrix jest jedyną rzeczywistością, że nie ma dla niej alternatywy, że nic poza nim nie istnieje.
Takim Matrixem usiłował być komunizm, wbijając ludziom do głów że jest jedynie słusznym systemem powszechnej szczęśliwości, a zarazem szczelnie izolując obywateli przed doświadczeniem tego co na zewnątrz, filtrując medialnie informacje płynące z Zachodu, odmawiając paszportów. A obywatele całe swoje życie zmuszeni byli do pracy na rzecz systemu, pozbawieni w większości możliwości korzystania z jej owoców, którą daje tylko wolny rynek.
Skuteczniejszym Matrixem była niegdyś - i jest nadal w wielu miejscach - religia. "Poza Kościołem nie ma zbawienia". Poza Allahem i tak dalej. System przekonuje że wyjście z niego jest co najmniej skazaniem siebie samego na wieczne potępienie, a często i na karę śmierci doczesną*. I system ów - jak każdy Matrix - podporządkowuje sobie wszelkie aspekty życia jednostki - sferę światopoglądową, moralną, rodzinną, sexualną, wyznacza rytm pracy i odpoczynku, sexu i wstrzemięźliwości, postu i świętowania.
Nadal skutecznym i zakorzenionym w umysłach Matrixem jest system edukacji. Od podstawówki dzieci słyszą od rodziców i nauczycieli "skończ szkołę, bo będziesz nikim".** Funkcjonariusze systemu, agenci Matrixa, czyli nauczyciele, mają bezpośredni interes w przekonywaniu do tego kłamstwa - podporządkowują sobie jednostki, wymuszają posłuszeństwo i pokorę ucznia, wbrew swej woli oddanego w ich władzę. "Nie będę się buntował, bo mnie wyrzucą ze szkoły / uwalą na uczelni - i to będzie koniec". Im zależy na to, by młody człowiek wierzył, że poza edukacją nie ma dla niego perspektyw, że bez dyplomu nie będzie miał pracy - z tej wiary oni żyją, ona im daje pracę. Ta wiara rodziców i młodzieży sprawia, że ludzie oddają systemowi 18 lat życia, od zerówki po magisterkę, i to w tym okresie gdy człowiek jest najbardziej twórczy, najsilniejszy.
Jak każdy Matrix, system edukacji nie bierze odpowiedzialności za efekty podporządkowania się mu. Komunizm nie gwarantował szczęścia; skuteczność zbawiania przez religię jest o tyle dla kościołów wygodna, że absolutnie (sic!) nieweryfikowalna. Szkoły wyższe reklamują się:
"To na was czekają pracodawcy"
"Wybierz swoją przyszłość"
"Mój ojciec ukończył XXX i teraz jest dyrektorem"
- bez żadnej rękojmi na to, bo mając dyplom człowiek nie może dostać pracy, to przecież nie wraca z reklamacją na uczelnię, mówiąc: oddajcie mi pięć lat życia!
Jak każdy Matrix, system edukacji kostnieje straszliwie w swych strukturach. Szkoła jest teraz taka, jaką ją wymyślono w XVIII wieku, by przygotowywała młodych ludzi do życia i pracy. Świat zewnętrzny się zmienił, a struktury i metody szkolne nie. Mamy komputery i internet, a dzieci piszą w zeszytach notatki dyktowane przez nauczyciela. Polonista dyktuje maturzystom biografię pisarza, a oni jak średniowieczni kopiści ją zapisują długopisem na papierze. Tymczasem większość z tych nastolatków mogłaby wyjąć smartfony i znaleźć na wikipedii tę biografię w pięć sekund. Kto kogo tu powinien uczyć funkcjonowania we współczesnym świecie??? Ale agenci systemu nawet tego nie widzą: "my się znamy na tym najlepiej, bo jesteśmy magistrami, profesorami, a jesteśmy profesorami, więc znamy się na tym najlepiej" - nie wychodzą mentalnie poza swój Matrix, mimo że rzeczywistość skrzeczy. Coraz wyraźniejszy bowiem jest rozziew pomiędzy tym, co sobą reprezentują absolwenci, a tym czego potrzebują pracodawcy. Profesorowie nie tracą jednak powodów do samozachwytu: "przecież mamy tak wspaniałych uczniów, wystawiliśmy im piątki!"
Jednemu z tych maturzystów pomagałam pisać CV. Przez 12 lat szkolnictwo nie nauczyło go nic, co mógłby tam wpisać, co przydałoby się ewentualnemu pracodawcy. Prawo jazdy zdobył sam, komputera nauczył się sam, angielski i tak wymagał doszlifowania na kursie.
Jeszcze 20 lat temu wiedzę czerpało się z xiążek, szukało się jej żmudnie kartkując katalogi i tomiszcza w bibliotekach. Im człowiek więcej pamiętał, tym sprawniej się z tym poruszał. Komputery, internet, wyszukiwarki i funkcja CTRL+F zdjęły z nas konieczność zarówno pamiętania, jak i szukania. Ten moment powinien być kopernikańskim przewrotem w nauczaniu. Kończymy z pamięciówą, przez co możemy usprawnić i skrócić edukację. Z wdrukowywania danych przesunąć ciężar na umiejętności docierania do nich, przetwarzania i wykorzystywania. To czego młodzież uczy się na studiach, mogłaby ogarnąć w technikum, to co w liceum możnaby zrobić w gimnazjum. I mając lat 19 iść do pracy. Uczelnie zostawiając tylko w takich dziedzinach jak prawo czy medycyna. A tymczasem co się stało??? Boom edukacyjny - 55% młodzieży, zamiast jak wcześniej kilkanaście, idzie na studia, po to by zdobywać coraz bardziej fasadowe dyplomy. Matrixowi naprawdę nie zależy na tym by się redukować!
Ludzie chodzą do szkoły, "by mieć skończoną szkołę": komunizm, religia i edukacja zostały wymyślone dla człowieka, ale rozrosły się w matrixy, stały celem same dla siebie, zaczęły służyć interesom swych agentów-funkcjonariuszy, a ludzi traktować jako narzędzie dla osiągania samoselfnych celów.
Na szczęście to wszystko widzę nie tylko ja, ale i mądrzejsi ode mnie:
"Człowiek się rodzi artystą i przez całą szkołę walczy, żeby tym artystą pozostać. Bo jak pójdzie do pracy, to supercenne się stanie, że on ma inne pomysły niż cała reszta. Wtedy nie będą szukać kujona, który odpowiedzi na każde pytanie szuka w książkach sprzed dziesięciu lat." - rozmowa z Miłoszem Brzezińskim, Duży Format. (Artykuł bardzo długi, tu fragmenty na ten temat. Tu całość.)
Nie trać czasu na studia - Newsweek : "Lepiej mieć porządny zawód, niż byle jakie studia – oto prawda o polskim rynku pracy. Uczelnie coraz skuteczniej przygotowują dziś do bezrobocia albo marnej pensji."
Wyższa Edukacja: ostatnia bańka spekulacyjna? - The Economist.
Czekam z utęsknieniem na dzień, kiedy ona pierdolnie z trzaskiem i przestanie ssać soki z ludzi żywcem.
-----
*W islamie za apostazję prawo państwowe oparte na szariacie przewiduje karę śmierci, a w mrocznych czasach chrześcijaństwa nie tylko palono heretyków na stosach, ale też stosowano zasadę "cuius regio eius religio".
**Skrzywdzone tym podejściem jest szczególnie moje pokolenie, bo nasi starzy, ukształtowani w komunizmie gdzie rzeczywiście papierek określał człowieka, potem wciskali dzieciom ściemę, że dyplom rzeczywiście je ustawi, po to by patrzeć jak prosto w bezrobocie czwórkami idą absolwenci w latach 90. i dwutysięcznych.
niedziela, 8 stycznia 2012
Wolna do pracy (czasami)
Gdy moje dziecko miało trzy i pół roku, pierwszy raz od jego urodzenia byłam w pracy po godzinach, do 23:45.
Pamiętam że w intelektualnych dyskusjach w duszpasterstwie akademickim często poruszano problem relacji religii i wolności. Młodzieży pytającej dlaczego Kościół wystosowuje tyle zakazów i nakazów, odpowiadali duchowni, że ich wątpliwości to objaw niedojrzałości i roszczeniowej postawy, bo zamiast "wolności-od" należy szukać "wolności-do". "Wolność do" miała obejmować głównie postawy propagowane przez organizatorów, tak jak poświęcenie dla bliźniego lub płodzenie dużej ilości potomstwa oraz rezygnacji z rozwoju zawodowego na rzecz wychowania (oczywiście to ostatnie wyłącznie przez kobiety).
Kościół katolicki jednakowoż, w przeciwieństwie do protestanckich, marnie wspiera etos pracy. Praca w naszym kraju to synonim udręki i zniewolenia, czego wyrazem są takie nacechowane określenia jak "zatrudnienie" i "zwolnienie", "dni wolne od pracy".
Praca po godzinach, czy też ogólniej - wolność zadecydowania, w jaki sposób spędzi się wieczór, to ciężko osiągalny luxus; zarazem tak banalny, powszedni i niezauważalny dla ludzi wolnych-od-dzieci. Kiedy jest się kobietą-matką-pracownikiem, być w pracy o 23:45 to luxus. Siedząc w ciepłej ciemności biura, w złotawym kręgu światła rzucanym na biurko przez lampkę, tworząc rzeczy potrzebne ludziom, czułam się człowiekiem wolnym. To chyba była ta wolność-do: wolność DO pracy.
Pamiętam że w intelektualnych dyskusjach w duszpasterstwie akademickim często poruszano problem relacji religii i wolności. Młodzieży pytającej dlaczego Kościół wystosowuje tyle zakazów i nakazów, odpowiadali duchowni, że ich wątpliwości to objaw niedojrzałości i roszczeniowej postawy, bo zamiast "wolności-od" należy szukać "wolności-do". "Wolność do" miała obejmować głównie postawy propagowane przez organizatorów, tak jak poświęcenie dla bliźniego lub płodzenie dużej ilości potomstwa oraz rezygnacji z rozwoju zawodowego na rzecz wychowania (oczywiście to ostatnie wyłącznie przez kobiety).
Kościół katolicki jednakowoż, w przeciwieństwie do protestanckich, marnie wspiera etos pracy. Praca w naszym kraju to synonim udręki i zniewolenia, czego wyrazem są takie nacechowane określenia jak "zatrudnienie" i "zwolnienie", "dni wolne od pracy".
Praca po godzinach, czy też ogólniej - wolność zadecydowania, w jaki sposób spędzi się wieczór, to ciężko osiągalny luxus; zarazem tak banalny, powszedni i niezauważalny dla ludzi wolnych-od-dzieci. Kiedy jest się kobietą-matką-pracownikiem, być w pracy o 23:45 to luxus. Siedząc w ciepłej ciemności biura, w złotawym kręgu światła rzucanym na biurko przez lampkę, tworząc rzeczy potrzebne ludziom, czułam się człowiekiem wolnym. To chyba była ta wolność-do: wolność DO pracy.
Etykiety:
childfree - wolność od dziecka,
dziecko,
ekonomia,
religia,
rodzina,
społeczeństwo
sobota, 22 października 2011
Wynarodowienie, cz. 2
(aby pocieszyć TomLee)
Ostatnie dwa tygodnie spędziłam chodząc po Asyżu. Byłam w katedrze, gdzie chrzczono Franciszka (1182 rok), w bazylice wybudowanej dla niego parę lat po śmierci (1226) gdzie przechowuje się modlitwy i reguły pisane jego ręką. Freski Giotta i innych, pokrywające ściany i sklepienie bazyliki, zmieniły bieg historii europejskiego malarstwa. W tym czasie w kraju Polan i Wiślan była kompletna dzicz. Hotel, w którym mieszkaliśmy, mieści się w skrzydle pałacu wzniesionego w 1500 roku, i jak na asyskie warunki, jest naprawdę niezbyt starym budynkiem. Skoro tam, wtedy, była taka kultura, to nic dziwnego, że zafascynowali się nią ludzie z kurnych chat północy. Łacina i sztuka Włoch były dominantą europejskiej logosfery w tamtym czasie. Wkrótce nacjopuryści wymyślili pogardliwe określenie "makaronizm" na wyrazy z innych języków użyte w polskojęzycznych wypowiedziach. Wiele z tych lexemów wsiąknęło w tkankę języka polskiego tak głęboko że obecnie nie domyślamy się ich italskiego źródłosłowu. Np. "dom" jest zapożyczeniem z łaciny.
Mechanizm ten jest prosty. Społeczeństwo najlepiej prosperujące ekonomicznie ma najwięcej "mocy przerobowych" które można zwolnić z walki o biologiczne przetrwanie, i umożliwić im zajęcie się rzeczami niepotrzebnymi: pisaniem, malowaniem, rzeźbieniem ozdóbek na fasady domów. Po Italii w międzynarodowej kulturze ton nadawać zaczęła Francja. Lingua franca zastąpiła łacinę na pozycji języka międzynarodowego. W Polsce, jak i wszędzie, Paryż, "stolica świata" był ostateczną wyrocznią we wszelkich dziedzinach. Potem tę rolę przejęły kraje anglojęzyczne. Polacy "paw narodów i papuga", ulegali tym wszystkim modom i asymilowali do swojej kultury wymysły innych nacji. Nie wynarodowili się jak widać. Zatem nie wynarodowią się i tym razem. Fascynacja lepiej rozwiniętymi kulturami pozwoliła im wzbogacić własną. "Jeśli ja mam dolara i ty masz dolara, i wymienimy się, każde z nas będzie mieć po dolarze. Jeśli ja mam ideę, i ty masz ideę, i wymienimy się, każde z nas będzie miało dwie". Rozmaitość jest wartością.
(wcześniej o wynarodowieniu)
.
![]() |
| Basilica di San Francesco, 1230, Assisi |
Ostatnie dwa tygodnie spędziłam chodząc po Asyżu. Byłam w katedrze, gdzie chrzczono Franciszka (1182 rok), w bazylice wybudowanej dla niego parę lat po śmierci (1226) gdzie przechowuje się modlitwy i reguły pisane jego ręką. Freski Giotta i innych, pokrywające ściany i sklepienie bazyliki, zmieniły bieg historii europejskiego malarstwa. W tym czasie w kraju Polan i Wiślan była kompletna dzicz. Hotel, w którym mieszkaliśmy, mieści się w skrzydle pałacu wzniesionego w 1500 roku, i jak na asyskie warunki, jest naprawdę niezbyt starym budynkiem. Skoro tam, wtedy, była taka kultura, to nic dziwnego, że zafascynowali się nią ludzie z kurnych chat północy. Łacina i sztuka Włoch były dominantą europejskiej logosfery w tamtym czasie. Wkrótce nacjopuryści wymyślili pogardliwe określenie "makaronizm" na wyrazy z innych języków użyte w polskojęzycznych wypowiedziach. Wiele z tych lexemów wsiąknęło w tkankę języka polskiego tak głęboko że obecnie nie domyślamy się ich italskiego źródłosłowu. Np. "dom" jest zapożyczeniem z łaciny.
![]() | |
| Basilica di San Francesco, 1235, Assisi |
(wcześniej o wynarodowieniu)
.
Etykiety:
ekonomia,
Franciszek i Asyż,
literatura,
podróże,
społeczeństwo
czwartek, 20 stycznia 2011
Zarządzanie frustracją
Nie rób tego nie rób tamtego
nigdy nie odpowiadaj
nie mów z jedzeniem w ustach
po prostu bądź cicho kiedy mówią dorośli
nie jestem wredny jestem po prostu uczciwy
bo naprawdę dbam o ciebie
wiesz że cię kocham
więc zamknij mordę
masz po prostu robić to co każę
(Do what I say, Clawfinger)
Psychologia rozwojowa dawno już rozpoznała takie proste zjawisko, że dziecko traktowane autorytarnie, zmuszane do wykonywania nakazów i zakazów bez uzasadnień, dziecko którego rodzice nie zadają sobie trudu tłumaczenia mu dlaczego i po co warto lub nie warto robić tego czy tamtego, nabiera przeświadczenia, że rzeczywistością rządzą nie obiektywne zjawiska, prawa fizyki i psychiki, ale wola silniejszego. Takie dziecko będzie potem dążyć nie do życia w harmonii z otoczeniem, ale do zdobycia nad nim władzy, jako jedynej znanej mu metody zaspokojenia swoich potrzeb.
Poniosłem koszty żeby cię dobrze wychować
zrobiłem wszystko co w mej mocy
więc nie waż się kiedykolwiek mówić
że nigdy o ciebie nie dbałem
Jesteś za duży by płakać
jesteś za mały by wiedzieć
ale jak dorośniesz zrozumiesz
jesteś mój posiadam cię
patrz na mnie mówię do ciebie
nie mów do mnie takim tonem
zamknij pysk
masz po prostu robić to co mówię
(Do what I say, Clawfinger)
Myślę o tym, kiedy w różnych przekazach marketingowych co chwila natykam się na "zarządzanie". Zarządzać można teraz już wszystkim. Jakością, zasobami ludzkimi... Jest zarządzanie różnorodnością, zarządzanie zmianą, zarządzanie konfliktem, nawet zarządzanie kryzysem. W jaki target utrafia ten przekaz? Kogo tak kusi to słodkie słowo? Młodych gniewnych w krawatach, których podmiotowości rodzice nie szanowali, którzy byli pomiatani i upokorzeni w dzieciństwie, więc teraz chcą sami pomiatać i upokarzać? Jaki rodzaj ludzi pcha się na stołki w urzędach i korporacjach???
... Jeśli cię kiedykolwiek uderzyłem
to dlatego że musiałem
zrobiłeś źle i zasługujesz na karę
musisz zapłacić
... Ciesz się tym co masz
nie mów że jesteś samotny
powinieneś się cieszyć że masz dom
patrz mi w oczy, musisz zrozumieć
ustanawiam zasady dla twojego dobra
musisz robić to co mówię
(Do what I say, Clawfinger)
Ten mały chłopiec w piosence Clawfinger powtarza zatem w refrenie: "Kiedy dorosnę, przyjdzie dzień, kiedy wszyscy będą musieli robić to co ja każę. Po mojemu".
when i grow up there will be a day
when everybody has to do what i say
when i grow up there will be a day
when everybody has to do it my way
piątek, 19 listopada 2010
Świadom praw i obowiązków...
W ramach zachowywania higieny psychicznej w okresie przedwyborczym nie słucham radia i nie czytam serwisów informacyjnych. Ostatnio jednakowoż gdy robiłam jakieś jedzenie Dziuny włączył radio i zaraz zaczęły się spoty. Pierwsza w bloku była reklama partii której nazwa nie padła na początku. Zaczęło się od razu od haseł. "Mam prawo do mieszkań. Mam prawo do dróg. Mam prawo do przedszkoli..." tych praw było tam z kilkanaście więc nie zapamiętałam wszystkich.
Żyję już zbyt długo na tym świecie by wiedzieć, jak należy słuchać tego co mówią politycy. Kiedy ogłaszają swoje programy, z reguły wcale nie chcą robić tego, co obiecują, albo chcą, ale nie wiedzą jak. Ich słowa najlepiej odczytywać poprzez poetykę odbioru. Czyli: "jaki rodzaj ludzi zagłosuje na mnie, jeśli będę mówił takie rzeczy".
Jaki zatem obraz obywatela-wyborcy wyłania się z powyższego spotu? To osoba która najchętniej usiadłaby na tyłku i czekała, aż się jej poda na tacy wszystko, co potrzebne do życia. Spot nie mówi, skąd miałyby się wziąć te drogi, mieszkania i przedszkola. A każdy kto ma chociaż odrobinę oleju w głowie, wie że aby coś zaistniało, trzeba to stworzyć, wypracować. Ktoś musi kłaść cegły czy asfalt, a ktoś inny w tym czasie w inny sposób pracować na ziemniaki dla budowlańca. Nawet jeśli drogę buduje państwo, to z podatków, czyli z zarobków obywateli. Aczkolwiek, ten aspekt w spocie wcale nie jest poruszony. Nadawca zatem kieruje swój przekaz do osób o potencjale intelektualnym na tyle ograniczonym żeby nie rozumiały tego mechanizmu. Do osób na tyle infantylnych żeby traktowały państwo podobnie jak w dzieciństwie tatę, który dysponuje nieograniczonymi (z punktu widzenia dziecka) zasobami finansowymi które nie wiadomo skąd się biorą, a zaspokajanie potrzeb może się odbyć wyłącznie na drodze naprzykrzania się tatusiowi wystarczająco długiego, by dla świętego spokoju sięgnął po portfel.
Państwo kierowane przez ludzi, którzy nagrywają takie spoty, robi dokładnie tak samo. Tylko że sięga do portfeli naszych - uczciwie pracujących obywateli. I daje dzieciom - osobnikom o podobnej jak u dzieci inteligencji, produktywności i odpowiedzialności - którzy zagłosują na nich w następnych wyborach.
Na koniec spotu padła nazwa partii będącej jego autorem. Nie udało się im mnie zaskoczyć - wiedziałam to od pierwszego zdania tej litanii pobożnych życzeń. Czy raczej roszczeń. Słowo, które powtarzało się w każdym zdaniu, występuje też w nazwie tej partii. Jak dotąd ugrupowanie to symulowało, że chodzi o inne znaczenie tego wyrazu - o przepisy, zasady. Wreszcie się okazało że celem jest domaganie się od jednych by pracowali na to, co innym się wydaje, że im się należy.
Partia, która by powiedziała: "Mamy obowiązek pracować, aby powstały przedszkola, drogi i mieszkania" nie ma jednakowoż szans w kraju, w którym pracę traktuje się jak karę i krzywdę (na co wskazuje cała powiązana frazeologia; te "dni wolne od pracy", te "wynagrodzenia"; nawet utrata pracy to "zwolnienie"!). Niewielu tu jest takich, którzy rozumieją, że nie należy pytać, co kraj może zrobić dla ciebie. Lecz pytać, co ty możesz zrobić dla siebie. Zarobić na swoje mieszkanie. Zarobić na lekarza. Zarobić na podatki z których zbudują ci przedszkole i drogę. To z pracy bierze się dobrobyt. Jakie oczywiste. Dla mnie.
Żyję już zbyt długo na tym świecie by wiedzieć, jak należy słuchać tego co mówią politycy. Kiedy ogłaszają swoje programy, z reguły wcale nie chcą robić tego, co obiecują, albo chcą, ale nie wiedzą jak. Ich słowa najlepiej odczytywać poprzez poetykę odbioru. Czyli: "jaki rodzaj ludzi zagłosuje na mnie, jeśli będę mówił takie rzeczy".
Jaki zatem obraz obywatela-wyborcy wyłania się z powyższego spotu? To osoba która najchętniej usiadłaby na tyłku i czekała, aż się jej poda na tacy wszystko, co potrzebne do życia. Spot nie mówi, skąd miałyby się wziąć te drogi, mieszkania i przedszkola. A każdy kto ma chociaż odrobinę oleju w głowie, wie że aby coś zaistniało, trzeba to stworzyć, wypracować. Ktoś musi kłaść cegły czy asfalt, a ktoś inny w tym czasie w inny sposób pracować na ziemniaki dla budowlańca. Nawet jeśli drogę buduje państwo, to z podatków, czyli z zarobków obywateli. Aczkolwiek, ten aspekt w spocie wcale nie jest poruszony. Nadawca zatem kieruje swój przekaz do osób o potencjale intelektualnym na tyle ograniczonym żeby nie rozumiały tego mechanizmu. Do osób na tyle infantylnych żeby traktowały państwo podobnie jak w dzieciństwie tatę, który dysponuje nieograniczonymi (z punktu widzenia dziecka) zasobami finansowymi które nie wiadomo skąd się biorą, a zaspokajanie potrzeb może się odbyć wyłącznie na drodze naprzykrzania się tatusiowi wystarczająco długiego, by dla świętego spokoju sięgnął po portfel.
Państwo kierowane przez ludzi, którzy nagrywają takie spoty, robi dokładnie tak samo. Tylko że sięga do portfeli naszych - uczciwie pracujących obywateli. I daje dzieciom - osobnikom o podobnej jak u dzieci inteligencji, produktywności i odpowiedzialności - którzy zagłosują na nich w następnych wyborach.
Na koniec spotu padła nazwa partii będącej jego autorem. Nie udało się im mnie zaskoczyć - wiedziałam to od pierwszego zdania tej litanii pobożnych życzeń. Czy raczej roszczeń. Słowo, które powtarzało się w każdym zdaniu, występuje też w nazwie tej partii. Jak dotąd ugrupowanie to symulowało, że chodzi o inne znaczenie tego wyrazu - o przepisy, zasady. Wreszcie się okazało że celem jest domaganie się od jednych by pracowali na to, co innym się wydaje, że im się należy.
Partia, która by powiedziała: "Mamy obowiązek pracować, aby powstały przedszkola, drogi i mieszkania" nie ma jednakowoż szans w kraju, w którym pracę traktuje się jak karę i krzywdę (na co wskazuje cała powiązana frazeologia; te "dni wolne od pracy", te "wynagrodzenia"; nawet utrata pracy to "zwolnienie"!). Niewielu tu jest takich, którzy rozumieją, że nie należy pytać, co kraj może zrobić dla ciebie. Lecz pytać, co ty możesz zrobić dla siebie. Zarobić na swoje mieszkanie. Zarobić na lekarza. Zarobić na podatki z których zbudują ci przedszkole i drogę. To z pracy bierze się dobrobyt. Jakie oczywiste. Dla mnie.
poniedziałek, 26 lipca 2010
Objąć obcego jak swojego. To w naszej naturze.
Obłędnie piękne
A że komercyjne? Dobrze że są firmy mające środki by sponsorować takie arcydzieła sztuki filmowej. Swoją drogą, reklamowana idea przekazana w sposób mistrzowski. Reklama jest wszak odrębną gałęzią sztuki.
A że komercyjne? Dobrze że są firmy mające środki by sponsorować takie arcydzieła sztuki filmowej. Swoją drogą, reklamowana idea przekazana w sposób mistrzowski. Reklama jest wszak odrębną gałęzią sztuki.
wtorek, 1 czerwca 2010
"Wolność", czyli nieróbstwo
Polacy mają wciąż pretensje że żyją za biednie, ale pracować im się nie chce. Tzn. chcą mieć pracę, ale nie pracować, albo możliwie najmniej. Tak jakby firmy brały pieniądze na pensje z kosmosu, a nie ze sprzedaży wypracowanych towarów i usług.
Parlament Najjaśniejszej Rzeczpospolitej uchwalił właśnie, że będzie jeszcze jeden dzień "wolny" (!!!) od pracy - święto Trzech Króli. Niejako "w zamian" zniesiono jeszcze durniejszy przepis, że jeśli święto państwowe czy kościelne wypadało w sobotę, to pracodawca miał obowiązek dać pracownikom dzień niepracujący extra, żeby nie byli "pokrzywdzeni", że im święto "przepadło". Dzięki tej "zamianie", jak policzono z kalendarzem w ręku, w ciągu najbliższych 10 lat "pracownicy stracą" o jeden dzień "wolny" mniej niż "zyskają". Ale w praktyce, jeśli do Bożego Narodzenia i Nowego Roku dojdzie jeszcze jedno święto tydzień później, to oznacza, że w tym kraju durni i leni, za sprawą zaledwie czterech dni ustawowo "wolnych", nic nie będzie funkcjonowało przez bity miesiąc. Zajawki tego dają nam wszak już obecne "długie weekendy", kiedy jeden czy dwa dni świąteczne powodują tygodniową wyrwę w rzeczywistości. Dramatyczne jest też że ten czas przypadnie na przełom roku podatkowego, kiedy w firmach często jest bardzo dużo rzeczy do zrobienia. Ustawodawca, wszak biorący stronę nieszczęsnych, bo zmuszanych do pracy robotników, daje im narzędzia przewagi nad pracodawcą, np. 4 dni urlopu "na żądanie" - na przełomie roku zbiera się ich zatem osiem. Niech się w firmie wali i pali, ale robotnik ma prawo do nieróbstwa.
"Bez pracy nie ma kołaczy" - żądny konsumpcji naród zapomniał chyba o tym. A wszak nie bez powodu dżingiel "Informatora Ekonomicznego" w Trójce (9:30) to piosenka idących do kopalni krasnoludków: "Haj hoł, do pracy by się szło!"
Parlament Najjaśniejszej Rzeczpospolitej uchwalił właśnie, że będzie jeszcze jeden dzień "wolny" (!!!) od pracy - święto Trzech Króli. Niejako "w zamian" zniesiono jeszcze durniejszy przepis, że jeśli święto państwowe czy kościelne wypadało w sobotę, to pracodawca miał obowiązek dać pracownikom dzień niepracujący extra, żeby nie byli "pokrzywdzeni", że im święto "przepadło". Dzięki tej "zamianie", jak policzono z kalendarzem w ręku, w ciągu najbliższych 10 lat "pracownicy stracą" o jeden dzień "wolny" mniej niż "zyskają". Ale w praktyce, jeśli do Bożego Narodzenia i Nowego Roku dojdzie jeszcze jedno święto tydzień później, to oznacza, że w tym kraju durni i leni, za sprawą zaledwie czterech dni ustawowo "wolnych", nic nie będzie funkcjonowało przez bity miesiąc. Zajawki tego dają nam wszak już obecne "długie weekendy", kiedy jeden czy dwa dni świąteczne powodują tygodniową wyrwę w rzeczywistości. Dramatyczne jest też że ten czas przypadnie na przełom roku podatkowego, kiedy w firmach często jest bardzo dużo rzeczy do zrobienia. Ustawodawca, wszak biorący stronę nieszczęsnych, bo zmuszanych do pracy robotników, daje im narzędzia przewagi nad pracodawcą, np. 4 dni urlopu "na żądanie" - na przełomie roku zbiera się ich zatem osiem. Niech się w firmie wali i pali, ale robotnik ma prawo do nieróbstwa.
"Bez pracy nie ma kołaczy" - żądny konsumpcji naród zapomniał chyba o tym. A wszak nie bez powodu dżingiel "Informatora Ekonomicznego" w Trójce (9:30) to piosenka idących do kopalni krasnoludków: "Haj hoł, do pracy by się szło!"
poniedziałek, 22 marca 2010
Kopenhaga, miasto rowerzystów
- Raz w miesiącu jest taka akcja, duża ilość rowerzystów jedzie razem przez miasto...
Boss na to:
- To u nas w Kopenhadze takie coś jest dwa razy dziennie: rano i po południu...
Przekonaliśmy się o tym w czasie naszych biznesowych podróży do słodkiej stolicy Danii, miasta w którym jest więcej rowerów niż ludzi (560 tys. - 519 tys.) Prawie każda ulica ze ścieżką rowerową, wielopoziomowe parkingi przy stacjach metra. Wielu mieszkańców podmiejskich obszarów używa dwóch rowerów: jednym dojeżdżają do kolejki (która jest tak komfortowa, że w domu nie mam takich kanap jak w tych pociągach) a drugim od dworca do pracy. Ten rower czeka na nich całą noc w centrum miasta, aż wrócą po niego rano. Pedałują ludzie młodzi i starzy, w dżinsach i garniturach, nawet w sukniach, z dziećmi w przyczepkach, widzieliśmy nawet rowerzystę z wielką wiolonczelą na plecach.
Jest kilka powodów, dla których to się udało. Najważniejszym z nich jest mentalność mieszkańców Danii. Egalitaryzm to dla nich ważna wartość, stąd obnoszenie się ze swoim statusem materialnym jest zachowaniem niegodnym przyzwoitego człowieka. A skoro nie ma wśród Duńczyków presji by szpanować samochodem, to chętnie wybierają pojazd, który ułatwia życie im i całej społeczności: nie hałasuje, nie śmierdzi, nie truje człowieka i przyrody, poprawia zdrowie, jest tańszy, nie utyka w korkach i daje możliwość bezpośredniego obcowania z otaczającą rzeczywistością. (7 zalet roweru, wg urzędu miejskiego Kopenhagi :-)) Postawa obywatelska i myślenie w kategoriach ogólnospołecznych są tam dużo powszechniejsze niż, niestety, u nas. A także dbanie o drugiego człowieka, wyrażające się w kulturze jazdy kierowców aut, którzy bardzo uważają na rowery. Może dlatego że mają świadomość, że każdy rowerzysta to dla każdego kierowcy auta mniejsze korki i mniejszy tłok na parkingu.
Druga sprawa to mądrość władz miasta - która nie dziwi, bo w demokracji jakie społeczeństwo, takie władze. Kopenhaga jest celowo organizowana jako "miasto dla ludzi" i to się czuje w niej wszędzie. Działania mające na celu zwiększenie udziału rowerów w ruchu miejskim, prowadzone konsekwentnie od lat, przynoszą efekty. Inwestycja w infrastrukturę rowerową (350km ścieżek, 5000 miejsc w dwupoziomowych stojakach parkingowych, w tym tysiąc w mobilnych, na użytek imprez masowych!!!) i bezpieczeństwo rowerzystów (ilość wypadków zmniejszona o 70% od roku 1996 do 2006) opłaca się zresztą całemu społeczeństwu. "Kiedy osoba wybiera rower, społeczeństwo zyskuje 1,22 korony za każdy przejechany kilometr. Odwrotnie, społeczeństwo ponosi stratę 0,69 DKK za każdy kilometr przejechany samochodem". "Sumarycznie poprawa zdrowia i długości życia dzięki jeździe na rowerze jest siedmiokrotnie większa niż koszt wypadków." (urząd miejski Kopenhagi)
Pamiętam szok jaki przeżyłam widząc parking przy parlamencie Królestwa Danii - kilkanaście aut i dwieście rowerów. :-) (na zdjęciu) Ale czemu się dziwić, skoro sama Królowa Małgorzata jeździ rowerem po zakupy? (Do pracy nie jeździ, bo pracuje z domu - jako jedyny zresztą monarcha w Europie)
Obejrzyjcie też, chociażby dla pięknych zdjęć, municypalny raport o ruchu rowerowym (in English), oraz sekcję "Kopenhaga miasto rowerzystów" (in English) na stronach urzędu miasta. Dane w nich zawarte pokazują, że prawdą jest co mówią kopenhascy urzędnicy: "Jeśli jest wola - znajdzie się sposób".
Etykiety:
ekologia,
ekonomia,
kurierzy rowerowi,
podróże,
Skandynawia,
społeczeństwo
poniedziałek, 15 marca 2010
Ratuj świat, a ja sobie odpocznę... (Nowenna w intencji ofiar patriarchatu)
Katolicki ideolog patriarchatu, Jacek Pulikowski, przedstawia aktywność zawodową kobiet jako potężne zagrożenie i wielką krzywdę dla rodziny. Zapytany o to, dlaczego kobiety miałyby nie mieć moralnego prawa do rozwijania się również na płaszczyźnie zawodowej i społecznej, odpowiada:
Takie postawienie sprawy jest dosyć sprytne. Walka z kupą zupą i dupą jako misja zbawcza dla ludzkości, i to ty żono jesteś supermenem, więc zbawiaj, a ja wychodzę na 8 godzin do pracy, gdzie nikt nie wrzeszczy i nie robi w majty. Acha, po pracy będę zmęczony i będę potrzebował obiadu na stole i spokoju podczas siedzenia w fotelu - żona w tym czasie musi uciszyć dzieci, "bo tatuś odpoczywa". (dosłownie takie zalecenia dla żon figurują w xiążce ww. autora "Warto być ojcem", Poznań 1999, s. 30-31).
Oczywiście pisząc o "niezastąpieniu" Jacek Pulikowski obraża wielką rzeszę wspaniałych ojców, którzy owszem potrafią zaopiekować się dzieckiem, także noworodkiem, kiedy np. matka zostaje w szpitalu na skutek komplikacji po porodzie lub by podtrzymać kolejną ciążę. Obraża przede wszystkim mojego męża, który dla Alanka jest niezastąpiony, bardziej niż ja.
Argument o altruizmie natomiast jest już niemoralny. O ile rozumiem katolicką etykę, tę bazową, wynikającą z przykazań, to altruizm, czyli miłość bliźniego, obowiązuje wszystkich, mężczyzn też. Dlaczego to tylko żony mają zwalczać swój "egoizm", czyli chęć rozwoju zawodowego? Proste. Kobieta która nie ma własnych pieniędzy i do tego obciążona jest dziećmi, jest ubezwłasnowolniona, a o to przecież chodzi w patriarchacie. Dzieci są tu istotne, bo konieczność ich utrzymania jest dodatkową przesłanką by pozostać w małżeństwie, nawet gdy jest toxyczne. Stąd taka obsesja na punkcie rozpłodu w patriarchalnych ideologiach. Każdy poród to przerwa w pracy zawodowej i kolejne dziecko do ewentualnego wykarmienia.
Oczywiście, Jacek Pulikowski owija to wszystko w gładkie zapewnienia o tym, że mężczyzna powinien kochać, szanować, nie nadużywać etc. A więc: organizuje rodzinę systemowo w taki sposób, że pełna kontrola nad wszystkim pozostaje w ręku męża-ojca, i teraz, kiedy już nie ma możliwości zmiany, liczy na to, że będzie to człowiek idealny, który podejmując decyzje, o ile w ogóle łaskawie zechce wysłuchać opinii żony, nie będzie dawał jej odczuć że jest ona darmozjadem na jego garnuszku. Zakłada, że nie będzie ulegał pokusie by swą ewidentną przewagę wykorzystywać dla własnych, a nie ogólnorodzinnych, celów. Bez żadnego planu B, na wypadek gdyby jednak było odwrotnie. Mężowi daje narzędzia by mógł swą władzę egzekwować; żona na wyegzekwowanie "miłości, szacunku, nie-nadużywania" nie dostaje sposobów żadnych.
W prawdziwym życiu takie idealistyczne założenia rzadko się sprawdzają. Dlatego niezależność finansowa kobiety jest równie potrzebna jak OC i NW dla kierowcy. Nikt nie zakłada że będzie miał wypadek, gdyby przyjmował taką ewentualność, to by nie jeździł. Ale jednak wypadki się zdarzają, i dlatego ubezpieczamy się, mimo że według założeń nie będzie trzeba z polisy skorzystać. To ona, a nie wiara w odpowiedzialność innych kierowców daje nam nie tylko poczucie, ale i gwarancję bezpieczeństwa. Niestety nie da się rozwiązywać sytuacji realnych na bazie założeń idealnych.
Obawiam się bowiem, że sytuacja, w której ktoś ma pełnię władzy w rękach i nie korzysta z niej choć trochę we własnym interesie jest w rodzinie równie częsta jak w polityce.
Niniejszym kończąc oktawę Dnia Kobiet polecam zainteresowanym czytelnikom jako lekturę do domu omówienie ww. xiążki. Autorka przytacza wizje Pulikowskiego i w bardzo trafny sposób wykazuje, jak są oparte na stereotypach i krzywdzące, zarówno dla kobiet jak i mężczyzn. Do zagadnienia patriarchatu i jego wzajemnych uwikłań z religią zamierzam jeszcze powrócić, a poglądy Pulikowskiego wyrażone w tej xiążce będą mi służyć jako ilustracja.
Antyfona: Pozwólmy każdemu być sobą. Niech to kobiety decydują o tym, czy iść do pracy czy zająć się domem i dziećmi. Niech nikt nie daje sobie prawa do krytykowania ich wyborów.
_
Podsumowanie Nowenny
Komentarze do Nowenny
Od genitaliów do Nowenny
__________________________________________________________________
Macierzyństwo uważam za najważniejsze i najwyższego uznania godne w świecie zadanie, wręcz misję. (...) w kontakcie z małym, nieporadnym i bezbronnym dzieckiem kobieta rozwija się nieporównywalnie bardziej niż w fascynującej i przynoszącej wysokie zarobki pracy zawodowej. Chodzi tu mi o rozwój osobowości, polegający w dużej mierze na ograniczeniu własnego egoizmu na rzecz postawy altruistycznej — postawy miłości. (...) uważam, że dla losów świata najważniejsze jest rodzenie i dobre wychowanie dzieci, a kobiety w tym względzie są niezastąpione. (podkreślenia moje).
Takie postawienie sprawy jest dosyć sprytne. Walka z kupą zupą i dupą jako misja zbawcza dla ludzkości, i to ty żono jesteś supermenem, więc zbawiaj, a ja wychodzę na 8 godzin do pracy, gdzie nikt nie wrzeszczy i nie robi w majty. Acha, po pracy będę zmęczony i będę potrzebował obiadu na stole i spokoju podczas siedzenia w fotelu - żona w tym czasie musi uciszyć dzieci, "bo tatuś odpoczywa". (dosłownie takie zalecenia dla żon figurują w xiążce ww. autora "Warto być ojcem", Poznań 1999, s. 30-31).
Oczywiście pisząc o "niezastąpieniu" Jacek Pulikowski obraża wielką rzeszę wspaniałych ojców, którzy owszem potrafią zaopiekować się dzieckiem, także noworodkiem, kiedy np. matka zostaje w szpitalu na skutek komplikacji po porodzie lub by podtrzymać kolejną ciążę. Obraża przede wszystkim mojego męża, który dla Alanka jest niezastąpiony, bardziej niż ja.
Argument o altruizmie natomiast jest już niemoralny. O ile rozumiem katolicką etykę, tę bazową, wynikającą z przykazań, to altruizm, czyli miłość bliźniego, obowiązuje wszystkich, mężczyzn też. Dlaczego to tylko żony mają zwalczać swój "egoizm", czyli chęć rozwoju zawodowego? Proste. Kobieta która nie ma własnych pieniędzy i do tego obciążona jest dziećmi, jest ubezwłasnowolniona, a o to przecież chodzi w patriarchacie. Dzieci są tu istotne, bo konieczność ich utrzymania jest dodatkową przesłanką by pozostać w małżeństwie, nawet gdy jest toxyczne. Stąd taka obsesja na punkcie rozpłodu w patriarchalnych ideologiach. Każdy poród to przerwa w pracy zawodowej i kolejne dziecko do ewentualnego wykarmienia.
Oczywiście, Jacek Pulikowski owija to wszystko w gładkie zapewnienia o tym, że mężczyzna powinien kochać, szanować, nie nadużywać etc. A więc: organizuje rodzinę systemowo w taki sposób, że pełna kontrola nad wszystkim pozostaje w ręku męża-ojca, i teraz, kiedy już nie ma możliwości zmiany, liczy na to, że będzie to człowiek idealny, który podejmując decyzje, o ile w ogóle łaskawie zechce wysłuchać opinii żony, nie będzie dawał jej odczuć że jest ona darmozjadem na jego garnuszku. Zakłada, że nie będzie ulegał pokusie by swą ewidentną przewagę wykorzystywać dla własnych, a nie ogólnorodzinnych, celów. Bez żadnego planu B, na wypadek gdyby jednak było odwrotnie. Mężowi daje narzędzia by mógł swą władzę egzekwować; żona na wyegzekwowanie "miłości, szacunku, nie-nadużywania" nie dostaje sposobów żadnych.
W prawdziwym życiu takie idealistyczne założenia rzadko się sprawdzają. Dlatego niezależność finansowa kobiety jest równie potrzebna jak OC i NW dla kierowcy. Nikt nie zakłada że będzie miał wypadek, gdyby przyjmował taką ewentualność, to by nie jeździł. Ale jednak wypadki się zdarzają, i dlatego ubezpieczamy się, mimo że według założeń nie będzie trzeba z polisy skorzystać. To ona, a nie wiara w odpowiedzialność innych kierowców daje nam nie tylko poczucie, ale i gwarancję bezpieczeństwa. Niestety nie da się rozwiązywać sytuacji realnych na bazie założeń idealnych.
Obawiam się bowiem, że sytuacja, w której ktoś ma pełnię władzy w rękach i nie korzysta z niej choć trochę we własnym interesie jest w rodzinie równie częsta jak w polityce.
Niniejszym kończąc oktawę Dnia Kobiet polecam zainteresowanym czytelnikom jako lekturę do domu omówienie ww. xiążki. Autorka przytacza wizje Pulikowskiego i w bardzo trafny sposób wykazuje, jak są oparte na stereotypach i krzywdzące, zarówno dla kobiet jak i mężczyzn. Do zagadnienia patriarchatu i jego wzajemnych uwikłań z religią zamierzam jeszcze powrócić, a poglądy Pulikowskiego wyrażone w tej xiążce będą mi służyć jako ilustracja.
Antyfona: Pozwólmy każdemu być sobą. Niech to kobiety decydują o tym, czy iść do pracy czy zająć się domem i dziećmi. Niech nikt nie daje sobie prawa do krytykowania ich wyborów.
_
Podsumowanie Nowenny
Komentarze do Nowenny
Od genitaliów do Nowenny
__________________________________________________________________
sobota, 13 marca 2010
Prorodzinność przeszkadza katolikom? (Nowenna, 6)
Nowenna w Oktawie Dnia Kobiet - w intencji tych, którym narzucone stereotypy nie pozwalają żyć w zgodzie z sobą. (poprzednie dni: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty, następne: siódmy, ósmy)
Fronda modli się: "za pracodawców, których sterroryzowano ustawodawstwem wspierającym "równouprawnienie"".
Tu już nie mogę się dalej modlić bo mnie śmiech pusty ogarnia. Oczywiście, uważam że regulacje zrzucające na firmy ciężar ekonomiczny poprawiania demografii są słuszne z punktu widzenia relacji interpersonalnych i społecznych, ale ekonomicznie idiotyczne, i prowadzą do jeszcze większych oporów przed zatrudnianiem kobiet. Tak więc dla nich są niekorzystne długofalowo. Ale że katolicki portal potępia takie "prorodzinne" praktyki? Jak może im zależeć na tym by kobietom nie ułatwiać godzenia życia zawodowego z rodzinnym? To tylko pozorny paradox. Chodzi im bowiem o to żeby kobiety w ogóle nie pracowały zawodowo. Nie miały własnych pieniędzy, a zatem - możliwości samostanowienia. Wtedy są zupełnie uzależnione i poddane władzy współmałżonka. I o to właśnie chodzi w patriarchacie. Dlatego też ludzie typu Jacek Pulikowski wmawiają kobietom, że pracując zawodowo krzywdzą swą rodzinę. Mężczyźni oczywiście nie krzywdzą. Hahaha.
C.D.N.
(następne dni: siódmy, ósmy, Podsumowanie Nowenny, Komentarze do Nowenny, Od genitaliów do Nowenny)
Fronda modli się: "za pracodawców, których sterroryzowano ustawodawstwem wspierającym "równouprawnienie"".
Tu już nie mogę się dalej modlić bo mnie śmiech pusty ogarnia. Oczywiście, uważam że regulacje zrzucające na firmy ciężar ekonomiczny poprawiania demografii są słuszne z punktu widzenia relacji interpersonalnych i społecznych, ale ekonomicznie idiotyczne, i prowadzą do jeszcze większych oporów przed zatrudnianiem kobiet. Tak więc dla nich są niekorzystne długofalowo. Ale że katolicki portal potępia takie "prorodzinne" praktyki? Jak może im zależeć na tym by kobietom nie ułatwiać godzenia życia zawodowego z rodzinnym? To tylko pozorny paradox. Chodzi im bowiem o to żeby kobiety w ogóle nie pracowały zawodowo. Nie miały własnych pieniędzy, a zatem - możliwości samostanowienia. Wtedy są zupełnie uzależnione i poddane władzy współmałżonka. I o to właśnie chodzi w patriarchacie. Dlatego też ludzie typu Jacek Pulikowski wmawiają kobietom, że pracując zawodowo krzywdzą swą rodzinę. Mężczyźni oczywiście nie krzywdzą. Hahaha.
C.D.N.
(następne dni: siódmy, ósmy, Podsumowanie Nowenny, Komentarze do Nowenny, Od genitaliów do Nowenny)
poniedziałek, 15 lutego 2010
Nie myśl. Patrz. (O "Avatar")
Poszłam sobie zatem do kina, myśląc "Skoro rzeczywiście mówią że taki przełom, no to warto zobaczyć, w kinie, w 3D, bo na DVD to już pewnie bez sensu". No i powiem wam że rzeczywiście od tego co tam widziałam, to mi łeb urwało. Oooodlot. Nie będę się silić na opisanie słowem obrazów, które ze swej natury są po prostu do oglądania. Więc kto nie widział, niech idzie i zobaczy, póki można w kinie. (I te drzewa, te paprocie, te grzybozja, czad. Te świecące owady, motylki, czad. Kosmici z organicznym złączem USB, którzy mają konie na USB, lataki na USB i nawet Boga na USB :-) czad. Czad. )
A że za dużo do myślenia nie było? To może to i lepiej, bo zaczynasz myśleć dopiero po wyjściu z kina. Brodząc przez zaspy w noc ciemną zastanawiałam się, że może jednak to nie jest takie proste, jak sobie myślę, że owszem, współtworzę gospodarkę towarowo-pieniężną, ale pracuję w firmie z ludzką twarzą, robię tylko rzeczy naprawdę potrzebne innym ludziom, nie uczestniczę w marketingu, czyli tworzeniu i zaspokajaniu sztucznych potrzeb, kupuję odpowiedzialnie, tylko eko i fair trade? Może to nie wystarczy, może widzę tylko najbliższe drzewa, ale las który z nich wyrasta sięga gdzieś dalej, w wyzysk, krzywdę i exploatację ludzi i natury? Ile z podzespołów kompa na którym to piszę, servera na którym publikuję, jest z Chin? Może nie da się być w tym systemie i być w porządku, może Franciszek Asyżanin miał rację, że jedyna droga to pieprznąć to wszystko i co najwyżej na chleb zapracować pomagając przy żniwach?
Wracając, szacun, że w takiej Ameryce robi się filmy jasno nawiązujące do faktu że cała ich wspaniała demokracja i siła zaczęła się od tego że na początku, dla forsy, dla złota, dla ziemi, wyrżnięto w pień indiańską ludność, która żyła ze swym światem w doskonałej harmonii. "Nie możemy negocjować z Na'vi, bo co im zaoferujemy? Dżinsy? Piwo light? Nie mamy nic czego oni mogliby pragnąć". No to lecimy z exterminacją. De facto najgorszą moralnie w tej całej historii nie jest siła militarna, którą uosabia płk. Quaritch. On jest tylko przetesteronizowanym najemnikiem. Motorem napędowym zła jest żądza zysku, którą kieruje się Korporacja. To ona finansuje i badania, i kolonizację, i żołnierzy, którzy wszak są tam nie dla żadnej idei, ale po żołd. Szatanem tu jest Parker Selfridge, dla którego, i jego mocodawców, drzewa na planecie, Na'vi z ich kulturą i ludzie których posyłają by ginęli w walce z tubylcami są tylko cyferkami w arkuszach kalkulacyjnych ich budżetów.
Narzekali co poniektórzy na "płytkie przesłanie". No cóż, że "mesydż" nie jest ukryty pod gąszczem intelektualnych rozkmin, to fakt; więc intelektualni onaniści nie znajdą tu zaspokojenia; ale nie zakamuflowane i odczytywalne również dla szeregowego konsumenta popkultury przesłanie nic nie traci ze swej dramatycznej aktualności: jeśli będziemy iść w konsumpcję, której koszty poniosą inni - mniej stechnicyzowane ludy i istoty żywe - dojdziemy donikąd. W świecie totalnie elektronicznym tęsknić będziemy za drzewami, niebem i siłą naszych mięśni. Harmonia, a nie dominacja i exploatacja jest jedyną opcją by Ziemia i ludzkość przetrwały. Proste jak drut, ale do większości nie trafia i tak, więc czemu nie zapodać tego w taki piękny i prosty sposób.
Jak to mówił Ludwig Wittgenstein: Nie myśl. Patrz.
"I See You".
.
A że za dużo do myślenia nie było? To może to i lepiej, bo zaczynasz myśleć dopiero po wyjściu z kina. Brodząc przez zaspy w noc ciemną zastanawiałam się, że może jednak to nie jest takie proste, jak sobie myślę, że owszem, współtworzę gospodarkę towarowo-pieniężną, ale pracuję w firmie z ludzką twarzą, robię tylko rzeczy naprawdę potrzebne innym ludziom, nie uczestniczę w marketingu, czyli tworzeniu i zaspokajaniu sztucznych potrzeb, kupuję odpowiedzialnie, tylko eko i fair trade? Może to nie wystarczy, może widzę tylko najbliższe drzewa, ale las który z nich wyrasta sięga gdzieś dalej, w wyzysk, krzywdę i exploatację ludzi i natury? Ile z podzespołów kompa na którym to piszę, servera na którym publikuję, jest z Chin? Może nie da się być w tym systemie i być w porządku, może Franciszek Asyżanin miał rację, że jedyna droga to pieprznąć to wszystko i co najwyżej na chleb zapracować pomagając przy żniwach?
Wracając, szacun, że w takiej Ameryce robi się filmy jasno nawiązujące do faktu że cała ich wspaniała demokracja i siła zaczęła się od tego że na początku, dla forsy, dla złota, dla ziemi, wyrżnięto w pień indiańską ludność, która żyła ze swym światem w doskonałej harmonii. "Nie możemy negocjować z Na'vi, bo co im zaoferujemy? Dżinsy? Piwo light? Nie mamy nic czego oni mogliby pragnąć". No to lecimy z exterminacją. De facto najgorszą moralnie w tej całej historii nie jest siła militarna, którą uosabia płk. Quaritch. On jest tylko przetesteronizowanym najemnikiem. Motorem napędowym zła jest żądza zysku, którą kieruje się Korporacja. To ona finansuje i badania, i kolonizację, i żołnierzy, którzy wszak są tam nie dla żadnej idei, ale po żołd. Szatanem tu jest Parker Selfridge, dla którego, i jego mocodawców, drzewa na planecie, Na'vi z ich kulturą i ludzie których posyłają by ginęli w walce z tubylcami są tylko cyferkami w arkuszach kalkulacyjnych ich budżetów.
Narzekali co poniektórzy na "płytkie przesłanie". No cóż, że "mesydż" nie jest ukryty pod gąszczem intelektualnych rozkmin, to fakt; więc intelektualni onaniści nie znajdą tu zaspokojenia; ale nie zakamuflowane i odczytywalne również dla szeregowego konsumenta popkultury przesłanie nic nie traci ze swej dramatycznej aktualności: jeśli będziemy iść w konsumpcję, której koszty poniosą inni - mniej stechnicyzowane ludy i istoty żywe - dojdziemy donikąd. W świecie totalnie elektronicznym tęsknić będziemy za drzewami, niebem i siłą naszych mięśni. Harmonia, a nie dominacja i exploatacja jest jedyną opcją by Ziemia i ludzkość przetrwały. Proste jak drut, ale do większości nie trafia i tak, więc czemu nie zapodać tego w taki piękny i prosty sposób.
Jak to mówił Ludwig Wittgenstein: Nie myśl. Patrz.
"I See You".
.
Etykiety:
ekonomia,
etyka,
film,
Franciszek i Asyż,
społeczeństwo
czwartek, 4 lutego 2010
Mniej niż zero, ooo...
Rząd chyba też czyta mój blog, bo dzień po tym jak napisałam, że koszt opieki nad dzieckiem powinien być kosztem uzyskania przychodu (wszak by iść do pracy muszę coś zrobić z dzieckiem - jest to tak samo jak zakup narzędzi czy materiałów, lub zatrudnienie pracownika), w necie pojawiła się informacja o takim właśnie projekcie rządowym.
Niestety, w takiej formie na zmianie może zarobić najwyżej budżet państwa. Za zatrudnioną legalnie nianię wszak trzeba odprowadzić podatek dochodowy, czyli jeśli ma ona dostać 1000 zł na rękę, to trzeba będzie wydać wraz z podatkiem 1220 zł. Potem rodzic odzyskuje owe 220 ze swojego podatku, i wychodzi na zero.
Natomiast jeśli niania nie jest studentką czy emerytką trzeba jeszcze odprowadzić ZUS. W tym wypadku z 1000 zł wydanych na zatrudnienie osoby do niej trafia średnio 550 (pisałam o tym tu). Rodzic odzyskuje 180 zł wrzucając te 1000 w koszty. Sumarycznie, wydał 820 zł, z czego 550 trafiło do niani, różnica (270 zł) trafia do państwa.
Żeby ta zmiana rzeczywiście komukolwiek pomogła, ulga z tytułu zatrudnienia niani musiałaby być wyższa niż tylko odpis podatku, oraz wydatek na żłobek czy przedszkole również powinien być kosztem uzyskania przychodu.
Pomysł zmiejszenia przeregulowania przepisów przy zakładaniu żłobków jest natomiast bardzo słuszny.
Niestety, w takiej formie na zmianie może zarobić najwyżej budżet państwa. Za zatrudnioną legalnie nianię wszak trzeba odprowadzić podatek dochodowy, czyli jeśli ma ona dostać 1000 zł na rękę, to trzeba będzie wydać wraz z podatkiem 1220 zł. Potem rodzic odzyskuje owe 220 ze swojego podatku, i wychodzi na zero.
Natomiast jeśli niania nie jest studentką czy emerytką trzeba jeszcze odprowadzić ZUS. W tym wypadku z 1000 zł wydanych na zatrudnienie osoby do niej trafia średnio 550 (pisałam o tym tu). Rodzic odzyskuje 180 zł wrzucając te 1000 w koszty. Sumarycznie, wydał 820 zł, z czego 550 trafiło do niani, różnica (270 zł) trafia do państwa.
Żeby ta zmiana rzeczywiście komukolwiek pomogła, ulga z tytułu zatrudnienia niani musiałaby być wyższa niż tylko odpis podatku, oraz wydatek na żłobek czy przedszkole również powinien być kosztem uzyskania przychodu.
Pomysł zmiejszenia przeregulowania przepisów przy zakładaniu żłobków jest natomiast bardzo słuszny.
poniedziałek, 1 lutego 2010
Nie generalizuję
Odpowiadając na FAQ wyjaśnię, nieco łopatologicznie:
1. Nie uważam że każda rodzina wielodzietna jest patologiczna. Te dwa wskaźniki mogą być rozłączne.
Za niemoralne i nieodpowiedzialne uważam płodzenie więcej dzieci niż jest się w stanie utrzymać własną pracą, nie zaś płodzenie dużej ilości dzieci w ogóle. Jak wynika z sytuacji opisanych przez abo, czasem i jedno dziecko bywa ponad stan.
2. W poniższym poście nie przeciwstawiałam wielodzietnych małodzietnym, ale płodzących ponad swe możliwości finansowe tym, którzy nie płodzą więcej niż są w stanie wykarmić i wyposażyć w wiedzę.
Po resztę uściśleń zapraszam do komentarzy.
1. Nie uważam że każda rodzina wielodzietna jest patologiczna. Te dwa wskaźniki mogą być rozłączne.
Za niemoralne i nieodpowiedzialne uważam płodzenie więcej dzieci niż jest się w stanie utrzymać własną pracą, nie zaś płodzenie dużej ilości dzieci w ogóle. Jak wynika z sytuacji opisanych przez abo, czasem i jedno dziecko bywa ponad stan.
2. W poniższym poście nie przeciwstawiałam wielodzietnych małodzietnym, ale płodzących ponad swe możliwości finansowe tym, którzy nie płodzą więcej niż są w stanie wykarmić i wyposażyć w wiedzę.
Po resztę uściśleń zapraszam do komentarzy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













.jpg)


