siewnia memów - dla wszystkich, ale szczególnie dla Was Ludzie których kocham, a którzy jesteście czasem tak daleko...
Zapraszam również na mój blog motocyklowy
Zapraszam również na mój blog motocyklowy: http://motocyklistka.xemantic.com/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
sobota, 20 lutego 2016
Biedni chrześcijanie patrzą na (hejtujące ich) getto
"Nie rozumiem tego hejtu w kierunku kościoła. przecież jak komuś zasady tej organizacji nie odpowiadają to nie ma przymusu aby w tym uczestniczyć. niech sobie homoseksualiści założą swoją organizację i niech się tam realizują." - tak Konrad skomentował powyższe zdjęcie.
W takim razie zapraszam cię Konrad do wyobrażenia sobie następującej biografii: dziecko jest wychowywane w wierze, w przekonaniu że jak będzie grzeszyć to pójdzie do piekła, potem ma lat naście i zakochuje się w osobie tej samej płci. Nagle się dowiaduje że jest jednym z tych zboczeńców i niszczycieli cywilizacji, o których słyszał od mamy, taty, na mszach i na lekcjach religii. Nawet jeśli nie kupił shitu o piekle, to mieszka ze swoimi rodzicami, którzy jeśli się dowiedzą, w 90% przypadków nie będą zachwyceni, może się posuną do przemocy albo zamykania go w domu. (Współpracuję z pogotowiem dla nastolatków LGBT - jest to "norma" w "normalnych" rodzinach). Ma 15 lat i nie jest w stanie sobie stworzyć nie tylko swojej wspólnoty wyznaniowej, ale nawet warunków do tego by się spotykać ze swoim chłopakiem/dziewczyną, bo jak ucieknie z domu, to nie będzie mieć co jeść, a policja namierzy jego komórkę i przyprowadzi z powrotem. Ale są też gorsze scenariusze, bo są ludzie mocno wierzący, którzy nie potrafią po prostu sobie wytłumaczyć że ich Bóg ich nie potępia za to jak zostali przez niego stworzeni i cierpią całe życie walcząc... z czym? Z miłością, którą czują. Geje to nie tylko dorośli, niezależni emocjonalnie, finansowo i światopoglądowo. Dlatego nie ma i nie będzie zgody na to by Kościół, który ma wpływ na mentalność większości społeczeństwa, głosił swoją nienawiść. Nienawiść nie to tych którzy piją, biją, wykorzystują. Nienawiść do tych którzy kochają.
Konrad, spróbuj użyć swojej wyobraźni i przeprowadzić taki myślowy experyment. Że urodziłeś się w społeczeństwie, w którym kapłani dominującej religii (sami pozostający w celibacie) wymyślili sobie, że jedynie słuszne są związki jednopłciowe. Tak żyją nie tylko wierni, ale cała kultura, tak funkcjonują małżeństwa cywilne itd. I ty zakochujesz się w Ani czy Agacie. Nie możesz wziąć z nią ślubu, żyjecie razem, ale w razie śmierci któregoś z was dorobek waszego wspólnego życia, zamiast być odziedziczony przez to drugie z was, zagarnie nienawidząca was rodzina. Ponadto, jeśli ktoś na ulicy zobaczy cię z Anią za rękę, może wam spuścić wpierdol, bo taki klimat wokół waszej miłości wytworzyła panująca religia. A tu jakiś kapłan niemalże państwowego bóstwa mówi: "ależ tobie nikt nie zabrania kochać, Konrad, pod warunkiem że kochasz mężczyznę". Nie wiem czy bardziej okrutne to czy debilne.
I jeszcze trzecia myśl. Homosexualizm jest starszy znacznie niż Kościół. W Grecji starożytnej był normą kulturową (aczkolwiek zakazu hetero nie było). Potem przyszło chrześcijaństwo i bazując na judaizmie, z którego się wywodzi, to ono zaczęło hejtować gejów. W historii ludzie tracili życie, często na stosie lub w inny przeokrutny sposób, tylko dlatego że przyłapano ich na miłości z osobą tej samej płci. W cywilizowanej Europie takie działania, podjęte dobrowolne między dorosłymi osobami, były np. karane więzieniem jeszcze w latach 60. - umiesz to sobie wyobrazić? Taka była też tragiczna historia deszyfratora Enigmy i twórcy komputerów Alana Turinga. Uratował kilkanaście milionów istnień ludzkich, po czym odbiera sobie życie po skazaniu go "za nieprzyzwoitość".
Ale nie - to ludzie LGBT są tymi niedobrymi hejterami Kościoła, tak? To oni tworzą lobby zabraniające miłości i małżeństw hetero? To oni żądają od wszystkich żeby żyli tak jak oni uważają za stosowne, a nie w zgodzie ze swoją naturą? To oni są krzywdzicielami?
na fotce: apb. Marek Jędraszewski. Źródło cytatu
Etykiety:
etyka,
gender,
LGBT / homofobia / mniejszości,
queer,
religia,
rodzina,
społeczeństwo
piątek, 18 grudnia 2015
Czego szukasz w święta? Moje opowiadanie
Czego szukasz w święta? Ludzi czy spokoju? Ciepła, czy ciszy? Piękna, czy głębi? Boga, czy człowieka?
Bożonarodzeniowe opowiadanko które kiedyś napisałam. Teraz na OpenBooks.com. Można pobrać i wysłać komuś w prezencie bezpłatnie, a wrzucić jakiś hajs potem, jeśli się podobało. Tutaj: https://openbooks.com/books/740-pustka
Bożonarodzeniowe opowiadanko które kiedyś napisałam. Teraz na OpenBooks.com. Można pobrać i wysłać komuś w prezencie bezpłatnie, a wrzucić jakiś hajs potem, jeśli się podobało. Tutaj: https://openbooks.com/books/740-pustka
sobota, 28 grudnia 2013
Mężczyzna, kobieta, człowiek
Bardzo cenię w mężczyźnie, jeśli potrafi płakać, bo to oznacza że nie zatracił kontaktu ze swoim człowieczeństwem. Niestety chłopcy w naszej kulturze są od najwcześniejszego dzieciństwa okaleczani przez wychowanie, gdyż nie pozwala im się okazywać emocji, przez co tracą świadomość tego co czują. Nie potrafią tego nazywać, mówić o tym, uzyskać wsparcia w problemach. Przez co cierpią oni sami i ich bliscy.
Moi czytelnicy pewnie znają te stwierdzenia, bo mówiłam to już wielokrotnie i przy różnych okazjach. Tym bardziej cieszy mnie że nie tylko ja to zauważam. O tym i powiązanych zagadnieniach powiada Tony Porter wygłaszając Apel do Mężczyzn w cyklu TED (polskie napisy). (Aczkolwiek na widowni siedzą niemalże wyłącznie kobiety...)
Pamiętam rozmowę z 12-letnim chłopcem, piłkarzem, kiedy zapytałem go: „Jak byś się poczuł, gdyby przy wszystkich graczach twój trener ci powiedział, że grasz jak dziewczyna?” No i spodziewałem się, że powie coś jak: byłbym smutny, byłbym wściekły, byłbym zły, albo coś w tym rodzaju. Ale nie, ten chłopiec powiedział do mnie: „To by mnie zniszczyło.” Wtedy powiedziałem sobie: „Boże, jeśli zniszczyłoby go nazwanie dziewczyną, to czego my go uczymy na temat dziewczynek?”
Na kłamstwie nie da się nic sensownego zbudować. Patriarchalny obraz płci, oparty na zafałszowaniu tego "kim jesteśmy" na rzecz tego "kim wymaga się od nas, byśmy byli" niszczy jednostki obu płci, relacje w jakie wchodzą, i w ogóle społeczeństwo. Wyczytałam ostatnio na necie o chłopcu, którego ojciec przywiązał do psiej budy za karę za to że płakał. Większość biskupów pewnie by powiedziała, że słusznie uczynił, bo w ten sposób właśnie walczy się z "genderem", tym, co oni uważają za wroga nr 1.
PS. Trzy lata temu analizowałam inny list episkopatu na niedzielę św. Rodziny, pisząc o tym jak kłamliwa i zafałszowana jest troska biskupów o rodzinę, jakim naprawdę celom służy. Wtedy chłopcem do bicia było in vitro i ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, teraz jest gender i konwencja o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet, a cel ten sam.
Moi czytelnicy pewnie znają te stwierdzenia, bo mówiłam to już wielokrotnie i przy różnych okazjach. Tym bardziej cieszy mnie że nie tylko ja to zauważam. O tym i powiązanych zagadnieniach powiada Tony Porter wygłaszając Apel do Mężczyzn w cyklu TED (polskie napisy). (Aczkolwiek na widowni siedzą niemalże wyłącznie kobiety...)
Pamiętam rozmowę z 12-letnim chłopcem, piłkarzem, kiedy zapytałem go: „Jak byś się poczuł, gdyby przy wszystkich graczach twój trener ci powiedział, że grasz jak dziewczyna?” No i spodziewałem się, że powie coś jak: byłbym smutny, byłbym wściekły, byłbym zły, albo coś w tym rodzaju. Ale nie, ten chłopiec powiedział do mnie: „To by mnie zniszczyło.” Wtedy powiedziałem sobie: „Boże, jeśli zniszczyłoby go nazwanie dziewczyną, to czego my go uczymy na temat dziewczynek?”
Na kłamstwie nie da się nic sensownego zbudować. Patriarchalny obraz płci, oparty na zafałszowaniu tego "kim jesteśmy" na rzecz tego "kim wymaga się od nas, byśmy byli" niszczy jednostki obu płci, relacje w jakie wchodzą, i w ogóle społeczeństwo. Wyczytałam ostatnio na necie o chłopcu, którego ojciec przywiązał do psiej budy za karę za to że płakał. Większość biskupów pewnie by powiedziała, że słusznie uczynił, bo w ten sposób właśnie walczy się z "genderem", tym, co oni uważają za wroga nr 1.
PS. Trzy lata temu analizowałam inny list episkopatu na niedzielę św. Rodziny, pisząc o tym jak kłamliwa i zafałszowana jest troska biskupów o rodzinę, jakim naprawdę celom służy. Wtedy chłopcem do bicia było in vitro i ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, teraz jest gender i konwencja o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet, a cel ten sam.
czwartek, 16 maja 2013
Pogo, gaz i klucz (ptasi)
Widzą zło w wytartej skórze
Widzą zło w podartych dżinsach
Łysiejący ludzie, którzy
Własne łby starli na świństwach
Boją się kolczyka w uchu
Ci co w uszach są otyli
Chcą nam pępek zaszyć w brzuchu
niby że nas nie spłodzili
Przerażone ryje świni
oglądają taniec pogo
przerażeni kabotyni
dbają o swój własny ogon
Taką oto piosenkę, dającą się zaśpiewać na melodię "Tom's Diner" Suzanne Vegi, ktoś stworzył, wypisał flamastrem na płachcie papieru pakowego, i powiesił na hydeparkowej tablicy w korytarzu Społecznego Liceum. Wczesne lata 90. Po jednej stronie barykady nauczyciele i rodzice, po drugiej niepokorna młodzież, której autoexpresja i indywidualizm przejawiały się w nieakceptowanych przez większość starszego pokolenia formach ciała i przyodziewku, w głośnej i szorstkiej muzyce. Wiek niewinności. Rodzice obecnych nastolatków zmagają się z dostępnością środków odurzających, dryfowaniem w cyberprzestrzeń, ciśnieniem na kosztowne gadżety. Tamtejsi nastolatkowie sami są teraz poważnymi ludźmi i robią takie badania jak to zrelacjonowane przez Technology Review. Otóż analiza nagrań video z koncertów punkowych wykazała, że uczestnicy pogo/kociołka wykazują zachowania podobne do cząsteczek gazu w 2D lub też poruszania się ptaków lecących w stadzie. :-) Czad, że się komuś chciało :-)
Widzą zło w podartych dżinsach
Łysiejący ludzie, którzy
Własne łby starli na świństwach
Boją się kolczyka w uchu
Ci co w uszach są otyli
Chcą nam pępek zaszyć w brzuchu
niby że nas nie spłodzili
Przerażone ryje świni
oglądają taniec pogo
przerażeni kabotyni
dbają o swój własny ogon
Taką oto piosenkę, dającą się zaśpiewać na melodię "Tom's Diner" Suzanne Vegi, ktoś stworzył, wypisał flamastrem na płachcie papieru pakowego, i powiesił na hydeparkowej tablicy w korytarzu Społecznego Liceum. Wczesne lata 90. Po jednej stronie barykady nauczyciele i rodzice, po drugiej niepokorna młodzież, której autoexpresja i indywidualizm przejawiały się w nieakceptowanych przez większość starszego pokolenia formach ciała i przyodziewku, w głośnej i szorstkiej muzyce. Wiek niewinności. Rodzice obecnych nastolatków zmagają się z dostępnością środków odurzających, dryfowaniem w cyberprzestrzeń, ciśnieniem na kosztowne gadżety. Tamtejsi nastolatkowie sami są teraz poważnymi ludźmi i robią takie badania jak to zrelacjonowane przez Technology Review. Otóż analiza nagrań video z koncertów punkowych wykazała, że uczestnicy pogo/kociołka wykazują zachowania podobne do cząsteczek gazu w 2D lub też poruszania się ptaków lecących w stadzie. :-) Czad, że się komuś chciało :-)
środa, 24 kwietnia 2013
Pierwsze dziecko - to nigdy nie jest ŚWIADOMA decyzja
Parę zdań z dyskusji pod poprzednim postem "Wasz ALTRUIZM to zwykłe ĆPANIE":Rozie (ojciec):
Nijak nie widzę w rodzinie wielopokoleniowej możliwości nauki roli matki (ojca widzę litościwie pominęliśmy, może to i lepiej). Jest możliwość pewnego odciążenia młodej matki, tu zgoda. Natomiast raczej nie widzę możliwości nauki. Oraz: każde dziecko jest inne.
I tak, pierwszy okres jest najbardziej upierdliwy, bo dziecko jest najbardziej absorbujące. W zasadzie śpi, je, wydala i się drze. W dziwnych interwałach. Jak masz niefart, to głównie się drze, a śpi lekko i najchętniej zasypia przy jedzeniu. Jak zacznie się samo poruszać, to jest lepiej, bo często wystarczy zapewnić bezpieczne środowisko do eksploracji, żeby się chwilę sobą zajęło. I tak, przy kontakcie intelektualnym jest łatwiej. Jest szansa na wytłumaczenie, że najpierw coś, a potem coś. Jest szansa na dowiedzenie się, czemu płacze. Przyzwyczajenie pewnie też. No i dowcip o kozie.
Ja:
Ojców pomijamy, bo wszystko wskazuje na to że nie istnieje coś takiego jak instynkt ojcowski. Jest to kulturowe,wyuczone. Udział ojców w wychowaniu gigantycznie się zwiększył na przestrzeni ostatnich pokoleń, ale badania wskazują na to że nie wynika to z większej chęci spędzania czasu z niemowlętami/parolatkami, ale z faktu iż kobiety coraz śmielej formułują wymagania wobec swych partnerów, a oni starają się im sprostać. Ale to zupełnie inny temat.
Masz 200% racji, że NIE MA MOŻLIWOŚCI NAUCZENIA SIĘ, czym jest macierzyństwo. Nawet jak mieszkasz w domu z dzieciatą siostrą. Nawet jak zajmujesz się jej dziećmi, to są to nadal JEJ DZIECI. I odpowiedzialność obciąża ją. Nawet zawodowa niania ma ten komfort że wieczorem ma fajrant i luz mentalny do rana. Matka tego nie ma nigdy. To nieprawdopodobnie wyczerpuje. Matki których mężowie poświęcają czas dzieciom zazwyczaj i tak czują się bardziej obciążone - właśnie dlatego że nawet jeśli partner "pomaga" to angażuje tylko czas, zaś odpowiedzialność jest jej,ona musi wszystko zaplanować, przygotować, skoordynować, pamiętać...
Tak więc doświadczenie kontaktów z CUDZYM dzieckiem nie jest moim zdaniem podstawą do miarodajnego doświadczenia czym jest macierzyństwo. Zatem jestem przekonana że NIE MA MOŻLIWOŚCI "ŚWIADOMEJ" DECYZJI NA PIERWSZE DZIECKO. Bo wszystko co myślisz na ten temat może się nie sprawdzić. Dlatego jak moi znajomi informują mnie o ciąży to cieszę się z nimi tylko wtedy gdy jest to druga ciąża. Fakt, że zdecydowana większość par nie decyduje się na drugie dziecko (w PL przypada 1,3 dziecka na kobietę) jest również znaczący.
Etykiety:
childfree - wolność od dziecka,
dziecko,
gender,
płeć,
rodzina,
społeczeństwo
sobota, 20 kwietnia 2013
Wasz ALTRUIZM to zwykłe ĆPANIE
Kilka lat temu zaczęłam pisać o czarnych stronach macierzyństwa. Nie byłam świadoma, że wypowiedziałam wojnę ostatniemu, najświętszemu tabu naszego społeczeństwa. Stąd szok, gdy z rąk czytelników, obcych i przyjaciół, spotkał mnie CYBERLINCZ. Jeden z commentarios classicos:
z Twoich postów widać, jak bardzo skupiasz się na sobie.. Twój ból, Twoje cierpienia, Twoje poświęcenia...
Miłość ma sens i jest piękna wtedy, gdy się więcej daje niż bierze. I gdy jest bezinteresowna.
Jasne, że macierzyństwo nie należy do łatwych i prostych spraw, ale bez przesady, samo nowe życie, uśmiech dziecka, widok jak rośnie i się rozwija - rekompensuje całe cierpienie.
Przynajmniej tak jest w przypadku większości kobiet - myślałam nawet, że wszystkich - ale czytając Twój wpis, widać że są kobiety które sądzą inaczej. Dla mnie to czysty egoizm.
Oczywiście każdy kto umie posługiwać się mózgiem widzi, że autorka nie jest żadną altruistką. Kontakt z dzieckiem sprawia jej przyjemność większą, niż dyskomfort wywołany wysiłkiem, a więc w bilansie wychodzi na plus. Dziecko jest dla niej zatem źródłem przyjemności. JEJ przyjemności - a więc egoistycznej.
Ponadto to jawny fałsz, iż ona "więcej daje niż bierze" bo jak sama chwilę później przyznaje, jej cierpienie jest rekompensowane z nawiązką przez radość.
A teraz, po latach, czytam:
"Nauka od lat próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy miłość macierzyńska to instynkt, czy zachowanie wyuczone. Krystyna Rymarczyk, psycholog, neurobiolog: - Badania pokazują, że jednak instynkt. Gdy pokazuje się kobietom zdjęcia różnych dzieci, w tym ich własnych, to przy oglądaniu fotografii własnego potomstwa wyraźnie widać pobudzenie tzw. obszaru układu nagrody. Czyli tej części mózgu, która odpowiada za poczucie zadowolenia. Silne pobudzenie układu nagrody powoduje wydzielanie dużych ilości DOPAMINY, co wzmaga stan EUFORII i radości. "Dopamina. Ośrodek nagrody, ten sam który uaktywnia się podczas sexu, jedzenia słodyczy, picia wódy, ćpania amfy. Dokładnie o tym pisała moja "altruistyczna" czytelniczka. "Uśmiech dziecka rekompensuje całe cierpienie". Po prostu twój układ nerwowy zalewał się endogennym dragiem. Ten cały twój altruizm to jest najbanalniejsza NARKOMANIA!
W zasadzie mnie to nie dziwi. Ewolucja musiała to zrobić w ten sposób po to, by ludzkie samice były w stanie przetrwać ten koszmarny, absurdalny, wieloletni wysiłek. Inne ssaki mają to jakoś sensowniej rozwiązane. Poród trwa kilka minut, opieka nad potomstwem kilka miesięcy, rzadko rok. Szczenię ludzkie po roku dopiero stawia pierwsze kroki. Źrebię potrafi biegać galopem godzinę po przyjściu na świat.
"Dlaczego niektóre kobiety nie odczuwają szczęścia z posiadania dzieci? - mówi dalej neurobiolog Krystyna Rymarczyk. - Przyczyny mogą być różne. Psychologiczne, społeczne, ale też biologiczne - wynikające z zaburzeń na poziomie biochemii mózgu. Zaburzenia wydzielania prolaktyny lub oxytocyny wpływają najprawdopodobniej na wadliwe działanie układu nagrody - kobieta nie odczuwa szczęścia, patrząc na swoje dziecko. "I wówczas staje się ono czymś na kształt złamanej nogi. Nie dość że sprawia mnóstwo bólu i kłopotu, to musisz to ciągnąć ze sobą wszędzie. Najprostsze sprawy, jak wejście na schody, stają się wyprawą na K2. Nie możesz normalnie przemieszczać się, pracować, funkcjonować na żadnej płaszczyźnie.
Społeczeństwo zrozumie, jeśli kobieta przyzna się, że nie kocha swej siostry, brata, ojca, nawet matki. Zrozumie, że nie kocha męża i gdy odejdzie od niego. Ale nie wybacza tym, które nie kochają dziecka. Takie osoby żyją w osamotnieniu, w poczuciu winy. Nie ujawniają się ze strachu przed potępieniem. Wiedzą, że nie dostaną wsparcia. Że nikt nie będzie potrafił wyjść poza swój punkt widzenia, poza swoje doświadczenie i przeżywanie tej sprawy. Zupełnie jak z kochającymi płeć własną. Oni też są w mniejszości - nie rozumianej, pogardzanej, nienawidzonej.
Macierzyństwo jest w Polsce detabuizowane dopiero od jakichś dwóch lat (duże zasługi pisma "Bachor"). O ile coraz łatwiej jest przyznać się do zmęczenia, frustracji, bezradności, poczucia uwięzienia - to o braku miłości do dziecka jeszcze nadal nie bardzo. "Normalna" większość nie potrafi pojąć, że emocje to coś, co pojawia się bez kontroli człowieka - a więc brak uczuć pozytywnych, czy też uczucia negatywne nie są skutkiem decyzji ani osądu, jak to określiła cytowana czytelniczka. "są kobiety, które sądzą inaczej", napisała, zamiast "czują inaczej".I za coś, co przytrafiło im się wbrew ich woli i intencji, nazywane są nieludzkimi potworami. Egoistkami.
PS. Wpis jest w zamierzeniu uniwersalny, nie osobisty. Precyzuję w komentarzach poniżej
.
Etykiety:
childfree - wolność od dziecka,
dziecko,
etyka,
queer,
rodzina,
społeczeństwo
piątek, 12 kwietnia 2013
"Chcę być taki jak mamusia!"
Dlaczego powyższa deklaracja jest obciachem, zaś "chcę być taka jak mój tata" - nie jest? Próbuję analizować stereotypy dotyczące płci w prawie-nie-motocyklowym felietonie na MotoRmanii.
wtorek, 26 marca 2013
Małżeństwo, macierzyństwo, gender z motocyklem w tle...
Czytelnikom, którzy czują się rozczarowani małą częstotliwością wpisów na niniejszym blogu, ośmielam się zarekomendować kilka felietonów które ukazały się na MotoRmanii w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Tematem ich są bowiem nie tyle motocykle, co funkcjonowanie ludzi w relacjach społecznych i rodzinnych. Te same mechanizmy obserwuje się na gruncie wszystkich innych pasji i w ogóle - przejawów indywidualności.
O tym, co tak naprawdę znaczy "kochać kogoś" (partnera, żonę/męża)
O tym czym jest miłość rodzicielska i o kastracji...
O tym że odpowiedzialność za los dzieci zaczyna się od zadbania o siebie...
O tym, że w naszym społeczeństwie dzieci to sprawa kobiet...
O tym, że dzieciom można nakłaść kamieni do plecaka, lub dać im skrzydła (feat. Łona)...
O tym, co tak naprawdę znaczy "kochać kogoś" (partnera, żonę/męża)
O tym czym jest miłość rodzicielska i o kastracji...
O tym że odpowiedzialność za los dzieci zaczyna się od zadbania o siebie...
O tym, że w naszym społeczeństwie dzieci to sprawa kobiet...
O tym, że dzieciom można nakłaść kamieni do plecaka, lub dać im skrzydła (feat. Łona)...
piątek, 12 października 2012
Poliamoria - by nie mordować miłości
![]() |
| Źródło: Polytical - poliamory & ethical |
Kazik - w dyskusji pod artykułem o poliamorii:
Poliamoria dowartościowuje przede wszystkim głębokie uczucia które ludzie względem siebie żywią. Powszechne występowanie takich uczuć pomiędzy ludźmi niespokrewnionymi jest faktem. Towarzyszy im często aspekt erotyczny (choć jak rozumiem dla kogoś kto oddziela kontekst uczuć, od kontekstu seksualnego, może to być niepojęte;-).
W wypadku takich uczuć dla wielu osób występujących u człowieka równocześnie, paradygmat zachodniej kultury oferuje jedynie frustrację związaną z tych uczuć zabijaniem. Czy to zabijaniem tych nowych, którym nie można pozwalać się rozwijać ze względu na kuturowe defaulty (wierność idei monogamii), czy to zabijaniem tych starych, które trzeba porzucić na rzecz nowych (monogamia sekwencyjna). Poliamoryści nie zgadzają się na taką konstrukcję rzeczywistości, w której morduje się uczucia. A taka niezgoda nie przychodzi wcale łatwo. Kluczowym problemem jest oczywiście emocja którą stanowi zazdrość. To środowisko wypracowało nawet na tę okoliczność pojęcie anty-zazdrości: http://en.wikipedia.org/wiki/Compersion
Nikt tak pięknie nie mówił, że chce bronić miłości, że sparafrazuję Rojka.
Ula na to:
miłość, bycie w związku i wchodzenie w głęboką relację umysłowo-cielesną z wieloma osobami... mi się w głowie nie mieści.
A ja:
"Mario! Moje serce może wszystkich ludzi zmieścić!
- ona mi przerywa: płać pan te trzy czterdzieści
i nie gadaj tyle ku*wa..." - Łona, "My się znamy?"
I to tak właśnie. Ja się urodziłam z hipertrofią obu przedsionków i obu komór. Więc mi się mieści, może nie tyle w głowie, co w sercu.
![]() |
| W USA liczbę poliamorycznych związków szacowano w 2009 roku na 500 tysięcy. Foto: Polyamory Pride, 2004. Źródło: Wikipedia |
Etykiety:
etyka,
gender,
płeć,
poliamoria,
rodzina,
społeczeństwo
czwartek, 11 października 2012
Wykszałcenie śmieciowe! - a nie mówiłam???
Mówię o tym i piszę już od wielu lat, bazując na swoich doświadczeniach jako pracownik i pracodawca, na długo zanim szumu w mediach narobili Klesyk i Stanek. Okazuje się że coraz więcej osób zauważa problem, teraz pisze o tym Tygodnik Powszechny:
"Oszukane pokolenie"...? z, jak to nazwali trafnie Kuźmiński i Wilczyński, śmieciowymi dyplomami:
Cykl "don't be fool, quit the school" i inne o edukacji (przewiń w dół by pominąć najnowszy)
.
"Oszukane pokolenie"...? z, jak to nazwali trafnie Kuźmiński i Wilczyński, śmieciowymi dyplomami:
są najbardziej wykształconą generacją w historii Polski, ale też swoje wykształcenie, fakultety, wydatki na czesne mogą sobie powiesić nad łóżkiem.
„Bez edukacji będziesz nikim”; „Nie idź na studia, skończysz w MPO”. Jeśli „oszukane pokolenie” chce znaleźć „winnych”, w pierwszym rzędzie powinno poszukać pod własnymi dachami. To ich rodzice po 1989 r. zrozumieli, że edukacja może się okazać najważniejszą przepustką do lepszej przyszłości. Wydawali więc ostatnie pieniądze na korepetycje z języków obcych albo zadłużali się, by posłać dziecko do szkoły prywatnej. Poświęcić rok na porządne przygotowanie się do upragnionego kierunku? Nic z tych rzeczy: trzeba studiować już, zaraz.
Dzieci przedstawicieli pokolenia awansu społecznego w PRL – ludzi, którzy przyjeżdżali studiować do miast i tworzyli inteligencję w pierwszym pokoleniu, uzyskując po studiach stabilność na państwowych posadach - wyrastały w poczuciu względnego bezpieczeństwa, rodzice „mieli pracę”. Ci rodzice, zdając sobie sprawę, że taka przyszłość nie będzie już udziałem dzieci, postawili na ich wykształcenie jako najlepiej sobie znany mechanizm zdobywania prestiżu społecznego i życiowej stabilności. Tymczasem dzieci odziedziczyły po nich kulturowy model, według którego po studiach „dostaje się” pracę.
Ale jakże typowa była też sytuacja odwrotna – może nawet częstsza, zważywszy, że studia były w realnym socjalizmie przywilejem elitarnym. Oto rodzice, którzy nie studiowali, i często z trudem wiązali w PRL koniec z końcem, w edukacyjnym boomie ujrzeli szansę, by ich dzieci dostały to, czego sami nie doświadczyli.
Cykl "don't be fool, quit the school" i inne o edukacji (przewiń w dół by pominąć najnowszy)
.
niedziela, 8 stycznia 2012
Wolna do pracy (czasami)
Gdy moje dziecko miało trzy i pół roku, pierwszy raz od jego urodzenia byłam w pracy po godzinach, do 23:45.
Pamiętam że w intelektualnych dyskusjach w duszpasterstwie akademickim często poruszano problem relacji religii i wolności. Młodzieży pytającej dlaczego Kościół wystosowuje tyle zakazów i nakazów, odpowiadali duchowni, że ich wątpliwości to objaw niedojrzałości i roszczeniowej postawy, bo zamiast "wolności-od" należy szukać "wolności-do". "Wolność do" miała obejmować głównie postawy propagowane przez organizatorów, tak jak poświęcenie dla bliźniego lub płodzenie dużej ilości potomstwa oraz rezygnacji z rozwoju zawodowego na rzecz wychowania (oczywiście to ostatnie wyłącznie przez kobiety).
Kościół katolicki jednakowoż, w przeciwieństwie do protestanckich, marnie wspiera etos pracy. Praca w naszym kraju to synonim udręki i zniewolenia, czego wyrazem są takie nacechowane określenia jak "zatrudnienie" i "zwolnienie", "dni wolne od pracy".
Praca po godzinach, czy też ogólniej - wolność zadecydowania, w jaki sposób spędzi się wieczór, to ciężko osiągalny luxus; zarazem tak banalny, powszedni i niezauważalny dla ludzi wolnych-od-dzieci. Kiedy jest się kobietą-matką-pracownikiem, być w pracy o 23:45 to luxus. Siedząc w ciepłej ciemności biura, w złotawym kręgu światła rzucanym na biurko przez lampkę, tworząc rzeczy potrzebne ludziom, czułam się człowiekiem wolnym. To chyba była ta wolność-do: wolność DO pracy.
Pamiętam że w intelektualnych dyskusjach w duszpasterstwie akademickim często poruszano problem relacji religii i wolności. Młodzieży pytającej dlaczego Kościół wystosowuje tyle zakazów i nakazów, odpowiadali duchowni, że ich wątpliwości to objaw niedojrzałości i roszczeniowej postawy, bo zamiast "wolności-od" należy szukać "wolności-do". "Wolność do" miała obejmować głównie postawy propagowane przez organizatorów, tak jak poświęcenie dla bliźniego lub płodzenie dużej ilości potomstwa oraz rezygnacji z rozwoju zawodowego na rzecz wychowania (oczywiście to ostatnie wyłącznie przez kobiety).
Kościół katolicki jednakowoż, w przeciwieństwie do protestanckich, marnie wspiera etos pracy. Praca w naszym kraju to synonim udręki i zniewolenia, czego wyrazem są takie nacechowane określenia jak "zatrudnienie" i "zwolnienie", "dni wolne od pracy".
Praca po godzinach, czy też ogólniej - wolność zadecydowania, w jaki sposób spędzi się wieczór, to ciężko osiągalny luxus; zarazem tak banalny, powszedni i niezauważalny dla ludzi wolnych-od-dzieci. Kiedy jest się kobietą-matką-pracownikiem, być w pracy o 23:45 to luxus. Siedząc w ciepłej ciemności biura, w złotawym kręgu światła rzucanym na biurko przez lampkę, tworząc rzeczy potrzebne ludziom, czułam się człowiekiem wolnym. To chyba była ta wolność-do: wolność DO pracy.
Etykiety:
childfree - wolność od dziecka,
dziecko,
ekonomia,
religia,
rodzina,
społeczeństwo
piątek, 30 grudnia 2011
Przyjaźń dla prawa nie istnieje
W naszym kraju bałwochwalstwo idei rodziny jest tak głęboko zakorzenione, że nawet lekarzy pierwszego kontaktu (podstawowej opieki zdrowotnej) nazywa się lekarzami rodzinnymi, mimo że wcale nie ma obowiązku by cała rodzina przypisana była do tego samego lekarza, ani nie ma żadnych przeciwwskazań by leczyli się u nich ludzie stanu wolnego, nie wchodzący w skład żadnej rodziny. Co więcej, najzapamiętalszy singiel również ma swojego lekarza "rodzinnego" (!)
Reliktem czasów zamierzchłych jest w ogóle pokutujące, także w systemie prawnym, przeświadczenie że więzi rodzinne to te najsilniejsze. W PRLu nie można było dostać paszportu jeśli miało się krewnych za granicą. Obowiązek przekazania spadku biologicznym krewnym, choćby się z nimi nie miało nic wspólnego, spłacania długów po ojcu, którego się nawet nie znało, czy założenie, że ci z którymi się mieszka mogą odbierać twoje listy polecone, to tylko kilka absurdów wygenerowanych przez ten pogląd. Przecież najsilniejsze nienawiści są często między żoną a mężem, bo się zdradzają lub nie dogadują, między braćmi walczącymi o spadek, między rodzicami i dorosłymi już dziećmi, bo nie spełniły oczekiwań, bo skrzywili lub skrzywdzili wychowując. Para będąca formalnie ze sobą może być w trakcie sprawy rozwodowej, a w świetle prawa ma nadal taki sam status jak zakochane gołąbki w czasie miesiąca miodowego.
W naszych czasach relacje międzyludzkie, podobnie jak religia, to nie jest już coś, co się dziedziczy, do czego jest się przypisanym urodzeniem, ale coś co się wybiera, otaczając się ludźmi z którymi czuje się wspólnotę wartości i poglądów, albo chociażby zainteresowań. Więzi takie, nie obciążone powinnościami i przymusem naginania się do nich, są często bardziej szczere, trwałe i zdrowe niż te narzucone nam przypadkiem loterii genetycznej.
Więzi "nierodzinne", choćby nie wiem jak bliskie, nie mają znaczenia dla instytucji państwowych. Nie można na ich podstawie domagać się udzielenia informacji lub odmówić składania zeznań. Żeby zgłosić zaginięcie na policji, musi tam się wybrać krewny, nie może tego zrobić np. kohabitant(ka) zaginionego. Albo ta zasrana medycyna... Parę miesięcy temu wydarzyła się traumatyczna sytuacja: mój przyjaciel umiłowany miał wypadek u nas w biurze. Do karetki mnie nie zabrali, na własną rękę dostałam się do szpitala, na ostrym dyżurze na oddziale ratunkowym na szczęście nikt o nic nie pytał, ale gdyby, to wcale nie miałam prawa z nim tam być. Bo nie jestem "rodziną". A naprawdę, niewielu jest ludzi którzy znaczą dla mnie równie wiele co ten człowiek, tak samo ja jestem jedną z najbliższych mu osób. A dla prawa i instytucji jesteśmy dla siebie po prostu nikim. Przyjaźń nie ma osobowości prawnej.
Reliktem czasów zamierzchłych jest w ogóle pokutujące, także w systemie prawnym, przeświadczenie że więzi rodzinne to te najsilniejsze. W PRLu nie można było dostać paszportu jeśli miało się krewnych za granicą. Obowiązek przekazania spadku biologicznym krewnym, choćby się z nimi nie miało nic wspólnego, spłacania długów po ojcu, którego się nawet nie znało, czy założenie, że ci z którymi się mieszka mogą odbierać twoje listy polecone, to tylko kilka absurdów wygenerowanych przez ten pogląd. Przecież najsilniejsze nienawiści są często między żoną a mężem, bo się zdradzają lub nie dogadują, między braćmi walczącymi o spadek, między rodzicami i dorosłymi już dziećmi, bo nie spełniły oczekiwań, bo skrzywili lub skrzywdzili wychowując. Para będąca formalnie ze sobą może być w trakcie sprawy rozwodowej, a w świetle prawa ma nadal taki sam status jak zakochane gołąbki w czasie miesiąca miodowego.
W naszych czasach relacje międzyludzkie, podobnie jak religia, to nie jest już coś, co się dziedziczy, do czego jest się przypisanym urodzeniem, ale coś co się wybiera, otaczając się ludźmi z którymi czuje się wspólnotę wartości i poglądów, albo chociażby zainteresowań. Więzi takie, nie obciążone powinnościami i przymusem naginania się do nich, są często bardziej szczere, trwałe i zdrowe niż te narzucone nam przypadkiem loterii genetycznej.
Więzi "nierodzinne", choćby nie wiem jak bliskie, nie mają znaczenia dla instytucji państwowych. Nie można na ich podstawie domagać się udzielenia informacji lub odmówić składania zeznań. Żeby zgłosić zaginięcie na policji, musi tam się wybrać krewny, nie może tego zrobić np. kohabitant(ka) zaginionego. Albo ta zasrana medycyna... Parę miesięcy temu wydarzyła się traumatyczna sytuacja: mój przyjaciel umiłowany miał wypadek u nas w biurze. Do karetki mnie nie zabrali, na własną rękę dostałam się do szpitala, na ostrym dyżurze na oddziale ratunkowym na szczęście nikt o nic nie pytał, ale gdyby, to wcale nie miałam prawa z nim tam być. Bo nie jestem "rodziną". A naprawdę, niewielu jest ludzi którzy znaczą dla mnie równie wiele co ten człowiek, tak samo ja jestem jedną z najbliższych mu osób. A dla prawa i instytucji jesteśmy dla siebie po prostu nikim. Przyjaźń nie ma osobowości prawnej.
poniedziałek, 18 lipca 2011
Tolerancja, afirmacja, wolność, miłość, motocykl, rodzina
Opowiadam tu:
http://www.tvp.pl/szczecin/informacyjne-spoleczne-kulturalne/mowi-sie/wideo/160711/4910862
a tu plik 22mb: http://w248.wrzuta.pl/film/7rwZ7FsCoRD/pacia
Yurga wykonuje swą pracę z miłością - to widać
http://www.tvp.pl/szczecin/informacyjne-spoleczne-kulturalne/mowi-sie/wideo/160711/4910862
a tu plik 22mb: http://w248.wrzuta.pl/film/7rwZ7FsCoRD/pacia
Yurga wykonuje swą pracę z miłością - to widać
sobota, 21 maja 2011
Te wredne baby
Tomasz Kwaśniewski płacze w "Wysokich Obcasach", że "szczęściarzem jest każdy facet, który zostaje ojcem. Bo przecież w tej kwestii, zwłaszcza przy tak szczelnej i łatwo dostępnej antykoncepcji, wszystko zależy od kobiet. Mężczyzna może tylko prosić."
Myślę: A co, zdaniem autora powinni panowie mieć jakiś sposób na zmuszenie żony do urodzenia? Żeby nie "musieli prosić"? Im to tak łatwo powiedzieć "chcę dziecko". Przecież to ona ponosi biologiczne i społeczne koszty przyjścia na świat potomstwa.
Poza tym, jak kobieta chce dziecko a mężczyzna się nie zgadza, to ona też go do tego nie zmusi. Wystarczy że on założy gumkę i po temacie. Inna sprawa, fakt że kobiecie jest łatwiej okłamać. Znam takie przypadki że "pigułka zawiodła" niby przypadkiem.
W obu wariantach sprawdza się to, że trzeba sobie sensownie dobierać partnera/kę. Według wspólnych celów i wspólnej etyki.
Jak bym była złośliwa to bym powiedziała, że szczęściarą to jest każda kobieta, której mąż podejmuje obowiązki związane z dzieckiem w tym samym stopniu w którym robi to ona. Której mąż rezygnuje z pracy i życia w tym samym stopniu co ona. Której mąż zaangażowaniem zrekompensuje ciążę i karmienie. Bez uciekania się do "ty w domu, ja pracuję bo ja zarabiam więcej". Ile jest takich par?
A opisany w artykuje ojciec dwójki który chciałby mieć trzecie i narzeka, że żona się nie zgadza, gdyby przeszedł przez poród i laktację, może by ugryzł się w język i stwierdził że to on jest szczęściarzem, bo urodził się mężczyzną i może się cieszyć rodzicielstwem bez doświadczania tych przyjemności.
Myślę: A co, zdaniem autora powinni panowie mieć jakiś sposób na zmuszenie żony do urodzenia? Żeby nie "musieli prosić"? Im to tak łatwo powiedzieć "chcę dziecko". Przecież to ona ponosi biologiczne i społeczne koszty przyjścia na świat potomstwa.
Poza tym, jak kobieta chce dziecko a mężczyzna się nie zgadza, to ona też go do tego nie zmusi. Wystarczy że on założy gumkę i po temacie. Inna sprawa, fakt że kobiecie jest łatwiej okłamać. Znam takie przypadki że "pigułka zawiodła" niby przypadkiem.
W obu wariantach sprawdza się to, że trzeba sobie sensownie dobierać partnera/kę. Według wspólnych celów i wspólnej etyki.
Jak bym była złośliwa to bym powiedziała, że szczęściarą to jest każda kobieta, której mąż podejmuje obowiązki związane z dzieckiem w tym samym stopniu w którym robi to ona. Której mąż rezygnuje z pracy i życia w tym samym stopniu co ona. Której mąż zaangażowaniem zrekompensuje ciążę i karmienie. Bez uciekania się do "ty w domu, ja pracuję bo ja zarabiam więcej". Ile jest takich par?
A opisany w artykuje ojciec dwójki który chciałby mieć trzecie i narzeka, że żona się nie zgadza, gdyby przeszedł przez poród i laktację, może by ugryzł się w język i stwierdził że to on jest szczęściarzem, bo urodził się mężczyzną i może się cieszyć rodzicielstwem bez doświadczania tych przyjemności.
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Religia rodziny
Alan Rudawy w komencie do innego posta wkleił taki oto cytat, bardzo trafny:
Rozmowa ze Zbigniewem Mikołejką w Wysokich Obcasach:
Rozmowa ze Zbigniewem Mikołejką w Wysokich Obcasach:
"A rodzina gwarantuje szczęście?
To złudzenie. Szczególnie w Polsce, gdzie rodzina jest często konstruktem ideologicznym. Deklarujemy więc nagminnie, we wszelkich badaniach i wywiadach, że jest dla nas najwyższą wartością, lecz w praktyce łatwo się ją porzuca, np. dla emigracji, stosuje przemoc, oszukuje.
Okopanie się w rodzinie jest "obudowane" przy tym krzepko dyskursem kościelnym - opartym na prostackiej, bezdyskusyjnej tezie, że rodzina jest najważniejsza, bez względu na to, jaka by była. Tworzy się więc jakaś obłudna religia rodziny. Nie wolno na nią narzekać, a w jej imię wolno przekraczać wszelkie normy moralne i odwracać się od powinności zbiorowych.
Za wszelką cenę staramy się zatem osiągnąć szczęście rodzinne, lecz osiągnięte - okazuje się nadbudowane na strasznej pustce. Bo rodzina jest często pustą twierdzą. To świat zewnętrzny - ideologiczny wymóg szczęścia narzucanego przez masowe społeczeństwo - nią dyryguje. Powstają tysiące identycznych rodzin z identycznymi przedmiotami, z mniej lub bardziej skrywaną niechęcią - jeśli nie wrogością - wzajemną. Niepotrafiące ze sobą rozmawiać. Czy pani wie, że przeciętna polska rodzina rozmawia z dzieckiem siedem minut dziennie?! Powstają rodziny, które różnią się tylko wielkością plazmy i długością samochodu. To zresztą znamienne - w reklamach nie ma rodzin wielodzietnych i niepełnych, nie ma samotnych matek. A wszelkie kłopoty da się natychmiast rozwiązać poprzez kupno proszku do prania albo pastylek od bólu głowy. I co tu zrobić? Chyba tylko się upić.
Jedyny ratunek tkwi w odrzuceniu przekonania, że rodzina jest jedyną, absolutną wartością. I uznaniu, że oprócz niej istnieją inne wartości: praca, przyjaźń, solidarność, otwartość na innego, obowiązek społeczny, uczestnictwo w kulturze."
niedziela, 30 stycznia 2011
Dlaczego TRWAM w objęciach lwa?
Pisałam już o tym, ale przypomnę. Zainspirował mnie Tygodnik Powszechny artykułem "W objęciach lwa" z dramatyczną diagnozą na temat przemocy domowej wobec kobiet. Kobiet, które, bite i poniżane, najczęściej nie uciekają od oprawcy, ale przez dziesięciolecia trwają przy nim. Dlaczego?
W moim mieście (wojewódzkim), w parafii pod znamiennym wezwaniem Świętej Rodziny, w czasie kazania ksiądz gloryfikował postawę żony, która (podobnie jak dzieci) była przez wiele lat bita przez męża, ale nigdy nie zadzwoniła na policję, nie odeszła, tylko, wg. kaznodziei "uświęciła się". Moi dyskutanci, ludzie dwudziestoparoletni, wykształceni, mieszkańcy milionowej metropolii, członkowie neokatechumenatu, w rozmowie o takich sytuacjach piszą: "Bijącemu żonę mężowi nie należy się miłość, nie zasługuje na nią? Jeśli ktoś przysięgał miłość do końca życia, nie może zostawić niewygodnego męża, kij z nim, i iść tam, gdzie przyjemnie i wygodnie." (źródło) "Dzieci, jeśli będą pouczone o co chodzi w chrześcijaństwie, będą podziwiały matkę za to że trwa przy tacie POMIMO WSZYSTKO, że miłość to nie polega na tym że jak mi źle to sie odwracam tyłkiem i idę w swoją stronę, tylko miłość to trwanie do końca, nawet w cierpieniu, tego uczy chrześcijaństwo." (źródło)
W Kościele rzadko kiedy usłyszymy, że maltretowane kobiety (czy mężowie, bo i tacy są) mają prawo do tego, by uciec od przemocy i chronić przed nią swoje dzieci. Przeciwnie - powszechnym (greckie słowo katholikos oznacza "powszechny") zjawiskiem jest parcie na zachowanie więzi sakramentalnej kosztem kolosalnego cierpienia uwikłanych w nią ludzi.
Propaganda ta posługuje się manipulacją zabarwieniem emocjonalnym używanych pojęć. To nie on-kat jest nieludzkim okrutnikiem, to ona-ofiara jest hedonistka, wygodnicka i niewierna przysiędze.
Za źródła takiej propagandy oficjalnie podawane są takie wartości jak jedność małżeństwa, wierność przysiędze, "świętość rodziny". Tymczasem jeśli człowiek jako osoba jest wartością, to rodzina nie jest czymś dobrym z założenia, ale tylko wtedy, gdy służy dobru należących do niej osób. WSZYSTKICH. A nie tylko realizacji potrzeb dominującego w niej osobnika, najsilniejszego fizycznie i/lub społecznie i/lub ekonomicznie, zwykle mężczyzny. To utrzymanie tej władzy jest celem takich przekazów.
Zaś wmawianie "Musisz dźwigać krzyż, który Bóg położył ci na ramiona" to szatanizm: tworzenie obrazu Boga, jest sadystą bezsensownie obciążającym i zobowiązującym człowieka do poddania się katu, Boga który stoi po stronie silnych i okrutnych:
"Bóg uważa za słuszne, że
w objęciach lwa".
W moim mieście (wojewódzkim), w parafii pod znamiennym wezwaniem Świętej Rodziny, w czasie kazania ksiądz gloryfikował postawę żony, która (podobnie jak dzieci) była przez wiele lat bita przez męża, ale nigdy nie zadzwoniła na policję, nie odeszła, tylko, wg. kaznodziei "uświęciła się". Moi dyskutanci, ludzie dwudziestoparoletni, wykształceni, mieszkańcy milionowej metropolii, członkowie neokatechumenatu, w rozmowie o takich sytuacjach piszą: "Bijącemu żonę mężowi nie należy się miłość, nie zasługuje na nią? Jeśli ktoś przysięgał miłość do końca życia, nie może zostawić niewygodnego męża, kij z nim, i iść tam, gdzie przyjemnie i wygodnie." (źródło) "Dzieci, jeśli będą pouczone o co chodzi w chrześcijaństwie, będą podziwiały matkę za to że trwa przy tacie POMIMO WSZYSTKO, że miłość to nie polega na tym że jak mi źle to sie odwracam tyłkiem i idę w swoją stronę, tylko miłość to trwanie do końca, nawet w cierpieniu, tego uczy chrześcijaństwo." (źródło)
W Kościele rzadko kiedy usłyszymy, że maltretowane kobiety (czy mężowie, bo i tacy są) mają prawo do tego, by uciec od przemocy i chronić przed nią swoje dzieci. Przeciwnie - powszechnym (greckie słowo katholikos oznacza "powszechny") zjawiskiem jest parcie na zachowanie więzi sakramentalnej kosztem kolosalnego cierpienia uwikłanych w nią ludzi.
Propaganda ta posługuje się manipulacją zabarwieniem emocjonalnym używanych pojęć. To nie on-kat jest nieludzkim okrutnikiem, to ona-ofiara jest hedonistka, wygodnicka i niewierna przysiędze.
Za źródła takiej propagandy oficjalnie podawane są takie wartości jak jedność małżeństwa, wierność przysiędze, "świętość rodziny". Tymczasem jeśli człowiek jako osoba jest wartością, to rodzina nie jest czymś dobrym z założenia, ale tylko wtedy, gdy służy dobru należących do niej osób. WSZYSTKICH. A nie tylko realizacji potrzeb dominującego w niej osobnika, najsilniejszego fizycznie i/lub społecznie i/lub ekonomicznie, zwykle mężczyzny. To utrzymanie tej władzy jest celem takich przekazów.
Zaś wmawianie "Musisz dźwigać krzyż, który Bóg położył ci na ramiona" to szatanizm: tworzenie obrazu Boga, jest sadystą bezsensownie obciążającym i zobowiązującym człowieka do poddania się katu, Boga który stoi po stronie silnych i okrutnych:
"Bóg uważa za słuszne, że
w objęciach lwa".
piątek, 21 stycznia 2011
Wewnętrzna sprawa Chin
W komentarzach do mojego poprzedniego posta Vasquez przytoczyła artykuł napisany przez mieszkającą w UK Chinkę o tym, jak chińscy rodzice wychowują dzieci. Dla tych którzy nie chcą się przebijać przez anglojęzyczny text, w skrócie:
1. Rodzice "zachodni" bardzo się martwią o wiarę w siebie swych dzieci, więc chwalą sukcesy i nie koncentrują się na porażkach. Piątka minus to powód do pochwały. Dla chińskich rodziców wszystko poniżej piątki to tragedia i należy ćwiczyć tak długo aż dziecko będzie miało wyłącznie piątki. Autorka twierdzi że wynika to z wiary rodzica że dziecko da radę, zatem "nie ma mowy o niszczeniu wiary w siebie dziecka", nawet jeśli standardowym narzędziem wymuszania większego wysiłku jest nazywanie dziecka, "śmieciem", "głupim, bezwartościowym, niewdzięcznym" i "leniem".
2. "Chińskie dzieci mają obowiązek spędzić swe życie odpłacając swoim rodzicom [za ich starania] poprzez posłuszeństwo i dawanie im powodów do dumy." Zaś zachodni rodzice nie uważają, że "im się od dzieci należy wszystko". Mąż autorki mówi: "Dzieci nie wybierają rodziców. Nawet nie decydują się na to by przyszły na świat. Rodzice narzucają dzieciom życie, więc odpowiedzialnością rodziców jest zapewnić im byt. Dzieci nic nie są winne rodzicom. Ich obowiązkiem będą ich własne dzieci". [Pogląd, pod którym, jako matka, podpisuję się obiema rękami].
3. "Chińscy rodzice wierzą że wiedzą, co jest najlepsze dla ich dzieci i dlatego narzucają im swoje potrzeby i preferencje". To oni wybierają w czym mają się doskonalić ich dzieci i wymuszają na nich wielogodzinne codzienne ćwiczenia. Młodym natomiast nie wolno mieć chłopaka/dziewczyny, uczestniczyć w imprezach czy wyjazdach zakładających nocowanie poza domem, uczestniczyć w szkolnym teatrze jeśli nie jest to wola ich rodziców, oraz narzekać na te ograniczenia. Autorka twierdzi, że co prawda jej córki pozbawione są zabaw, ale jeśli na skutek ćwiczeń osiągną perfekcję w narzuconej im dziedzinie (tu: gra na fortepianie i skrzypcach) to odnajdą przyjemność w tymże graniu i inne przyjemności nie będą im potrzebne.
"Nie zrozumcie mnie źle. To nie tak że chińscy rodzice nie dbają o dzieci. Odwrotnie. Wszystko by dla nich poświęcili. To tylko kompletnie odwrotny model rodzicielstwa". "Każdy porządny rodzic chce zrobić co najlepsze dla swych dzieci. Chińscy rodzice mają tylko zupełnie inne pojęcie, jak to robić".
Czytam to wszystko ze zgrozą i obrzydzeniem i widzę, że dokładnie o tym śpiewa cytowany w poprzednim poście Clawfinger, tylko ubrane w gładkie słowa, nadające podejściu pozór cywilizowanego. Przecież cię kocham, dbam o ciebie, ileż ja poświęciłem, nie dyskutuj, rób co każę. Totalny horror.
Chińscy rodzice wymagają od dzieci by miały doskonałe oceny, a jeśli nie mają - oznacza to że dziecko nie starało się wystarczająco. Uważają że słuszną i skuteczną metodą na to jest zawstydzanie i karanie. Dzięki nabytym w takim wychowaniu umiejętnościom i "wierze w siebie" dzieci mają podobnież świetnie sobie radzić w życiu zawodowym.
A przecież krzywa Gaussa jest nieubłagana. Najlepszych jest niewielki odsetek, większość jest przeciętnych. Nie ma takiej możliwości by wszyscy byli najlepsi. Logiczne, nie? Ale widać to jest Europejska logika, w Chinach najwyraźniej obowiązuje jakaś inna.
Nigdy nie przyjmowałam takiego założenia, że wszystkie kultury są równe. Nie dam się zwieść zatem gładkim słówkom o innym modelu i innych metodach dochodzenia do tego samego celu, bo nie każdy cel uświęca środki. Miarą wartości danej kultury jest dla mnie jej zdolność do kształtowania empatii, która jest podstawą etyki. Empatia i poszanowanie dla indywidualności i podmiotowości, których dziecko doświadcza w dzieciństwie, powodują że samo będzie empatyczne i szanujące. To stąd wynika postęp moralny w kulturze Zachodu, o którym już pisałam. Zaś zaprezentowana w artykule chińska socjalizacja wytwarza kulturę w której prawa człowieka są powszechnie łamane. W której nie ma miejsca na sprzeciw wobec takich zjawisk jak cenzura internetu, brak wolności religijnej, dzieciobójstwo dziewczynek oraz potomstwa mniejszości narodowych. "Brak tolerancji wobec jakiegokolwiek sprzeciwu wobec rządu. Grupy dysydentów są rutynowo aresztowane i więzione, często przez długi okres czasu i bez procesu." "Wolność zgromadzania się i stowarzyszania się jest niezwykle ograniczona."
"Chiński wymiar sprawiedliwości nie zna zasady domniemania niewinności ani niezawisłości sędziowskiej. Proces sądowy w Chinach nie jest rzetelny, nagminnie stosowane są w nim tortury jako środek dowodowy. Przepisy prawa karnego są niejasne. Władze często stosują przetrzymywanie więźniów bez procesu sądowego nawet do czterech lat. W chińskich więzieniach, obozach pracy przymusowej i aresztach administracyjnych nagminnie i za przyzwoleniem władz stosowane są tortury i inne formy nieludzkiego i poniżającego traktowania, zarówno w celu wymuszenia zeznań, jak i po skazaniu. W chińskich obozach pracy więźniowie zmuszani są do pracy niewolniczej, także przy produkcji towarów eksportowych, na której zarabia rząd i władze lokalne. Chiny są światowym liderem w zakresie stosowania kary śmierci..."
1. Rodzice "zachodni" bardzo się martwią o wiarę w siebie swych dzieci, więc chwalą sukcesy i nie koncentrują się na porażkach. Piątka minus to powód do pochwały. Dla chińskich rodziców wszystko poniżej piątki to tragedia i należy ćwiczyć tak długo aż dziecko będzie miało wyłącznie piątki. Autorka twierdzi że wynika to z wiary rodzica że dziecko da radę, zatem "nie ma mowy o niszczeniu wiary w siebie dziecka", nawet jeśli standardowym narzędziem wymuszania większego wysiłku jest nazywanie dziecka, "śmieciem", "głupim, bezwartościowym, niewdzięcznym" i "leniem".
2. "Chińskie dzieci mają obowiązek spędzić swe życie odpłacając swoim rodzicom [za ich starania] poprzez posłuszeństwo i dawanie im powodów do dumy." Zaś zachodni rodzice nie uważają, że "im się od dzieci należy wszystko". Mąż autorki mówi: "Dzieci nie wybierają rodziców. Nawet nie decydują się na to by przyszły na świat. Rodzice narzucają dzieciom życie, więc odpowiedzialnością rodziców jest zapewnić im byt. Dzieci nic nie są winne rodzicom. Ich obowiązkiem będą ich własne dzieci". [Pogląd, pod którym, jako matka, podpisuję się obiema rękami].
3. "Chińscy rodzice wierzą że wiedzą, co jest najlepsze dla ich dzieci i dlatego narzucają im swoje potrzeby i preferencje". To oni wybierają w czym mają się doskonalić ich dzieci i wymuszają na nich wielogodzinne codzienne ćwiczenia. Młodym natomiast nie wolno mieć chłopaka/dziewczyny, uczestniczyć w imprezach czy wyjazdach zakładających nocowanie poza domem, uczestniczyć w szkolnym teatrze jeśli nie jest to wola ich rodziców, oraz narzekać na te ograniczenia. Autorka twierdzi, że co prawda jej córki pozbawione są zabaw, ale jeśli na skutek ćwiczeń osiągną perfekcję w narzuconej im dziedzinie (tu: gra na fortepianie i skrzypcach) to odnajdą przyjemność w tymże graniu i inne przyjemności nie będą im potrzebne.
"Nie zrozumcie mnie źle. To nie tak że chińscy rodzice nie dbają o dzieci. Odwrotnie. Wszystko by dla nich poświęcili. To tylko kompletnie odwrotny model rodzicielstwa". "Każdy porządny rodzic chce zrobić co najlepsze dla swych dzieci. Chińscy rodzice mają tylko zupełnie inne pojęcie, jak to robić".
Czytam to wszystko ze zgrozą i obrzydzeniem i widzę, że dokładnie o tym śpiewa cytowany w poprzednim poście Clawfinger, tylko ubrane w gładkie słowa, nadające podejściu pozór cywilizowanego. Przecież cię kocham, dbam o ciebie, ileż ja poświęciłem, nie dyskutuj, rób co każę. Totalny horror.
Chińscy rodzice wymagają od dzieci by miały doskonałe oceny, a jeśli nie mają - oznacza to że dziecko nie starało się wystarczająco. Uważają że słuszną i skuteczną metodą na to jest zawstydzanie i karanie. Dzięki nabytym w takim wychowaniu umiejętnościom i "wierze w siebie" dzieci mają podobnież świetnie sobie radzić w życiu zawodowym.
A przecież krzywa Gaussa jest nieubłagana. Najlepszych jest niewielki odsetek, większość jest przeciętnych. Nie ma takiej możliwości by wszyscy byli najlepsi. Logiczne, nie? Ale widać to jest Europejska logika, w Chinach najwyraźniej obowiązuje jakaś inna.
Nigdy nie przyjmowałam takiego założenia, że wszystkie kultury są równe. Nie dam się zwieść zatem gładkim słówkom o innym modelu i innych metodach dochodzenia do tego samego celu, bo nie każdy cel uświęca środki. Miarą wartości danej kultury jest dla mnie jej zdolność do kształtowania empatii, która jest podstawą etyki. Empatia i poszanowanie dla indywidualności i podmiotowości, których dziecko doświadcza w dzieciństwie, powodują że samo będzie empatyczne i szanujące. To stąd wynika postęp moralny w kulturze Zachodu, o którym już pisałam. Zaś zaprezentowana w artykule chińska socjalizacja wytwarza kulturę w której prawa człowieka są powszechnie łamane. W której nie ma miejsca na sprzeciw wobec takich zjawisk jak cenzura internetu, brak wolności religijnej, dzieciobójstwo dziewczynek oraz potomstwa mniejszości narodowych. "Brak tolerancji wobec jakiegokolwiek sprzeciwu wobec rządu. Grupy dysydentów są rutynowo aresztowane i więzione, często przez długi okres czasu i bez procesu." "Wolność zgromadzania się i stowarzyszania się jest niezwykle ograniczona."
"Chiński wymiar sprawiedliwości nie zna zasady domniemania niewinności ani niezawisłości sędziowskiej. Proces sądowy w Chinach nie jest rzetelny, nagminnie stosowane są w nim tortury jako środek dowodowy. Przepisy prawa karnego są niejasne. Władze często stosują przetrzymywanie więźniów bez procesu sądowego nawet do czterech lat. W chińskich więzieniach, obozach pracy przymusowej i aresztach administracyjnych nagminnie i za przyzwoleniem władz stosowane są tortury i inne formy nieludzkiego i poniżającego traktowania, zarówno w celu wymuszenia zeznań, jak i po skazaniu. W chińskich obozach pracy więźniowie zmuszani są do pracy niewolniczej, także przy produkcji towarów eksportowych, na której zarabia rząd i władze lokalne. Chiny są światowym liderem w zakresie stosowania kary śmierci..."
czwartek, 20 stycznia 2011
Zarządzanie frustracją
Nie rób tego nie rób tamtego
nigdy nie odpowiadaj
nie mów z jedzeniem w ustach
po prostu bądź cicho kiedy mówią dorośli
nie jestem wredny jestem po prostu uczciwy
bo naprawdę dbam o ciebie
wiesz że cię kocham
więc zamknij mordę
masz po prostu robić to co każę
(Do what I say, Clawfinger)
Psychologia rozwojowa dawno już rozpoznała takie proste zjawisko, że dziecko traktowane autorytarnie, zmuszane do wykonywania nakazów i zakazów bez uzasadnień, dziecko którego rodzice nie zadają sobie trudu tłumaczenia mu dlaczego i po co warto lub nie warto robić tego czy tamtego, nabiera przeświadczenia, że rzeczywistością rządzą nie obiektywne zjawiska, prawa fizyki i psychiki, ale wola silniejszego. Takie dziecko będzie potem dążyć nie do życia w harmonii z otoczeniem, ale do zdobycia nad nim władzy, jako jedynej znanej mu metody zaspokojenia swoich potrzeb.
Poniosłem koszty żeby cię dobrze wychować
zrobiłem wszystko co w mej mocy
więc nie waż się kiedykolwiek mówić
że nigdy o ciebie nie dbałem
Jesteś za duży by płakać
jesteś za mały by wiedzieć
ale jak dorośniesz zrozumiesz
jesteś mój posiadam cię
patrz na mnie mówię do ciebie
nie mów do mnie takim tonem
zamknij pysk
masz po prostu robić to co mówię
(Do what I say, Clawfinger)
Myślę o tym, kiedy w różnych przekazach marketingowych co chwila natykam się na "zarządzanie". Zarządzać można teraz już wszystkim. Jakością, zasobami ludzkimi... Jest zarządzanie różnorodnością, zarządzanie zmianą, zarządzanie konfliktem, nawet zarządzanie kryzysem. W jaki target utrafia ten przekaz? Kogo tak kusi to słodkie słowo? Młodych gniewnych w krawatach, których podmiotowości rodzice nie szanowali, którzy byli pomiatani i upokorzeni w dzieciństwie, więc teraz chcą sami pomiatać i upokarzać? Jaki rodzaj ludzi pcha się na stołki w urzędach i korporacjach???
... Jeśli cię kiedykolwiek uderzyłem
to dlatego że musiałem
zrobiłeś źle i zasługujesz na karę
musisz zapłacić
... Ciesz się tym co masz
nie mów że jesteś samotny
powinieneś się cieszyć że masz dom
patrz mi w oczy, musisz zrozumieć
ustanawiam zasady dla twojego dobra
musisz robić to co mówię
(Do what I say, Clawfinger)
Ten mały chłopiec w piosence Clawfinger powtarza zatem w refrenie: "Kiedy dorosnę, przyjdzie dzień, kiedy wszyscy będą musieli robić to co ja każę. Po mojemu".
when i grow up there will be a day
when everybody has to do what i say
when i grow up there will be a day
when everybody has to do it my way
wtorek, 28 grudnia 2010
Wbiję ci wiarę w tyłek kijem
Ja rozumiem, każdy ma swoją wrażliwość i prawo do niej. Aż po granice absurdu. Ale czy poza granice etyki?
Środowiska katolickie, sam episkopat, poświęcają niewiarygodne ilości energii sprawie ochrony embrionów. Walka z in vitro i aborcją w imię ochrony kilkunastokomórkowych istot, nieświadomych i nieczujących, ale - jak twierdzą - będących ludźmi z pełnią praw, prowadzona jest także na płaszczyźnie polityczno-ustawodawczej. Wyznawcy tych poglądów mają do nich prawo i mają też prawo do działania na rzecz ochrony tych, którzy "nie mając głosu, sami się bronić nie mogą".
Te same środowiska, ten sam episkopat, wypowiadają się zarazem przeciwko ochronie dzieci, które jako i ryby głosu nie mają - dzieci już urodzonych. Krytykując nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, biskupi twierdzą, że przepisy zakazujące bicia dzieci, poniżania ich, krytykowania (w tym krytykowania zachowań sexualnych), "narusza wolność jednostki i autonomię rodziny" oraz w "prawo rodziców do wychowania dzieci według wyznawanych zasad", które nazywają "niezbywalną wartością".
Jakiej "jednostki" wolność jest tu zagrożona? Wolność maltretowanego dziecka? Nie, wolność maltretującego rodzica. "Autonomia rodziny" jest tak wysoką wartością, że w jej obronie można tolerować przemoc wobec słabszych osób rodzinę tworzących. Czyli o co tu chodzi? O patriarchalną władzę. Polska Federacja Ruchów Obrony Życia, czyli antyaborcjoniści, piszą w swoim proteście, że to "Utrudnianie wychowania dzieci poprzez obniżanie rangi władzy rodzicielskiej". Wreszcie nazwali zatem sprawę po imieniu. Wolą, by prawo nie chroniło słabszych, bo wtedy agresywni tatusiowie bez przeszkód sobie swoją dominację wyegzekwują, paskiem i kijem.
Biskupi i katoliccy działacze twierdzą, że wypowiadają się w obronie "dobra rodziny". Pytanie tylko - jakiej? Rodziny dobrze funkcjonującej bronić nie muszą. Tam wszystko odbywa się bowiem tak, jak powinno, i nikt nie będzie tam musiał interweniować. Oni są za zachowaniem status quo w rodzinach, w których "dobro rodziny" jest równoznaczne z interesem najsilniejszego w niej osobnika - patriarchy. "Państwo to ja"; "rodzina" to wola i władza ojca. Dlatego próba ograniczenia tej władzy tak ich niepokoi.
"Rodzina jest wartością", twierdzą, ale gdyby naprawdę tak myśleli, to nie przyszłoby im do głowy protestować przeciwko ustawie przeciwdziałającej przemocy. Bo przemoc to najgorsze zło jakie istnieje wśród ludzi. Zwłaszcza wśród ludzi bliskich, zwłaszcza w rodzinie. Ich jednak bardziej przeraża to, że ktoś mógłby nie być pod kontrolą. Zachowywać się nie tak, jak to oni określili w przykazaniach i przepisach. Może nawet myśleć samodzielnie. Ich nie brzydzi przemoc i okrucieństwo. Ich przeraża wolność.
Wolność, w imieniu której pozornie występują. "Wolność jednostki". Tak jakby dziecko, nastolatek nie był jednostką. Jednostką, dodajmy, praktycznie wobec rodziców bezbronną: słabszą fizycznie, zależną ekonomicznie.
Ten strach przed tym, by dzieci posiadały prawa, nie wprost wyraził bp Stefanek w rozmowie dla Radia Maryja: "młodociani członkowie rodziny mogą zgłaszać swoje roszczenia wobec rodziców, prosząc o interwencję pracownika socjalnego." Co za kapryśni gówniarze, mają czelność chcieć żeby ich nie bito i nie poniżano. Biskupa przeraża możliwość zaniku patriarchatu: "Ustawa zatem próbuje wpłynąć na zmianę relacji międzyludzkich, a co za tym idzie - usiłuje wprowadzić nowy ład cywilizacyjny, dodajmy: bardzo niebezpieczny, burzący elementarne zasady życia społecznego." Jednym słowem - podstawową zasadą wspólnot międzyludzkich jest dla biskupa władza, kontrola i nieograniczana przemoc fizyczna i psychiczna silnych, zazwyczaj mężczyzn, nad słabszymi, zazwyczaj kobietami i dziećmi.
Bp. Stefanek: "Jeżeli relacje międzyludzkie w rodzinie będą się opierać wyłącznie na podejrzliwości, chęci dominowania, na wysuwaniu najrozmaitszych żądań, to cóż to będzie za społeczeństwo?" Zarazem "chęć dominowania" i "wysuwanie żądań" jest okay jeśli robią to rodzice: zdaniem wspomnianych antyaborcjonistów ustawa to "tworzenie przepisów służących zmniejszeniu ich [rodziców] wpływu na dzieci [= "chęć dominowania"], zgodnie z którymi niemal wszystkie ich oczekiwania [="wysuwane żądania"] będą mogły być zakwestionowane jako mogące spowodować problemy psychiczne czy poniżanie dziecka".
Czy oni się boją, że dziecko nie zmuszone do posłuszeństwa, nie złamane w swym poczuciu podmiotowości przez przemoc i poniżenie, nie przejmie ich jedynie słusznej religii? Albo owszem, będzie wierzyć, ale myśleć samodzielnie i kwestionować władzę i nieomylność hierarchii?
Ale oficjalnie, to opowiadają, że "Rodzina jest wspólnotą życia i miłości, opartą na wyborze serca, rozbudowywaną przez przyjęcie dzieci, ich wychowanie i wzajemną ofiarną miłość." (bp Stefanek) Tak jakby nie było rodzin, w których dzieci są bite, doprowadzane do chorób psychicznych, kalectwa lub śmierci. Skąd w nich ta ślepota na rzeczywistość? Czy to nadmierny idealizm? Czy to po prostu żądza władzy, władzy, władzy???
Środowiska katolickie, sam episkopat, poświęcają niewiarygodne ilości energii sprawie ochrony embrionów. Walka z in vitro i aborcją w imię ochrony kilkunastokomórkowych istot, nieświadomych i nieczujących, ale - jak twierdzą - będących ludźmi z pełnią praw, prowadzona jest także na płaszczyźnie polityczno-ustawodawczej. Wyznawcy tych poglądów mają do nich prawo i mają też prawo do działania na rzecz ochrony tych, którzy "nie mając głosu, sami się bronić nie mogą".
Te same środowiska, ten sam episkopat, wypowiadają się zarazem przeciwko ochronie dzieci, które jako i ryby głosu nie mają - dzieci już urodzonych. Krytykując nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, biskupi twierdzą, że przepisy zakazujące bicia dzieci, poniżania ich, krytykowania (w tym krytykowania zachowań sexualnych), "narusza wolność jednostki i autonomię rodziny" oraz w "prawo rodziców do wychowania dzieci według wyznawanych zasad", które nazywają "niezbywalną wartością".
Jakiej "jednostki" wolność jest tu zagrożona? Wolność maltretowanego dziecka? Nie, wolność maltretującego rodzica. "Autonomia rodziny" jest tak wysoką wartością, że w jej obronie można tolerować przemoc wobec słabszych osób rodzinę tworzących. Czyli o co tu chodzi? O patriarchalną władzę. Polska Federacja Ruchów Obrony Życia, czyli antyaborcjoniści, piszą w swoim proteście, że to "Utrudnianie wychowania dzieci poprzez obniżanie rangi władzy rodzicielskiej". Wreszcie nazwali zatem sprawę po imieniu. Wolą, by prawo nie chroniło słabszych, bo wtedy agresywni tatusiowie bez przeszkód sobie swoją dominację wyegzekwują, paskiem i kijem.
Biskupi i katoliccy działacze twierdzą, że wypowiadają się w obronie "dobra rodziny". Pytanie tylko - jakiej? Rodziny dobrze funkcjonującej bronić nie muszą. Tam wszystko odbywa się bowiem tak, jak powinno, i nikt nie będzie tam musiał interweniować. Oni są za zachowaniem status quo w rodzinach, w których "dobro rodziny" jest równoznaczne z interesem najsilniejszego w niej osobnika - patriarchy. "Państwo to ja"; "rodzina" to wola i władza ojca. Dlatego próba ograniczenia tej władzy tak ich niepokoi.
"Rodzina jest wartością", twierdzą, ale gdyby naprawdę tak myśleli, to nie przyszłoby im do głowy protestować przeciwko ustawie przeciwdziałającej przemocy. Bo przemoc to najgorsze zło jakie istnieje wśród ludzi. Zwłaszcza wśród ludzi bliskich, zwłaszcza w rodzinie. Ich jednak bardziej przeraża to, że ktoś mógłby nie być pod kontrolą. Zachowywać się nie tak, jak to oni określili w przykazaniach i przepisach. Może nawet myśleć samodzielnie. Ich nie brzydzi przemoc i okrucieństwo. Ich przeraża wolność.
Wolność, w imieniu której pozornie występują. "Wolność jednostki". Tak jakby dziecko, nastolatek nie był jednostką. Jednostką, dodajmy, praktycznie wobec rodziców bezbronną: słabszą fizycznie, zależną ekonomicznie.
Ten strach przed tym, by dzieci posiadały prawa, nie wprost wyraził bp Stefanek w rozmowie dla Radia Maryja: "młodociani członkowie rodziny mogą zgłaszać swoje roszczenia wobec rodziców, prosząc o interwencję pracownika socjalnego." Co za kapryśni gówniarze, mają czelność chcieć żeby ich nie bito i nie poniżano. Biskupa przeraża możliwość zaniku patriarchatu: "Ustawa zatem próbuje wpłynąć na zmianę relacji międzyludzkich, a co za tym idzie - usiłuje wprowadzić nowy ład cywilizacyjny, dodajmy: bardzo niebezpieczny, burzący elementarne zasady życia społecznego." Jednym słowem - podstawową zasadą wspólnot międzyludzkich jest dla biskupa władza, kontrola i nieograniczana przemoc fizyczna i psychiczna silnych, zazwyczaj mężczyzn, nad słabszymi, zazwyczaj kobietami i dziećmi.
Bp. Stefanek: "Jeżeli relacje międzyludzkie w rodzinie będą się opierać wyłącznie na podejrzliwości, chęci dominowania, na wysuwaniu najrozmaitszych żądań, to cóż to będzie za społeczeństwo?" Zarazem "chęć dominowania" i "wysuwanie żądań" jest okay jeśli robią to rodzice: zdaniem wspomnianych antyaborcjonistów ustawa to "tworzenie przepisów służących zmniejszeniu ich [rodziców] wpływu na dzieci [= "chęć dominowania"], zgodnie z którymi niemal wszystkie ich oczekiwania [="wysuwane żądania"] będą mogły być zakwestionowane jako mogące spowodować problemy psychiczne czy poniżanie dziecka".
Czy oni się boją, że dziecko nie zmuszone do posłuszeństwa, nie złamane w swym poczuciu podmiotowości przez przemoc i poniżenie, nie przejmie ich jedynie słusznej religii? Albo owszem, będzie wierzyć, ale myśleć samodzielnie i kwestionować władzę i nieomylność hierarchii?
Ale oficjalnie, to opowiadają, że "Rodzina jest wspólnotą życia i miłości, opartą na wyborze serca, rozbudowywaną przez przyjęcie dzieci, ich wychowanie i wzajemną ofiarną miłość." (bp Stefanek) Tak jakby nie było rodzin, w których dzieci są bite, doprowadzane do chorób psychicznych, kalectwa lub śmierci. Skąd w nich ta ślepota na rzeczywistość? Czy to nadmierny idealizm? Czy to po prostu żądza władzy, władzy, władzy???
piątek, 4 czerwca 2010
Kościół zezwolił na prezerwatywę!!!
Jedyny "godziwy" sex to taki, w którym nasienie trafia do dróg rodnych kobiety - tak wygląda etyka małżeńska Kościoła Katolickiego. Inne formy współżycia, jako nie mogące doprowadzić do poczęcia, są zabronione. Zaś sprzeciw wobec in vitro jako istotny element zawiera niezgodę na pozyskanie nasienia do zapłodnienia pozaustrojowego: wszak musi się to odbyć poprzez masturbację, fuj. Są co prawda w Kościele ludzie tacy jak ojciec Knotz, który głosi że sex oralny jest dopuszczalny, no ale pod warunkiem że tuż przed lub po był sex "normalny" - umożliwiający rozpłód. Ta ideologia, nakierowana na podporządkowywanie kobiet mężczyznom i zwiększanie ilości wyznawców jedynie słusznej religii, ubierana jest w poetyckie pierdoły w stylu "prawdziwie ludzki kontekst aktu małżeńskiego", "Komunia cielesna, psychiczna i duchowa" (zwłaszcza tam, gdzie pijany mąż wcześniej dał wpierdol żonie, która nie chciała dać mu d..., bo był dzień płodny).
In vitro jest zabronione, ale okazuje się że, zgodnie z orzeczeniem Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa Służby Zdrowia, dozwolona jest medyczna sztuczna inseminacja. Niemniej, muszą zostać spełnione warunki: wytrysk nasienia do pochwy. Amerykańscy biskupi zalecają zatem, aby w celu pozyskania nasienia na czas stosunku założyć prezerwatywę. Aby nie była to grzeszna antykoncepcja, w prezerwatywie robi się dziurkę, by część nasienia wypłynęła do dróg rodnych. Część która zostaje wewnątrz używa się do inseminacji. Nie ma masturbacji ani antykoncepcji.
Czytałam iż starożytni Izraelici wykazywali się podobnym sprytem, by obejść przepisy Prawa Mojżeszowego, ale tak by pozostać w zgodzie z jego literą. Np. zabroniona była praca, w tym i podróżowanie, w szabat. Wyjątkiem była podróż wodą (trudno jej zaprzestać na pełnym morzu). Więc pobożny Żyd, gdy potrzebował jednak jechać dokądś w szabat, wsiadał na wóz i wstawiał nogi do miski z wodą. Pomysł z dziurką w prezerwatywie wydaje mi się podobny metodologicznie.
Tylko jak zalane spermą muszą być rowki mózgów, które siedzą w zakurzonych watykańskich bibliotekach i nie mając pojęcia o prawdziwym życiu wymyślają tak tragicznie żałosne rzeczy, które potem niszczą życie milionom ludzi.
In vitro jest zabronione, ale okazuje się że, zgodnie z orzeczeniem Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa Służby Zdrowia, dozwolona jest medyczna sztuczna inseminacja. Niemniej, muszą zostać spełnione warunki: wytrysk nasienia do pochwy. Amerykańscy biskupi zalecają zatem, aby w celu pozyskania nasienia na czas stosunku założyć prezerwatywę. Aby nie była to grzeszna antykoncepcja, w prezerwatywie robi się dziurkę, by część nasienia wypłynęła do dróg rodnych. Część która zostaje wewnątrz używa się do inseminacji. Nie ma masturbacji ani antykoncepcji.
Czytałam iż starożytni Izraelici wykazywali się podobnym sprytem, by obejść przepisy Prawa Mojżeszowego, ale tak by pozostać w zgodzie z jego literą. Np. zabroniona była praca, w tym i podróżowanie, w szabat. Wyjątkiem była podróż wodą (trudno jej zaprzestać na pełnym morzu). Więc pobożny Żyd, gdy potrzebował jednak jechać dokądś w szabat, wsiadał na wóz i wstawiał nogi do miski z wodą. Pomysł z dziurką w prezerwatywie wydaje mi się podobny metodologicznie.
Tylko jak zalane spermą muszą być rowki mózgów, które siedzą w zakurzonych watykańskich bibliotekach i nie mając pojęcia o prawdziwym życiu wymyślają tak tragicznie żałosne rzeczy, które potem niszczą życie milionom ludzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







;-). 