siewnia memów - dla wszystkich, ale szczególnie dla Was Ludzie których kocham, a którzy jesteście czasem tak daleko...
Zapraszam również na mój blog motocyklowy
środa, 5 lutego 2014
Dziwka ze śrubokrętem w dłoni...
Eric Tretbar, twórca kina niezależnego, scenarzysta i reżyser "Girl Meets Bike". Więcej świetnych opowieści Erika w wywiadzie który z nim przeprowadziłam dla MotoRmanii.
czwartek, 28 listopada 2013
"Wyścig" - zachwycający dramat psychologiczny
Póki jest jeszcze w kinie, koniecznie idźcie zobaczyć - nie z DVD, nie z torrenta, ale na dużym ekranie. Te zdjęcia i ta muzyka zasługują na to by na zacnym sprzęcie oglądać je i słuchać.
Nie trzeba być wkręconym w Formułę 1, żeby zachwycić się tym filmem. Wiem, bo ja nie jestem, a mimo to ten de facto dramat psychologiczny naprawdę mnie porwał.
Tu: trailer najbardziej psychologiczny z kilku oficjalnych
A tu - ten bardziej "wyścigowy"
Jest to opowieść o prawdziwych osobach i zdarzeniach z lat 70., z minimalnymi tylko przesunięciami, moim zdaniem bardzo dobrze zrobionymi by wyakcentować sens tego, co się wydarzyło i czego doświadczyli bohaterowie. Jeśli nie znacie tej historii, nie czytajcie o niej przed obejrzeniem filmu, żeby móc głębiej ją przeżyć, bo pokazana jest wspaniale, a ci z jej uczestników, którzy nadal żyją, potwierdzają tę opinię. Film ten opowiada o ludziach, ich charakterach i wzajemnych relacjach, o niezwykłym kontraście osobowości i postaw Niki Laudy i Jamesa Hunta, rywalizujących o mistrzostwo w F1, a w pierwotnym scenariuszu nie było scen wyścigów, bo autor Peter Morgan zakładał że będzie to niskobudżetowa, artystyczna produkcja. Na szczęście ktoś uwierzył w tę wizję bardziej niż twórca i powstał obraz przepiękny wizualnie, z absolutnie genialną muzyką Hansa Zimmera ("Incepcja"!!!), której od tygodnia słucham w kółko. Aktorzy również z górnej półki: Chris Hemsworth, Olivia Wilde ("13-tka" z "Dr House"); oczy człowieka który wcielił się w rolę Niki Laudy wydawały mi się znajome, lecz dopiero po zajrzeniu do Wikipedii ogarnęłam, że to odtwórca głównych ról z "Good Bye Lenin" i "Edukatorzy", w rzeczywistości całkiem urodziwy Daniel Brühl (szacun za charakteryzację i wiernie odtworzoną mimikę, sposób mówienia i tę szajbę w oczach!)
W pewien sposób ta opowieść potwierdza moją obserwację już dawno temu poczynioną, że życie jest niesamowicie ciekawe i przeplata ludzkie losy w sposób tak "filmowy", że aż trudno uwierzyć że zdarzyło się to naprawdę. Co więcej, gdyby nie zdarzyło się naprawdę, scenarzyście w tak nieprawdopodobny sposób splątanej fabuły litościwie doradzilibyśmy, by zajął się pisaniem telenowel brazylijskich. A to jednak życie! Reżyser Ron Howard potrafił bez żadnego zbędnego patosu pokazać piękno i dramat tej historii tak, że wielu z oglądających film dużych chłopców nie tylko ma łzy w oczach, ale też mają potem odwagę przyznać się do tego.
Historia jest prawdziwa, odtworzona z dbałością o szczegóły, tak jak użycie dokładnie tego, prawdziwego odcinka toru Nürburgring do sfilmowania kraksy tam, gdzie naprawdę miała miejsce, czy też pozyskanie oryginalnych pojazdów - McLarena Jamesa Hunta, oraz jednego z Ferrari Niki Laudy z sezonu 1976, by zagrały w filmie same siebie. Jakość tej prawdziwości i jej zobrazowania potwierdza zaangażowanie w tworzenie filmu uczestników tamtych zdarzeń. Tylko dwa dla przykładu: Alastair Caldwell, w 1976 roku szef zespołu McLarena, odtworzony na ekranie przez aktora Stephena Mangana, w filmie gra rolę przedstawiciela FIA. Guy Edwards, który z narażeniem życia ratował Niki Laudę z płonącego wraku jego bolida, zagrany został w tej dramatycznej scenie przez swego syna Seana. 26-letni Sean w obecnym sezonie najprawdopodobniej zostałby mistrzem Porsche Supercup, ale zginął na skutek wypadku podczas jazd testowych na torze, dwa dni po premierze "Wyścigu"... Samochód uderzył w bandę i stanął w płomieniach... Przedziwnie się przeplata ta rzeczywistość z rzeczywistością.
Po obejrzeniu filmu - (naprawdę, dopiero po!!! bo tu spoiler na spoilerze i nie chodzi mi bynajmniej o skrzydła bolidów) polecam gorąco tę stronę: History vs. Hollywood - Rush z zestawieniem faktów historycznych i wierności ich odtworzenia. Są tam archiwalne zdjęcia i nagrania zarówno z toru, jak i rozmowy i wywiady, a także współcześnie zarejestrowane wspomnienia żyjących uczestników tamtych zdarzeń i okoliczności powstawania filmu. Szczególnie polecam ten materiał o współpracy bohatera tej historii z jego filmowym odtwórcą.
PS. Ta scena kiedy Niki i Marlene łapią stopa. Ci Włosi którzy ich zabierają. Czadowa! Taka mała rzecz a tak cieszy :-)
PS.2. Bardziej niż kraksa rozwalił mnie szpital. Bardziej niż szpital - początek wyścigu pod górą Fuji. Mimo, że teoretycznie powinnam być bardzo już dużym chłopcem.
środa, 8 maja 2013
Wake up, Neo.
To, że aplikacja "budzik" znajduje się w katalogu "ulubione" w komurze to jest jakiś upiorny, ironiczny chichot Matrixa.
PS. Na marginesie:
piątek, 21 grudnia 2012
Wachowskis wymiatają!!!
Dziesięć lat później Siblings (bo już nie Braza) Łoczaski znów zredefiniowali kino na kolejną dekadę.
Znów antysystemowi i postmodernistyczni. Znów odważni, inwestujący czas i kasę w ogromny projekt, zrobiony nie tak by koszty się zwróciły, ale tak żeby wyrazić dokładnie to, co chcą wyrazić.
Słuchałam bicia jego serca.
Serca Czystokrwistych biją wolniej niż sług.
To mnie uspokaja.
I will never let you go again.
"Atlas Chmur". W kinach.
.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Premium Rush - Ride Like Hell
Wszystkim, którzy szkalowali dobre imię kurierów rowerowych :-P, polecam gorąco obejrzenie tego oto filmu:
Premium Rush - hipetrafna apologia zarówno kunsztu, jak i etosu kuriera, który w swej torbie wiezie ludzkie życie. Od którego odwagi, zwinności, rzetelności i niezłomności zależy jak potoczą się ważne sprawy konkretnych osób. Oczywiście, na codzień kurierzy spełniają swoją służbę w mniej problematycznych okolicznościach. Nawet jeśli zazwyczaj nasze losy nie ważą się tak dramatycznie w jednym momencie, to i tak nasza biografia jest sumą mniejszych i większych ważnych spraw, które z ufnością można powierzyć posłańcom na dwóch kółkach.
Poprzednio polecałam tu dokument o Alleycatach. Mój ulubieniec Krzyś z Dredami, który kilka lat latał na rowerze w pilnych sprawach, moich i innych szczecinian, tak skrótowo określił wrażenia z "Line of Sight": "Cały czas ściśnięte poślady" (mówiąc po ludzku, bez przerwy organiczny strach, że krzywda stanie się bohaterom reportażu).
Ja dużo bardziej bałam się oglądając "Premium Rush", mimo że to historia fikcyjna, ale o człowieku tak prawdziwym, jak ci chłopcy z Goniec Szczecin, którym w biurze NCDC wręczałam przesyłki. Bałam się, bo wiem, że na alleycatach ludzie nie giną, natomiast tracą życie w pracy, w czasie robienia kursów. Stąd strach o losy bohatera (który prócz zasadzek nowojorskiej dżungli miejskiej musiał pokonać dwóch policjantów, dobrego i złego, a do tego jeszcze nie potrafiącego słuchać kolegę po fachu). W głównej roli mój ulubieniec, Joe Gordon-Levitt, największy wymiatacz kunsztu aktorskiego w światowym kinie (IMHO). Jest taki dobry w tym co robi, bo kocha to robić i angażuje się całym sobą w odtwarzane role. Wybiera te, które go inspirują, dlatego częściej zobaczymy go w niskobudżetowym kinie niezależnym niż w dużych produkcjach, chociaż i w takich może działać, i czasem to robi (Incepcja), ale z zachowaniem kryterium pierwszego.
Intryga kryminalna na szczęście nie przysłania głównego tematu, czyli uroków i udręki kurierowania w ogromnej metropolii. Wspaniałe wizualnie ujęcia oraz rozkminy prześlizgiwania się pomiędzy samochodami, ciężarówkami, autobusami i pieszymi - wgniatają w fotel. Dwa kółka dobrze, cztery kółka źle, mięczakom mówimy zdecydowane nie. :-P
piątek, 9 listopada 2012
Gymkhana i gymkhaniści 2012 - you're my head, you're my heart.
Proszę!!! oglądać w full HD i na full screenie. (po to się chrzaniłam z tymi dużymi plikami żeby było można).
Tym żyłam przez ostatni sezon.
Na moim blogu motocyklowym pod tymże klipem jest objaśnienie kto jest kim i co się dzieje w poszczególnych kadrach - bo podobno za szybko się zmieniają ;-) (mi się ten montaż wydaje z każdym obejrzeniem za mało dynamiczny... ;-)
niedziela, 21 października 2012
"Wielka ucieczka na północ"
Więcej fotek z planu filmu "Wielka ucieczka na północ" - zapraszam na galerię.
Yurga - operator kamery. Nie wiem czy piękniejszy on, czy zdjęcia które robi.
(FYI: tym aparatem kręci się filmy. Yurga zaś jest mistrzem zarówno fotografii nieruchomej jak i filmu)
poniedziałek, 8 października 2012
Szczecin czasów wojny...
wtorek, 24 lipca 2012
Szkoła jest po to by skończyć szkołę... (don't be fool, quit the school, 4)
- Od teraz będziecie brać udział w starannie zaplanowanych, zaaprobowanych przez Ministerstwo lekcjach obrony przed czarną magią. Słucham?
- Tu nie ma nic o używaniu zaklęć obronnych?
- Używanie zaklęć? No cóż, nie potrafię sobie wyobrazić dlaczego mielibyście używać zaklęć w mojej klasie.
- Nie będziemy używać magii?
- Będziecie się uczyć o zaklęciach obronnych w bezpieczny, pozbawiony ryzyka sposób.
- I na co to komu? Jak zostaniemy zaatakowani, to nie będzie pozbawione ryzyka!
- Uczniowie mają podnosić rękę jeśli chcą coś powiedzieć na mojej lekcji! Taki jest pogląd Ministerstwa, że wiedza teoretyczna będzie wystarczająca abyście zdali egzaminy, które, koniec końców, są tym, o co chodzi w szkole.
- A jak teoria ma nas przygotować na to, co jest poza szkołą?
- Moja droga, poza szkołą nic nie ma.
To jest właśnie to, co tłumaczyłam kiedyś zadufanym w sobie przedstawicielom miejskiego wydziału oświaty na spotkaniu przedstawicieli IT, miasta i szkolnictwa. Ludzie z biznesu od dwóch godzin mówili, że szkoła i uczelnia nie tylko nie daje absolwentom wiedzy zawodowej, i że z tym się już pogodzili, że pracowników szkolą sami; ale nie daje im nawet wiedzy ogólnej o świecie, znajomości języka, orientacji czym jest PIT a czym VAT. Pani urzędniczka zabrawszy głos wygłosiła najpierw obowiązkową laudację na temat dyrektorki wydziału (tak jak kiedyś w każdej pracy naukowej musiał być co najmniej jeden cytat z Lenina) i powiedziała, że przecież szczecińska oświata ma wspaniałe osiągnięcia, bo uczniowie wygrywają olimpiady i dostają dobre stopnie z examinów końcowych. Wstałam wtedy i mówię, że funkcjonariusze oświaty nie wychodzą z zamkniętego pudełka swych szkół: przekazują szkolną wiedzę, którą sprawdzają szkolnymi examinami i wystawiają za to szkolne stopnie. A potem taki kandydat wychodzi na zewnątrz i oblewa examin życia na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej: nauczył się bowiem mnóstwa rzeczy, ale nic, co by mu się przydało w życiu.
Ale zdał był maturę, bo o to chodzi w szkole. A poza szkołą nic nie ma. Ta powyższa scena z "Zakonu Fenixa" jest genialna.
I jeśli ktoś ma wątpliwości, to musi podnieść rękę, żeby móc je wyrazić. W razie czego, nie udzieli mu się głosu. Regulamin: pkt 1. - nauczyciel ma zawsze rację. Pkt 2. Gdyby nie miał racji, patrz pkt. 1.
Poza szkołą nic nie ma. Poza Kościołem nie ma zbawienia. Poza Matrixem nic nie istnieje, a on bardzo się stara, by zniewoleni przez system nie dowiedzieli się o tym. Pisałam już o tym tutaj.
Harry tłumaczył to potem na pierwszym spotkaniu Armii Dumbledora - grupy uczniów, których podjął się sam uczyć praktycznej obrony przed czarną magią:
- Stawienie czoła temu w prawdziwym życiu jest inne niż w szkole.
W szkole, jeśli popełnisz błąd, możesz po prostu spróbować zaliczyć jutro.
Ale na zewnątrz... jeśli jesteś o krok od śmierci, bo ktoś chce cię zabić.... albo patrzysz, jak przyjaciel umiera na twoich oczach... Nie macie pojęcia, jak to jest.
W naszych realiach na szczęście nie jest aż tak drastycznie. Nie chodzi o śmierć, ale o życie. By szkoła spełniała hasło tak dumnie widniejące na budynku rektoratu US: "Uczymy się dla życia, nie dla szkoły". Wypisane jest po łacinie, i dobrze, bo chodnik w tym miejscu byłby obsikany ze śmiechu, gdyby ludzie to rozumieli. Z takiego naprawdę gorzkiego śmiechu.
Szkolnictwo ogólne na poziomie podstawowym i średnim, takie jak je teraz mamy, powstało dwieście lat temu by wyposażać młodzież w wiedzę potrzebną do życia. I skostniało w ministerialnie-zaakceptowanym schemacie. Świat zmienił się od tamtego czasu drastycznie, a dzieci nadal walą pamięciówę: historia... geografia... biologia... O podstawach prawa pracy uczą się w inspektoracie lub w sądzie, proste podatki i PIT robi za nich xięgowa której muszą płacić, bo nie nauczyli się tego w szkole. Wybór kredytu robi za nich biuro finansowe, oczywiście nie za darmo. Jeśli potrafią znaleźć informacje w internecie, a potem je ocenić i zweryfikować, to na pewno nie jest zasługa ich nauczycieli. Świat w którym funkcjonują na codzień ogarniają przy pomocy płatnych specjalistów, ale w szkole zajmowali się stolicami krajów latynoamerykańskich i układem krwionośnym żaby.
Przyjaciółka, xięgowa, mówiła mi że praktykanci z US, po 4 latach studiów na kierunku rachunkowość, przychodzą do kancelarii podatkowej na praktyki i nie tylko nie potrafią xięgować. Oni nie potrafią nawet liczyć procentów.
![]() |
| Źródło: Demotywatory |
niedziela, 22 lipca 2012
Tworzyć, czy zakuwać? (Don't be fool, quit the school, 3)
![]() |
| Joanna Newsom |
And I go where the trees go
And I walk from a higher education
And it beats me, but I do not know
It beats me but I do not know
I do not know
I podążam ścieżkami drzew
I odchodzę od wyższego wykształcenia
To uderza we mnie, ale ja o tym nie wiem,
uderza we mnie, ale o tym nie wiem,
nie wiem o tym
![]() |
| Joanna Newsom |
![]() |
| Steven Wilson (Blackfield, Porcupine Tree) |
![]() |
| Joseph Gordon-Levitt |
![]() |
| Jacek Dukaj |
![]() |
| Tomek Bagiński i ja :-) foto: Tomasz Świerczyński, Luminance Studio (dzięki!) |
| Łona. Fot. Pacia |
Łona, i tobie chwała za to, że nie posłuchałeś mamy, której perswazje przytoczyłeś w piosence Raperzy są niedobrzy:
Słuchaj co mówię , przecież jestem twoją matką
Nie zaprzeczysz faktom, to najzwyklejsze szczeniactwo
Rzuć to, zajmij się wreszcie edukacją
Synu, zajmij się czymś, słyszę codziennie od nowa
A ja nie narzekam mamo na brak zainteresowań
Cieszę się, widząc twoją troskę o moją przyszłość
To nie jest sposób mamo, by nawiązać dialog
Jeszcze nikomu się to siłą nie udało
Porozumienia zero
Stosunki między nami, jak 10 lat temu między jedną i drugą Koreą
Dzięki twej asertywności i sile woli mamy dziś w szczecińskiej i polskiej kulturze zbiory najcelnieszych i najgenialniej wyrażonych obserwacji psychologicznych i społecznych - twoje płyty. (Tutaj pisałam już za co kocham Łonę - za geniusz i skromność, za złośliwość i delikatność...)
Na koniec jeszcze raz przepiękna Joanna:
And you laws of property
Oh, you free economy
And you unending afterthoughts
You could've told me before
Never get so attached to a poem
You forget truth that lacks lyricism
Never draw so close to the heat
That you forget that you must eat.
I wy, prawa własności,
ty, wolny rynku,
i wy niekończące się reflexje a posteriori
trzeba było mi wcześniej powiedzieć
Nigdy nie przywiązuj się tak do wiersza
by zapomnieć prawdę pozbawioną liryzmu
nigdy nie daj się wciągnąć w żar
tak bardzo że zapominasz że musisz jeść.
Jak widać na powyższych przykładach, da się mieć co jeść tworząc z pożytkiem dla ludzkości sztukę najwyższej klasy, nie ukończywszy jednakowoż w tym celu ostatniej klasy.
Zawsze warto być najpierw wiernym sobie.
poniedziałek, 16 lipca 2012
Incepcja, nieśmiertelna
![]() |
| Joe Gordon-Levitt :-) |
Inni bohaterowie drugoplanowi też są świetnie skonstruowani, w zasadzie każdy z nich, ze szczególnym uwzględnieniem hiperbystrego, złośliwego Brytola, fałszerza Eamesa :-)
Muzyka jest obłędna i generowała mi niegdyś tu opisane odmienne stany świadomości. Słuchałam jej jeżdżąc na motocyklu i przestałam bo było to zbyt niebezpieczne. (niedawno o tym pisałam)
Właśnie któregoś dnia puszczałam Kryonizemu tę muzę, a on jak zwykle sceptyczny i uprzedzony do dzieł kultury podobających się szerszym gronom, mówi drwiąco: "teraz ci źli gonią tych dobrych". Wtedy zdałam sobie sprawę że to jest film w którym nie ma negatywnych postaci. Zarówno dokonujący skoku złodzieje á rebours ("podkładacze") jaki i ich mocodawca Saito są "dobrymi przestępcami" ale dobry jest również ten na którego "napadają" czyli Robert Fisher. Jedyną mało pozytywną osobą jest apodyktyczny, surowy i zimny emocjonalnie ojciec Roberta, przedsięborca Maurice Fisher; nie czyni on jednak intencjonalnego zła, po prostu jak wielu ojców tamtego pokolenia nie potrafił emocjonalnie kochać swojego dziecka, bo nie miał takiego wzorca.
Poczytajcie wpis Urszuli, szczególnie zaś polecam opisy jej własnych snów, z wpisu i z komentarzy. Kto tam zajrzy znajdzie też opis mojego bardzo frojdystycznego snu z młodości ;-)
czwartek, 5 lipca 2012
Ludzie bez matury/magistra zmieniają świat (Don't be fool, quit the school, 2)
![]() |
| Richard Branson |
Kolejnym "dzieckiem" Virgin jest Sex Pistols, którego nikt inny nie chciał wydać... ich debiut, podobnie jak Oldfielda, rozszedł się w nakładzie 5 mln płyt.
Dziś Virgin jest wielkim koncernem, ma sieć komórkową, linię lotniczą, oferuje turystykę kosmiczną... To wszystko powstało dlatego że Branson mając 16 lat ostatecznie rzucił szkołę - z której wcześniej wyrzucano go 18 razy - i zajął się poważnymi rzeczami. Ale nie przestał też robić rzeczy niepoważnych - np. spełnił swoje marzenie i przeleciał balonem z Japonii do Kanady (rekord długości lotu balonem).
| Steve Jobs |
![]() | |
| Sean Parker |
![]() |
| Julian Assange |
Uczył się z 37 szkołach i na 6 uczelniach, studiów nie ukończył.
Dokonania zresztą nie muszą być tak innowacyjne, obywatelskie czy globalne by miały znaczenie dla wielu na codzień... Amancio Ortega, założyciel i właściciel marki odzieżowej Zara, rzucił szkołę mając lat 13. Jego koncern obejmuje teraz Stradivariusa i ileś jeszcze innych marek, a on chodzi w dżinsach, obiady je z pracownikami i nie ma gabinetu.
Ingvar Kamprad stworzył IKEA mając lat 17. W szkole miał problemy z dyslexją, studiów nie skończył. Chwała mu, ten megafunkcjonalny śmietnik który mam w kuchni, genialny w swej prostocie, wyszedł spod jego ręki. I o ile funkcjonuję spokojnie nie korzystając z produktów Gatesa czy Ortegi, to życia bez IKEI sobie nie wyobrażam...
![]() |
| Fred i George Wesley |
.
Fotki: Wikipedia
piątek, 8 kwietnia 2011
Sala samobójców
W filmie "Sala samobójców" oczywiście nie chodzi o to banalne zjawisko że istnieje tylko to co jest na fej zbuku. W nim chodzi o to jak działają relacje. Ale nie jest to powiedziane wprost. Widzimy przyczyny, widzimy efekty, ale sami musimy je połączyć. Lila mi powiedziała: jeśli ktoś ma świadomość mechanizmów działających w rodzinach, w relacjach międzyludzkich - będzie widział, jaki jest związek pomiędzy elementami tej sytuacji. Jeśli nie, będzie dalej nieświadomy - tak jak rodzice Dominika cały czas nie są świadomi tego co się dzieje i jaka jest ich rola w tym co się dzieje.
Jest to też pokolenie które dorastało w PRLu, kiedy papier określał człowieka i jego życie zawodowe aż do emerytury. A zarazem są to ludzie którzy tyrając jak woły wypracowują mnóstwo pieniędzy i nie znają innych metod załatwiania spraw, jak pieniędzmi. Nie mają czasu sprzątać, gotować, załatwiać spraw, więc płacą gospodyni, płacą kierowcy. Kiedy ich syn jest w depresji, kupują usługę psychiatryczną i chcą zapłacić za określony efekt w określonym czasie. Deadline jest konkretny: chłopak jest tuż przed maturą. Więc jeśli provider usługi nie może jej zagwarantować, sięgają po innego. To że ich syn ma depresję, że próbował się zabić, że nie umie się odnaleźć - to są rzeczy dla nich tak nierealne jak kolory dla daltonisty. Im zależy żeby podszedł do examinu i "nie stracił roku". "Strata roku" jest czymś mierzalnym, uchwytnym, mieści się w ich systemie pojęciowym - w przeciwieństwie do "utraty sensu życia". I w konsekwencji - utraty życia.
Ludzie około pięćdziesiątki, ich dziecko ma 18 lat. Ja jestem dokładnie w połowie między tymi pokoleniami. Moja matka, niewiele starsza od państwa Santorskich, powiedziałaby o nich: karierowicze, dorobkiewicze, nowobogaccy. Ale ona w przeciwieństwie do nich nie umiała przejść pozytywnie okresu tranformacji, więc ma resentyment. Ja, kapitalistka, mówię o nich: ludzie skoncentrowani na pracy. Są potrzebni w swoich instytucjach, więc spełniają te potrzeby. Rozumiem obie perspektywy.
Ale jeszcze lepiej rozumiem perspektywę nastoletnich ludzi, dla których dobrobyt jest czymś zastanym i dla których najważniejsze są inne sprawy. Dla mnie też one są najważniejsze. Tylko mi łatwiej odróżnić rzeczywistość wirtualną od real life'u, zwanego teraz oflajnem. Więc może umiałabym odróżnić kiedy to co się dzieje jest prawdziwą śmiercią, od utraty jednego z kolejnych żyć w grze. Odróżnić zgryw odgrywany po to by nagrać go na komórkę od prawdziwego życia i prawdziwej śmierci. Wiedzieć kiedy komórką nagrywać, a kiedy przerwać nagrywanie by zadzwonić po pogotowie ratunkowe.
W ostatniej scenie, pod filmem z komórki umieszczonym na sieci, data. 4 marca 2011. Data premiery filmu. To się dzieje teraz.
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
Nie ma b(l)oga! Jest motór!
Komenty pod ostatnimi trzema postami (tutaj, tutaj i tutaj) rozwierzgały się do niebotycznych rozmiarów. A nawet przeniosły się na dawniejsze wątki (tutaj, tutaj i tutaj).
Wypączki z tej dyskusji zaszły aż do Szwecji, emerytur, efebofilii i wegetarianizmu. Cieszę się że Fej Zbuk nie zabił bloggingu, a jeszcze go wzmocnił, bo dzięki niemu do tego pokoju dyskusyjnego trafiło więcej osób.
Niemniej, jest mi głupio jako pierwszemu poruszycielowi tych dyskusji. Że odrywają was od pracy, że zamiast pomagać ojczyźnie wychodzić z kryzysu bijemy pianę na klawiaturach, że zamiast z przyjaciółmi żoną dziećmi porozmawiać to uprawiamy święte wojny w cyberprzestrzeni. Jest mi głupio że przeze mnie siedzicie w bladym trupim świetle monitorów, w szumie wentylatorów procesorowych i serwerowych, z dłońmi na klawiaturach, zamiast pod błękitem oddychać powietrzem przesyconym złocistymi słonecznymi promieniami, w świergocie ptasząt godujących, a dłońmi raczej trzymać ręce Drugiego Człowieka. Albo manetki motocykla. I mknąć Drogą. W takich sytuacjach łatwiej bowiem Dotknąć Absolutu niż próbując go słowem, logiką, intelektem ogarnąć w cyberprzestrzennych dyskusjach. Doświaczyć tego który jest Drogą Prawdą i Życiem można raczej będąc W Drodze, w Prawdziwym Życiu, teraz nie nazywanym już Real Life'em, ale oflajnem.
Więc, póki ciepło i sucho, porzucam (b)logosferę i znikam do oflajnu. W Drogę. Nie ma b(l)oga! Jest motór!
sobota, 12 lutego 2011
Yurga jest geniuszem
piątek, 3 grudnia 2010
Odmienne stany świadomości
Posłuchajcie:
Słucham tej tu oto muzyki z Incepcji chodząc po mieście. Extaza. Warto było dożyć 2010 roku, żeby to przeżyć.
czwartek, 18 listopada 2010
Być-W-Drodze
Są dwa rodzaje podejścia do przemieszczania się. Dla jednych jest ono straconym czasem, zużytym na to by dostać się z miejsca na miejsce. Najchętniej używaliby teleportacji. Dla innych Bycie-W-Drodze jest esencją istnienia, jego najwyższym stanem.
Życie w pośpiechu nie jest właściwie życiem. "Tam dom twój, gdzie serce twoje". Jeśli człowiek gna na spotkanie, żeby zdobyć klienta, żeby sprzedać mu coś, żeby zarobić, żeby kupić dom na Bahamach - on żyje czymś innym niż robi. Doświadcza swego rodzaju schizofrenii. Niby jest tu, na autostradzie w swoim aucie - ale naprawdę, myślą i sercem jest na tych Bahamach. Za ileś czasu, kiedy już osiągnie swój cel i usiądzie na werandzie tego domku który pół życia budował - może się okazać że marzenie było czymś zupełnie innym niż spełnienie. Że już nie potrafi siedzieć i cieszyć się tym domkiem. Że jest uzależniony od pośpiechu, od adrenaliny. Albo że jest już zbyt stary i zmęczony by cieszyć się czymkolwiek.
Robert Pirsig, pisząc o swoich motocyklowych podróżach bez pośpiechu i bez celu, odkrył dwuznaczność frazy "mieć dobry czas" (=zrobić coś szybko).
Chcemy mieć dobry czas, ale oceniamy go koncentrując się na “dobry” bardziej niż na “czas”, i kiedy tak przesunie się znaczenie, całe podejście się zmienia.Człowiek który żyje w ten sposób - jest tu i teraz. Może nie "osiągnąć" zbyt wiele. "Osiągi" są znów dwuznaczne. Te drogowe/czasowe służą "osiągom" na gruncie finansowym tudzież budowaniu sobie poczucia bezpieczeństwa w oparciu o zabezpieczenia materialne. Ale człowiek, który nie wychodzi (zbyt często) poza tu i teraz, "osiąga" coś niedostępnego dla tych którzy całe życie poświęcają budowaniu zamków na piasku. Ten ktoś żyje już teraz tam gdzie jest - a nie kiedyś tam, za 30 lat, w domku na Bahamach. Albo chociażby nad Miedwiem."Zen czyli sztuka oporządzania motocykla"
Zamkami na piasku są bowiem wszystkie ludzkie dzieła. Mieszkania kupione za 30-letnie niewolnictwo wobec banku i pracodawcy. Konta emerytalne. Dzieci "by miał się mną kto zająć na starość". Przychodzi jeden podmuch wiatru - powódź, krach na giełdzie, atak serca, wypadek - i pokazują, że życie poświęcone dla przyszłości było tylko pasmem bezsensownego wysiłku którego owoców nigdy nie posmakujesz. Szczególnie gdy śpieszysz się na drodze. Śmierć lubi niedospanych, jeżdżących szybko.
O zmianie cywilizacji zachodu w cywilizację pośpiechu mówi kreskówka Pixara "Auta":
Kiedyś podróżowało się całkiem inaczej. 40 lat temu nie było tu tej autostrady. Drogi nie przebijały się na wprost przez góry i doliny, ale wiły się, wznosiły i opadały razem z nimi. Ludziom nie zależało by osiągnąć dobry czas, ale by przeżyć dobry czas.
Obejrzyjcie ją sobie dorośli. To jest film dla was. Tu wklejam fragment który o tym mówi. Pierwsze sześć i pół minuty tego klipu. Może się wam wydać zbyt długi. Ale nie spieszcie się. Dajcie sobie ten czas. Pozwólcie sobie chwilę pożyć.
Widziałam reklamę "Wybierz swoją przyszłość". Ja bym zaś powiedziała "Wybierz swoje życie". Przyszłość może nigdy nie nadejść.
No future.
poniedziałek, 26 lipca 2010
Objąć obcego jak swojego. To w naszej naturze.
A że komercyjne? Dobrze że są firmy mające środki by sponsorować takie arcydzieła sztuki filmowej. Swoją drogą, reklamowana idea przekazana w sposób mistrzowski. Reklama jest wszak odrębną gałęzią sztuki.
piątek, 16 lipca 2010
Fratello Sole, Sorella Luna
Po kilku dłuższych latach wróciłam do tego filmu i mimo że teraz znam dużo dokładniej biografię Franciszka i widzę jakich dramatyzacji i filmizacji dokonał Zefirelli, film nie wydaje mi się już tak naiwny i zhipisiały jak wcześniej. To znaczy - jest wielce hipiczny, ale nie jest to żadne nadużycie :-) Zwłaszcza podoba mi się ten motyw, że kiedy Francesco już zaczyna widzieć, którędy szukać tego czego nie może odnaleźć w mainstreamie mieszczańskiej kultury i obrosłej bogactwem religii, biega po łąkach z makami w ubranku o kolorze denim-jeans-blue :-)Symboliczna wartość kolorów wytworów ludzkich odgrywa zresztą w filmie bardzo istotną dla przekazu rolę. Dobro i prostota są białe, szare lub bure. Chciwość i pycha - pstrokate i złote. Piękna jest scena gdy papież Honoriusz III, siedzący na złotym tronie w złotej bazylice, podźwiguje się i wyzwala spod ciężkiego złotego płaszcza i klęka przed Franciszkiem w białych szatach. Ta chwila jego wolności nie trwa zresztą długo.
Konflikt z Kościołem instytucjonalnym, spersonifikowanym w postaci Gwida, biskupa Asyżu, nie przebiegał wcale tak dramatycznie, nie prowadził do schizmy ubogich czy rozlewu krwi. Gwido w rzeczywistości był wobec Franciszka w porządku i nawet pomógł zorganizować ucieczkę Klary z domu, by się mogła oddać życiu zakonnemu. Zefirelli użył osoby biskupa by pokazać zepsucie Kościoła tamtych (i wielu innych) czasów - uwikłanego w majątek i władzę, szukającego zbytków i zaszczytów, przez co stojącemu w jawnej sprzeczności z głoszoną wszak Ewangelią Chrystusa. W mistrzowskim skrócie pokazuje to scena gdy biskup wścieka się, że musi wstać od suto zastawionego stołu, ale wobec tłumu wiernych krzyczy że oderwano go od modlitwy. Zresztą zarówno Gwido jak i papież nie są ukazani płasko i jednostronnie - raczej jako ludzie których pierwotny zapał i czystość powołania pogubiły się w codziennych problemach zarządzania dużą instytucją.
Zefirelli wiernie przedstawił ideę która prowadziła Franciszka: jego odejście od schematów obowiązujących w otaczającej go kulturze nie było powodowane protestem, ale poczuciem dojmującej pustki, marności i braku spełnienia w tym, co ona oferowała. Franciszek zbyt mocno kochał, zbyt był pokorny, by się buntować, by być przeciw. Co ciekawe, pokora nie oznacza posłuszeństwa. Gdyby był posłuszny ojcu - do czego wszak zobowiązuje dekalog - zostałby po prostu kupcem i spadkobiercą firmy. Nie byłoby zakonu, a perspektywicznie być może i chrześcijaństwa w ogóle. Pokora nie wyklucza się z wiernością sobie i wytrwałością w podążaniu własną ścieżką. Ta wierność, w połączeniu z biorącym się z pokory szacunkiem dla tych którzy idą własnymi ścieżkami, także innymi od mojej, to kwintesencja postawy którą teraz nazywamy liberalną, a która jest kluczowa dla przekazu Jezusa z Nazaretu.
Tu można obejrzeć cały film. Uwaga, między 11 a 12 odcinkiem jest kilkuminutowa dziurka którą można wypełnić oglądając ten fragment od 6:50, a potem ten.
czwartek, 24 czerwca 2010
Powrót do przeszłości
Dlatego z pewnym lękiem wróciliśmy z Dziunem niedawno do trylogii Zemeckisa "Powrót do przyszłości". Okazało się jednak że nie traci ani odrobiny ze swego uroku. Śliczny, szybki, autointertextualny, inteligentnie śmieszny, ogromnie śmieszny film.
Dialog ze scen niewykorzystanych (rok 1955):
Marty McFly: See! That's what I mean - I mean, god! I c-can't believe I'm actually gonna feel up my own mother. You know this is the sort of thing that could screw me up permanently. Well what if I go back to the future and I end up being... gay?
Dr. Emmett Brown: Why shouldn't you be happy?





















.jpg)
