"Jeżeli nie miłujesz brata, którego widzisz, jakże możesz miłować Boga, którego nie widzisz?" (Pierwszy List św. Jana 4,20)
Kilka lat temu duńskie pismo opublikowało karykatury Mahometa. Jak można się było spodziewać, różni przywódcy i wierni muzułmańscy nawoływali do ukarania śmiercią autorów, do zamachów na ludność Danii, a także inne kraje Europy. Protestujący w Londynie nieśli hasła: Europo, twój 11 września nadejdzie, Masakra dla tych, którzy znieważają islam. W zamieszkach w krajach arabskich zginęło kilkadziesiąt osób, spalono kilkanaście kościołów. PiSowski wówczas polski rząd, gdy miał się wypowiedzieć w konflikcie między wolnością słowa a religią, stanął po stronie tej drugiej. Także z chrześcijańskich ambon grzmiano: czy nie ma już w Europie żadnych świętości??? Swoją drogą, autorzy karykatur chcieli zadrwić nie z samego Mahometa ale ze stosunku wyznawców do niego. Reakcja muzułmanów potwierdziła boleśnie ich tezę.
Patrząc na to, jak w imię szacunku dla bóstwa jego wyznawcy nawołują do zabijania ludzi, pomyślałam sobie że nie jest prawdą, że w Europie zatracono już szacunek dla wszelkich świętości. Jest takową świętością bowiem człowiek. W kulturze zachodniej - postchrześcijańskiej - już dawno przestano myśleć, że można pozbawić życia istotę ludzką po to, by wymusić na niej i innych okazywanie czci istocie boskiej, lub też pojmowanie tejże istoty w określony sposób. Innymi słowy, za wyznawanie nie tej co trzeba religii, za ateizm, za bluźnierstwo się w Europie nie zabija. To tu wytworzono taki szacunek dla człowieka z jego indywidualnością, że bardziej niż gdziekolwiek indziej przestrzega się tu praw człowieka: do życia, wolności, bezpieczeństwa, nietykalności cielesnej, równości, sprawiedliwego procesu, prywatności, wyboru miejsca życia, wolności myśli, sumienia, wyznania i wyrażania opinii. Nie mówię że w praktyce osiągnięto doskonałość, jest jeszcze dużo do zrobienia, ale nikt nie zrobił tu tak wiele jak społeczeństwa kultury postchrześcijańskiej, tak krytykowane, od zewnątrz, i wewnątrz, za bezbożność.
Podobnież Bóg stworzył człowieka na swój obraz a człowiek odpłacił mu tym samym. Czyli: religie wykreowały taki obraz Boga w którym Bóg jest kimś niezwykle próżnym, łakomym pochwał i uwielbień, pożądającym bogactw i okazałych budynków, kontrolującym i karzącym. Bóg, w którego ja byłabym w stanie uwierzyć emocjonalnie, może byłby smutny słysząc, że Stworzenie się z niego wyśmiewa, ale na pewno nie żądałby dlań śmierci. Bóg w którego mogłabym uwierzyć logicznie, gdyby potrzebował zabić człowieka za bluźnierstwo, ku przestrodze innym, sam by na niego śmierć pokazowo sprowadził, nie dając okazji wykazać się przetesteronizowanym wyznawcom. A Bóg, w którego wierzyłby Dziuny, po prostu nie potrzebuje wyznawców, nie stanowią mu ani modły ani świętokradztwa. Dziuny zresztą powiedziałby, że przypisywanie Bogu smutku, gniewu, czy jakichkolwiek potrzeb jest nieuprawnioną antropomorfizacją.
Obrońcy Allaha, podobnie zresztą jak wielu chrześcijan i wiernych innych wyznań, przypisują swojemu bóstwu własne motywy, wypisują je na sztandarach i pod nimi idą zabijać. Zasłaniając się Bogiem łatwiej się krzywdzi bliźniego, niż gdyby robić to z otwartą przyłbicą.
Ideolodzy religii tak naprawdę nie kochają Boga. Egocentryczni i pełni pychy, przypisują Bogu swoje własne cechy i poglądy, a potem oddają im hołd. Czyli czczą samych siebie. To miłość i afirmacja człowieka, nawet bardzo odmiennego od nas, jest miarą autentycznej miłości do Boga. Kto twierdzi, że kocha Boga, i uważa że w imię tej miłości można krzywdzić człowieka, w rzeczywistości kocha wyłącznie samego siebie.
siewnia memów - dla wszystkich, ale szczególnie dla Was Ludzie których kocham, a którzy jesteście czasem tak daleko...
Zapraszam również na mój blog motocyklowy
Zapraszam również na mój blog motocyklowy: http://motocyklistka.xemantic.com/
niedziela, 23 stycznia 2011
piątek, 21 stycznia 2011
Wewnętrzna sprawa Chin
W komentarzach do mojego poprzedniego posta Vasquez przytoczyła artykuł napisany przez mieszkającą w UK Chinkę o tym, jak chińscy rodzice wychowują dzieci. Dla tych którzy nie chcą się przebijać przez anglojęzyczny text, w skrócie:
1. Rodzice "zachodni" bardzo się martwią o wiarę w siebie swych dzieci, więc chwalą sukcesy i nie koncentrują się na porażkach. Piątka minus to powód do pochwały. Dla chińskich rodziców wszystko poniżej piątki to tragedia i należy ćwiczyć tak długo aż dziecko będzie miało wyłącznie piątki. Autorka twierdzi że wynika to z wiary rodzica że dziecko da radę, zatem "nie ma mowy o niszczeniu wiary w siebie dziecka", nawet jeśli standardowym narzędziem wymuszania większego wysiłku jest nazywanie dziecka, "śmieciem", "głupim, bezwartościowym, niewdzięcznym" i "leniem".
2. "Chińskie dzieci mają obowiązek spędzić swe życie odpłacając swoim rodzicom [za ich starania] poprzez posłuszeństwo i dawanie im powodów do dumy." Zaś zachodni rodzice nie uważają, że "im się od dzieci należy wszystko". Mąż autorki mówi: "Dzieci nie wybierają rodziców. Nawet nie decydują się na to by przyszły na świat. Rodzice narzucają dzieciom życie, więc odpowiedzialnością rodziców jest zapewnić im byt. Dzieci nic nie są winne rodzicom. Ich obowiązkiem będą ich własne dzieci". [Pogląd, pod którym, jako matka, podpisuję się obiema rękami].
3. "Chińscy rodzice wierzą że wiedzą, co jest najlepsze dla ich dzieci i dlatego narzucają im swoje potrzeby i preferencje". To oni wybierają w czym mają się doskonalić ich dzieci i wymuszają na nich wielogodzinne codzienne ćwiczenia. Młodym natomiast nie wolno mieć chłopaka/dziewczyny, uczestniczyć w imprezach czy wyjazdach zakładających nocowanie poza domem, uczestniczyć w szkolnym teatrze jeśli nie jest to wola ich rodziców, oraz narzekać na te ograniczenia. Autorka twierdzi, że co prawda jej córki pozbawione są zabaw, ale jeśli na skutek ćwiczeń osiągną perfekcję w narzuconej im dziedzinie (tu: gra na fortepianie i skrzypcach) to odnajdą przyjemność w tymże graniu i inne przyjemności nie będą im potrzebne.
"Nie zrozumcie mnie źle. To nie tak że chińscy rodzice nie dbają o dzieci. Odwrotnie. Wszystko by dla nich poświęcili. To tylko kompletnie odwrotny model rodzicielstwa". "Każdy porządny rodzic chce zrobić co najlepsze dla swych dzieci. Chińscy rodzice mają tylko zupełnie inne pojęcie, jak to robić".
Czytam to wszystko ze zgrozą i obrzydzeniem i widzę, że dokładnie o tym śpiewa cytowany w poprzednim poście Clawfinger, tylko ubrane w gładkie słowa, nadające podejściu pozór cywilizowanego. Przecież cię kocham, dbam o ciebie, ileż ja poświęciłem, nie dyskutuj, rób co każę. Totalny horror.
Chińscy rodzice wymagają od dzieci by miały doskonałe oceny, a jeśli nie mają - oznacza to że dziecko nie starało się wystarczająco. Uważają że słuszną i skuteczną metodą na to jest zawstydzanie i karanie. Dzięki nabytym w takim wychowaniu umiejętnościom i "wierze w siebie" dzieci mają podobnież świetnie sobie radzić w życiu zawodowym.
A przecież krzywa Gaussa jest nieubłagana. Najlepszych jest niewielki odsetek, większość jest przeciętnych. Nie ma takiej możliwości by wszyscy byli najlepsi. Logiczne, nie? Ale widać to jest Europejska logika, w Chinach najwyraźniej obowiązuje jakaś inna.
Nigdy nie przyjmowałam takiego założenia, że wszystkie kultury są równe. Nie dam się zwieść zatem gładkim słówkom o innym modelu i innych metodach dochodzenia do tego samego celu, bo nie każdy cel uświęca środki. Miarą wartości danej kultury jest dla mnie jej zdolność do kształtowania empatii, która jest podstawą etyki. Empatia i poszanowanie dla indywidualności i podmiotowości, których dziecko doświadcza w dzieciństwie, powodują że samo będzie empatyczne i szanujące. To stąd wynika postęp moralny w kulturze Zachodu, o którym już pisałam. Zaś zaprezentowana w artykule chińska socjalizacja wytwarza kulturę w której prawa człowieka są powszechnie łamane. W której nie ma miejsca na sprzeciw wobec takich zjawisk jak cenzura internetu, brak wolności religijnej, dzieciobójstwo dziewczynek oraz potomstwa mniejszości narodowych. "Brak tolerancji wobec jakiegokolwiek sprzeciwu wobec rządu. Grupy dysydentów są rutynowo aresztowane i więzione, często przez długi okres czasu i bez procesu." "Wolność zgromadzania się i stowarzyszania się jest niezwykle ograniczona."
"Chiński wymiar sprawiedliwości nie zna zasady domniemania niewinności ani niezawisłości sędziowskiej. Proces sądowy w Chinach nie jest rzetelny, nagminnie stosowane są w nim tortury jako środek dowodowy. Przepisy prawa karnego są niejasne. Władze często stosują przetrzymywanie więźniów bez procesu sądowego nawet do czterech lat. W chińskich więzieniach, obozach pracy przymusowej i aresztach administracyjnych nagminnie i za przyzwoleniem władz stosowane są tortury i inne formy nieludzkiego i poniżającego traktowania, zarówno w celu wymuszenia zeznań, jak i po skazaniu. W chińskich obozach pracy więźniowie zmuszani są do pracy niewolniczej, także przy produkcji towarów eksportowych, na której zarabia rząd i władze lokalne. Chiny są światowym liderem w zakresie stosowania kary śmierci..."
1. Rodzice "zachodni" bardzo się martwią o wiarę w siebie swych dzieci, więc chwalą sukcesy i nie koncentrują się na porażkach. Piątka minus to powód do pochwały. Dla chińskich rodziców wszystko poniżej piątki to tragedia i należy ćwiczyć tak długo aż dziecko będzie miało wyłącznie piątki. Autorka twierdzi że wynika to z wiary rodzica że dziecko da radę, zatem "nie ma mowy o niszczeniu wiary w siebie dziecka", nawet jeśli standardowym narzędziem wymuszania większego wysiłku jest nazywanie dziecka, "śmieciem", "głupim, bezwartościowym, niewdzięcznym" i "leniem".
2. "Chińskie dzieci mają obowiązek spędzić swe życie odpłacając swoim rodzicom [za ich starania] poprzez posłuszeństwo i dawanie im powodów do dumy." Zaś zachodni rodzice nie uważają, że "im się od dzieci należy wszystko". Mąż autorki mówi: "Dzieci nie wybierają rodziców. Nawet nie decydują się na to by przyszły na świat. Rodzice narzucają dzieciom życie, więc odpowiedzialnością rodziców jest zapewnić im byt. Dzieci nic nie są winne rodzicom. Ich obowiązkiem będą ich własne dzieci". [Pogląd, pod którym, jako matka, podpisuję się obiema rękami].
3. "Chińscy rodzice wierzą że wiedzą, co jest najlepsze dla ich dzieci i dlatego narzucają im swoje potrzeby i preferencje". To oni wybierają w czym mają się doskonalić ich dzieci i wymuszają na nich wielogodzinne codzienne ćwiczenia. Młodym natomiast nie wolno mieć chłopaka/dziewczyny, uczestniczyć w imprezach czy wyjazdach zakładających nocowanie poza domem, uczestniczyć w szkolnym teatrze jeśli nie jest to wola ich rodziców, oraz narzekać na te ograniczenia. Autorka twierdzi, że co prawda jej córki pozbawione są zabaw, ale jeśli na skutek ćwiczeń osiągną perfekcję w narzuconej im dziedzinie (tu: gra na fortepianie i skrzypcach) to odnajdą przyjemność w tymże graniu i inne przyjemności nie będą im potrzebne.
"Nie zrozumcie mnie źle. To nie tak że chińscy rodzice nie dbają o dzieci. Odwrotnie. Wszystko by dla nich poświęcili. To tylko kompletnie odwrotny model rodzicielstwa". "Każdy porządny rodzic chce zrobić co najlepsze dla swych dzieci. Chińscy rodzice mają tylko zupełnie inne pojęcie, jak to robić".
Czytam to wszystko ze zgrozą i obrzydzeniem i widzę, że dokładnie o tym śpiewa cytowany w poprzednim poście Clawfinger, tylko ubrane w gładkie słowa, nadające podejściu pozór cywilizowanego. Przecież cię kocham, dbam o ciebie, ileż ja poświęciłem, nie dyskutuj, rób co każę. Totalny horror.
Chińscy rodzice wymagają od dzieci by miały doskonałe oceny, a jeśli nie mają - oznacza to że dziecko nie starało się wystarczająco. Uważają że słuszną i skuteczną metodą na to jest zawstydzanie i karanie. Dzięki nabytym w takim wychowaniu umiejętnościom i "wierze w siebie" dzieci mają podobnież świetnie sobie radzić w życiu zawodowym.
A przecież krzywa Gaussa jest nieubłagana. Najlepszych jest niewielki odsetek, większość jest przeciętnych. Nie ma takiej możliwości by wszyscy byli najlepsi. Logiczne, nie? Ale widać to jest Europejska logika, w Chinach najwyraźniej obowiązuje jakaś inna.
Nigdy nie przyjmowałam takiego założenia, że wszystkie kultury są równe. Nie dam się zwieść zatem gładkim słówkom o innym modelu i innych metodach dochodzenia do tego samego celu, bo nie każdy cel uświęca środki. Miarą wartości danej kultury jest dla mnie jej zdolność do kształtowania empatii, która jest podstawą etyki. Empatia i poszanowanie dla indywidualności i podmiotowości, których dziecko doświadcza w dzieciństwie, powodują że samo będzie empatyczne i szanujące. To stąd wynika postęp moralny w kulturze Zachodu, o którym już pisałam. Zaś zaprezentowana w artykule chińska socjalizacja wytwarza kulturę w której prawa człowieka są powszechnie łamane. W której nie ma miejsca na sprzeciw wobec takich zjawisk jak cenzura internetu, brak wolności religijnej, dzieciobójstwo dziewczynek oraz potomstwa mniejszości narodowych. "Brak tolerancji wobec jakiegokolwiek sprzeciwu wobec rządu. Grupy dysydentów są rutynowo aresztowane i więzione, często przez długi okres czasu i bez procesu." "Wolność zgromadzania się i stowarzyszania się jest niezwykle ograniczona."
"Chiński wymiar sprawiedliwości nie zna zasady domniemania niewinności ani niezawisłości sędziowskiej. Proces sądowy w Chinach nie jest rzetelny, nagminnie stosowane są w nim tortury jako środek dowodowy. Przepisy prawa karnego są niejasne. Władze często stosują przetrzymywanie więźniów bez procesu sądowego nawet do czterech lat. W chińskich więzieniach, obozach pracy przymusowej i aresztach administracyjnych nagminnie i za przyzwoleniem władz stosowane są tortury i inne formy nieludzkiego i poniżającego traktowania, zarówno w celu wymuszenia zeznań, jak i po skazaniu. W chińskich obozach pracy więźniowie zmuszani są do pracy niewolniczej, także przy produkcji towarów eksportowych, na której zarabia rząd i władze lokalne. Chiny są światowym liderem w zakresie stosowania kary śmierci..."
czwartek, 20 stycznia 2011
Zarządzanie frustracją
Nie rób tego nie rób tamtego
nigdy nie odpowiadaj
nie mów z jedzeniem w ustach
po prostu bądź cicho kiedy mówią dorośli
nie jestem wredny jestem po prostu uczciwy
bo naprawdę dbam o ciebie
wiesz że cię kocham
więc zamknij mordę
masz po prostu robić to co każę
(Do what I say, Clawfinger)
Psychologia rozwojowa dawno już rozpoznała takie proste zjawisko, że dziecko traktowane autorytarnie, zmuszane do wykonywania nakazów i zakazów bez uzasadnień, dziecko którego rodzice nie zadają sobie trudu tłumaczenia mu dlaczego i po co warto lub nie warto robić tego czy tamtego, nabiera przeświadczenia, że rzeczywistością rządzą nie obiektywne zjawiska, prawa fizyki i psychiki, ale wola silniejszego. Takie dziecko będzie potem dążyć nie do życia w harmonii z otoczeniem, ale do zdobycia nad nim władzy, jako jedynej znanej mu metody zaspokojenia swoich potrzeb.
Poniosłem koszty żeby cię dobrze wychować
zrobiłem wszystko co w mej mocy
więc nie waż się kiedykolwiek mówić
że nigdy o ciebie nie dbałem
Jesteś za duży by płakać
jesteś za mały by wiedzieć
ale jak dorośniesz zrozumiesz
jesteś mój posiadam cię
patrz na mnie mówię do ciebie
nie mów do mnie takim tonem
zamknij pysk
masz po prostu robić to co mówię
(Do what I say, Clawfinger)
Myślę o tym, kiedy w różnych przekazach marketingowych co chwila natykam się na "zarządzanie". Zarządzać można teraz już wszystkim. Jakością, zasobami ludzkimi... Jest zarządzanie różnorodnością, zarządzanie zmianą, zarządzanie konfliktem, nawet zarządzanie kryzysem. W jaki target utrafia ten przekaz? Kogo tak kusi to słodkie słowo? Młodych gniewnych w krawatach, których podmiotowości rodzice nie szanowali, którzy byli pomiatani i upokorzeni w dzieciństwie, więc teraz chcą sami pomiatać i upokarzać? Jaki rodzaj ludzi pcha się na stołki w urzędach i korporacjach???
... Jeśli cię kiedykolwiek uderzyłem
to dlatego że musiałem
zrobiłeś źle i zasługujesz na karę
musisz zapłacić
... Ciesz się tym co masz
nie mów że jesteś samotny
powinieneś się cieszyć że masz dom
patrz mi w oczy, musisz zrozumieć
ustanawiam zasady dla twojego dobra
musisz robić to co mówię
(Do what I say, Clawfinger)
Ten mały chłopiec w piosence Clawfinger powtarza zatem w refrenie: "Kiedy dorosnę, przyjdzie dzień, kiedy wszyscy będą musieli robić to co ja każę. Po mojemu".
when i grow up there will be a day
when everybody has to do what i say
when i grow up there will be a day
when everybody has to do it my way
środa, 29 grudnia 2010
Rządzą nami trumny
Zawsze była mi obca duma z czegoś, na co nie zapracowaliśmy, co nie zależało od naszej woli, ale jedynie loterii urodzeniowej: "bycia białym", "bycia Polakiem", "bycia szlachcicem", bycia dzieckiem bogatych rodziców.
Tymczasem Polak-Katolik oznajmił mi ostatnio z dumą: "Należę do Rodziny Katyńskiej. Najstarszy brat mojej mamy zginął w Katyniu. Jest na liście. Wywieźli go, bo był policjantem przed wojną".
Czyli to taka pycha Schoedingera. Póki nie wiedział - był zwykłym człowiekiem. Teraz wie i jest kimś wielkim - ciotecznym wnukiem nieznanego mu kogoś zastrzelonego przez Sowietów na wiele lat przed jego narodzeniem.
Zresztą, co dla naszego Polaka-Katolika oznacza bycie Polakiem? Nienawiść do Ruskich, Niemców i Żydów. Bo oni nasze dzieci przywiązywali do maszyn oblężniczych pod Głogowem. Bo łagry i lagry. Bo zabili Pana Jezusa. (Żyda).
Rządzą nami trumny.
.
Tymczasem Polak-Katolik oznajmił mi ostatnio z dumą: "Należę do Rodziny Katyńskiej. Najstarszy brat mojej mamy zginął w Katyniu. Jest na liście. Wywieźli go, bo był policjantem przed wojną".
Czyli to taka pycha Schoedingera. Póki nie wiedział - był zwykłym człowiekiem. Teraz wie i jest kimś wielkim - ciotecznym wnukiem nieznanego mu kogoś zastrzelonego przez Sowietów na wiele lat przed jego narodzeniem.
Zresztą, co dla naszego Polaka-Katolika oznacza bycie Polakiem? Nienawiść do Ruskich, Niemców i Żydów. Bo oni nasze dzieci przywiązywali do maszyn oblężniczych pod Głogowem. Bo łagry i lagry. Bo zabili Pana Jezusa. (Żyda).
Rządzą nami trumny.
.
wtorek, 28 grudnia 2010
Wbiję ci wiarę w tyłek kijem
Ja rozumiem, każdy ma swoją wrażliwość i prawo do niej. Aż po granice absurdu. Ale czy poza granice etyki?
Środowiska katolickie, sam episkopat, poświęcają niewiarygodne ilości energii sprawie ochrony embrionów. Walka z in vitro i aborcją w imię ochrony kilkunastokomórkowych istot, nieświadomych i nieczujących, ale - jak twierdzą - będących ludźmi z pełnią praw, prowadzona jest także na płaszczyźnie polityczno-ustawodawczej. Wyznawcy tych poglądów mają do nich prawo i mają też prawo do działania na rzecz ochrony tych, którzy "nie mając głosu, sami się bronić nie mogą".
Te same środowiska, ten sam episkopat, wypowiadają się zarazem przeciwko ochronie dzieci, które jako i ryby głosu nie mają - dzieci już urodzonych. Krytykując nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, biskupi twierdzą, że przepisy zakazujące bicia dzieci, poniżania ich, krytykowania (w tym krytykowania zachowań sexualnych), "narusza wolność jednostki i autonomię rodziny" oraz w "prawo rodziców do wychowania dzieci według wyznawanych zasad", które nazywają "niezbywalną wartością".
Jakiej "jednostki" wolność jest tu zagrożona? Wolność maltretowanego dziecka? Nie, wolność maltretującego rodzica. "Autonomia rodziny" jest tak wysoką wartością, że w jej obronie można tolerować przemoc wobec słabszych osób rodzinę tworzących. Czyli o co tu chodzi? O patriarchalną władzę. Polska Federacja Ruchów Obrony Życia, czyli antyaborcjoniści, piszą w swoim proteście, że to "Utrudnianie wychowania dzieci poprzez obniżanie rangi władzy rodzicielskiej". Wreszcie nazwali zatem sprawę po imieniu. Wolą, by prawo nie chroniło słabszych, bo wtedy agresywni tatusiowie bez przeszkód sobie swoją dominację wyegzekwują, paskiem i kijem.
Biskupi i katoliccy działacze twierdzą, że wypowiadają się w obronie "dobra rodziny". Pytanie tylko - jakiej? Rodziny dobrze funkcjonującej bronić nie muszą. Tam wszystko odbywa się bowiem tak, jak powinno, i nikt nie będzie tam musiał interweniować. Oni są za zachowaniem status quo w rodzinach, w których "dobro rodziny" jest równoznaczne z interesem najsilniejszego w niej osobnika - patriarchy. "Państwo to ja"; "rodzina" to wola i władza ojca. Dlatego próba ograniczenia tej władzy tak ich niepokoi.
"Rodzina jest wartością", twierdzą, ale gdyby naprawdę tak myśleli, to nie przyszłoby im do głowy protestować przeciwko ustawie przeciwdziałającej przemocy. Bo przemoc to najgorsze zło jakie istnieje wśród ludzi. Zwłaszcza wśród ludzi bliskich, zwłaszcza w rodzinie. Ich jednak bardziej przeraża to, że ktoś mógłby nie być pod kontrolą. Zachowywać się nie tak, jak to oni określili w przykazaniach i przepisach. Może nawet myśleć samodzielnie. Ich nie brzydzi przemoc i okrucieństwo. Ich przeraża wolność.
Wolność, w imieniu której pozornie występują. "Wolność jednostki". Tak jakby dziecko, nastolatek nie był jednostką. Jednostką, dodajmy, praktycznie wobec rodziców bezbronną: słabszą fizycznie, zależną ekonomicznie.
Ten strach przed tym, by dzieci posiadały prawa, nie wprost wyraził bp Stefanek w rozmowie dla Radia Maryja: "młodociani członkowie rodziny mogą zgłaszać swoje roszczenia wobec rodziców, prosząc o interwencję pracownika socjalnego." Co za kapryśni gówniarze, mają czelność chcieć żeby ich nie bito i nie poniżano. Biskupa przeraża możliwość zaniku patriarchatu: "Ustawa zatem próbuje wpłynąć na zmianę relacji międzyludzkich, a co za tym idzie - usiłuje wprowadzić nowy ład cywilizacyjny, dodajmy: bardzo niebezpieczny, burzący elementarne zasady życia społecznego." Jednym słowem - podstawową zasadą wspólnot międzyludzkich jest dla biskupa władza, kontrola i nieograniczana przemoc fizyczna i psychiczna silnych, zazwyczaj mężczyzn, nad słabszymi, zazwyczaj kobietami i dziećmi.
Bp. Stefanek: "Jeżeli relacje międzyludzkie w rodzinie będą się opierać wyłącznie na podejrzliwości, chęci dominowania, na wysuwaniu najrozmaitszych żądań, to cóż to będzie za społeczeństwo?" Zarazem "chęć dominowania" i "wysuwanie żądań" jest okay jeśli robią to rodzice: zdaniem wspomnianych antyaborcjonistów ustawa to "tworzenie przepisów służących zmniejszeniu ich [rodziców] wpływu na dzieci [= "chęć dominowania"], zgodnie z którymi niemal wszystkie ich oczekiwania [="wysuwane żądania"] będą mogły być zakwestionowane jako mogące spowodować problemy psychiczne czy poniżanie dziecka".
Czy oni się boją, że dziecko nie zmuszone do posłuszeństwa, nie złamane w swym poczuciu podmiotowości przez przemoc i poniżenie, nie przejmie ich jedynie słusznej religii? Albo owszem, będzie wierzyć, ale myśleć samodzielnie i kwestionować władzę i nieomylność hierarchii?
Ale oficjalnie, to opowiadają, że "Rodzina jest wspólnotą życia i miłości, opartą na wyborze serca, rozbudowywaną przez przyjęcie dzieci, ich wychowanie i wzajemną ofiarną miłość." (bp Stefanek) Tak jakby nie było rodzin, w których dzieci są bite, doprowadzane do chorób psychicznych, kalectwa lub śmierci. Skąd w nich ta ślepota na rzeczywistość? Czy to nadmierny idealizm? Czy to po prostu żądza władzy, władzy, władzy???
Środowiska katolickie, sam episkopat, poświęcają niewiarygodne ilości energii sprawie ochrony embrionów. Walka z in vitro i aborcją w imię ochrony kilkunastokomórkowych istot, nieświadomych i nieczujących, ale - jak twierdzą - będących ludźmi z pełnią praw, prowadzona jest także na płaszczyźnie polityczno-ustawodawczej. Wyznawcy tych poglądów mają do nich prawo i mają też prawo do działania na rzecz ochrony tych, którzy "nie mając głosu, sami się bronić nie mogą".
Te same środowiska, ten sam episkopat, wypowiadają się zarazem przeciwko ochronie dzieci, które jako i ryby głosu nie mają - dzieci już urodzonych. Krytykując nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, biskupi twierdzą, że przepisy zakazujące bicia dzieci, poniżania ich, krytykowania (w tym krytykowania zachowań sexualnych), "narusza wolność jednostki i autonomię rodziny" oraz w "prawo rodziców do wychowania dzieci według wyznawanych zasad", które nazywają "niezbywalną wartością".
Jakiej "jednostki" wolność jest tu zagrożona? Wolność maltretowanego dziecka? Nie, wolność maltretującego rodzica. "Autonomia rodziny" jest tak wysoką wartością, że w jej obronie można tolerować przemoc wobec słabszych osób rodzinę tworzących. Czyli o co tu chodzi? O patriarchalną władzę. Polska Federacja Ruchów Obrony Życia, czyli antyaborcjoniści, piszą w swoim proteście, że to "Utrudnianie wychowania dzieci poprzez obniżanie rangi władzy rodzicielskiej". Wreszcie nazwali zatem sprawę po imieniu. Wolą, by prawo nie chroniło słabszych, bo wtedy agresywni tatusiowie bez przeszkód sobie swoją dominację wyegzekwują, paskiem i kijem.
Biskupi i katoliccy działacze twierdzą, że wypowiadają się w obronie "dobra rodziny". Pytanie tylko - jakiej? Rodziny dobrze funkcjonującej bronić nie muszą. Tam wszystko odbywa się bowiem tak, jak powinno, i nikt nie będzie tam musiał interweniować. Oni są za zachowaniem status quo w rodzinach, w których "dobro rodziny" jest równoznaczne z interesem najsilniejszego w niej osobnika - patriarchy. "Państwo to ja"; "rodzina" to wola i władza ojca. Dlatego próba ograniczenia tej władzy tak ich niepokoi.
"Rodzina jest wartością", twierdzą, ale gdyby naprawdę tak myśleli, to nie przyszłoby im do głowy protestować przeciwko ustawie przeciwdziałającej przemocy. Bo przemoc to najgorsze zło jakie istnieje wśród ludzi. Zwłaszcza wśród ludzi bliskich, zwłaszcza w rodzinie. Ich jednak bardziej przeraża to, że ktoś mógłby nie być pod kontrolą. Zachowywać się nie tak, jak to oni określili w przykazaniach i przepisach. Może nawet myśleć samodzielnie. Ich nie brzydzi przemoc i okrucieństwo. Ich przeraża wolność.
Wolność, w imieniu której pozornie występują. "Wolność jednostki". Tak jakby dziecko, nastolatek nie był jednostką. Jednostką, dodajmy, praktycznie wobec rodziców bezbronną: słabszą fizycznie, zależną ekonomicznie.
Ten strach przed tym, by dzieci posiadały prawa, nie wprost wyraził bp Stefanek w rozmowie dla Radia Maryja: "młodociani członkowie rodziny mogą zgłaszać swoje roszczenia wobec rodziców, prosząc o interwencję pracownika socjalnego." Co za kapryśni gówniarze, mają czelność chcieć żeby ich nie bito i nie poniżano. Biskupa przeraża możliwość zaniku patriarchatu: "Ustawa zatem próbuje wpłynąć na zmianę relacji międzyludzkich, a co za tym idzie - usiłuje wprowadzić nowy ład cywilizacyjny, dodajmy: bardzo niebezpieczny, burzący elementarne zasady życia społecznego." Jednym słowem - podstawową zasadą wspólnot międzyludzkich jest dla biskupa władza, kontrola i nieograniczana przemoc fizyczna i psychiczna silnych, zazwyczaj mężczyzn, nad słabszymi, zazwyczaj kobietami i dziećmi.
Bp. Stefanek: "Jeżeli relacje międzyludzkie w rodzinie będą się opierać wyłącznie na podejrzliwości, chęci dominowania, na wysuwaniu najrozmaitszych żądań, to cóż to będzie za społeczeństwo?" Zarazem "chęć dominowania" i "wysuwanie żądań" jest okay jeśli robią to rodzice: zdaniem wspomnianych antyaborcjonistów ustawa to "tworzenie przepisów służących zmniejszeniu ich [rodziców] wpływu na dzieci [= "chęć dominowania"], zgodnie z którymi niemal wszystkie ich oczekiwania [="wysuwane żądania"] będą mogły być zakwestionowane jako mogące spowodować problemy psychiczne czy poniżanie dziecka".
Czy oni się boją, że dziecko nie zmuszone do posłuszeństwa, nie złamane w swym poczuciu podmiotowości przez przemoc i poniżenie, nie przejmie ich jedynie słusznej religii? Albo owszem, będzie wierzyć, ale myśleć samodzielnie i kwestionować władzę i nieomylność hierarchii?
Ale oficjalnie, to opowiadają, że "Rodzina jest wspólnotą życia i miłości, opartą na wyborze serca, rozbudowywaną przez przyjęcie dzieci, ich wychowanie i wzajemną ofiarną miłość." (bp Stefanek) Tak jakby nie było rodzin, w których dzieci są bite, doprowadzane do chorób psychicznych, kalectwa lub śmierci. Skąd w nich ta ślepota na rzeczywistość? Czy to nadmierny idealizm? Czy to po prostu żądza władzy, władzy, władzy???
piątek, 24 grudnia 2010
"...czas masowych egzekucji..."
Coś się chyba jednak zmienia.
Dwadzieścia lat temu wszyscy ze mnie kpili. A wczoraj w Trójce reportaż o weganach - opowiadają, jak odkryli, że to co jedzą jest zabitym zwierzęciem, jaka była reakcja rodziny i otoczenia. A w blokach reklamowych spot "Karp z lodu" (posłuchaj).
Wierzę, że empatii będzie coraz więcej. Że sto lat temu wyśmiewano się z postulatorów praw dzieci, dwieście lat temu zwolenników praw wyborczych kobiet (m. in. Adama Mickiewicza) nazywano wariatami, trzysta lat temu nieliczni uważali czarnoskórych za ludzi takich jak i biali. Teraz - to społeczne difolty.
Oby za sto lat taką oczywistością stało się włączenie do kręgu empatii także zwierząt.
Dwadzieścia lat temu wszyscy ze mnie kpili. A wczoraj w Trójce reportaż o weganach - opowiadają, jak odkryli, że to co jedzą jest zabitym zwierzęciem, jaka była reakcja rodziny i otoczenia. A w blokach reklamowych spot "Karp z lodu" (posłuchaj).
Wierzę, że empatii będzie coraz więcej. Że sto lat temu wyśmiewano się z postulatorów praw dzieci, dwieście lat temu zwolenników praw wyborczych kobiet (m. in. Adama Mickiewicza) nazywano wariatami, trzysta lat temu nieliczni uważali czarnoskórych za ludzi takich jak i biali. Teraz - to społeczne difolty.
Oby za sto lat taką oczywistością stało się włączenie do kręgu empatii także zwierząt.
środa, 22 grudnia 2010
Umarła świnia, niech żyje świnia!
Ludzie to stworzenia których nie jestem w stanie zrozumieć.


Zabijają na przykład raki, i robią to w bestialski sposób, gotując je żywcem we wrzątku. A potem zjadają. A potem stawiają im pomniki. Jak ten w Ińsku, nad jeziorem, nad którym wczasowałam się w dzieciństwie. Wtedy moi wujowie łapali raki i gotowali je. Trafiłam tam, po 20 latach, w czasie jednej z moich motocyklowych wypraw.
Tadeusz Różewicz pisał, w wierszu "Świniobicie":
No i w moim Ueckerműnde jest taki pomnik - na placu zwanym Świńskim Targiem.


W moim Wrocławiu, w ulicy Stare Jatki, jak głosi tablica, pomnik ku czci zwierząt rzeźnych wystawili "konsumenci".

Tak się zastanawiam: czy ukrzyżowanie Jezusa, a potem wieszanie sobie w mieszkaniach miniaturki nie jest podobne w klimacie?
Stawiamy te pomniki i co? I nic. Hekatomba trwa. Dezerter śpiewał w 1987 roku, i przez ponad 20 lat niewiele się zmieniło:
________________________________________________________


Zabijają na przykład raki, i robią to w bestialski sposób, gotując je żywcem we wrzątku. A potem zjadają. A potem stawiają im pomniki. Jak ten w Ińsku, nad jeziorem, nad którym wczasowałam się w dzieciństwie. Wtedy moi wujowie łapali raki i gotowali je. Trafiłam tam, po 20 latach, w czasie jednej z moich motocyklowych wypraw.
Tadeusz Różewicz pisał, w wierszu "Świniobicie":
jakże te niewinne stworzenia
cierpią w przeczuciu śmierci (...)
więzione dla szlachtuza
często umierają na zawał serca
"świniobicie" łączy się w naszym
kraju z narodzinami i śmiercią
z chrztem pogrzebem
a nawet pierwszą komunią
czytałem w "Polityce" artykuł
o przeszczepianiu serca świni
młodemu człowiekowi
- Dlaczego zdecydował się pan
akurat na serce świni? - pyta dziennikarz -
Ze względu na najodpowiedniejsze rozmiary
- odpowiada doc. Zbigniew Religa (...)
niech żyją wszystkie świnie
zjedzone przez ludzkość
od stworzenia świata!
ileż świńskich serc nerek
ileż świńskich nóżek
zostanie przeszczepionych
do końca XX wieku
jako moralista pytam
czy znajdzie się choć jeden
człowiek, który chorej świni
odda swoje serce mózg
lub nerkę
kiedy ludzkość dojrzeje
do takiej miłości
aby powiedzieć
siostro moja świnio
kiedy wystawimy w Genewie
przed siedzibą narodów zjednoczonych pomnik
świni z prosiętami
Konkurs na pomnik świni
"uważam za otwarty"
No i w moim Ueckerműnde jest taki pomnik - na placu zwanym Świńskim Targiem.


W moim Wrocławiu, w ulicy Stare Jatki, jak głosi tablica, pomnik ku czci zwierząt rzeźnych wystawili "konsumenci".

Tak się zastanawiam: czy ukrzyżowanie Jezusa, a potem wieszanie sobie w mieszkaniach miniaturki nie jest podobne w klimacie?
Stawiamy te pomniki i co? I nic. Hekatomba trwa. Dezerter śpiewał w 1987 roku, i przez ponad 20 lat niewiele się zmieniło:
Niedługo znowu święta
Zabijemy świnię, bo Bóg się rodzi
A jak już się urodzi
To nas oswobodzi
________________________________________________________
Etykiety:
etyka,
fotografie,
literatura,
śmierć,
wegetarianizm
piątek, 3 grudnia 2010
Odmienne stany świadomości
Rozsmarowuje mnie po szorstkiej powierzchni rzeczywistości bezlitośnie jak brzytwa Ockhama.
Posłuchajcie:
Słucham tej tu oto muzyki z Incepcji chodząc po mieście. Extaza. Warto było dożyć 2010 roku, żeby to przeżyć.
Posłuchajcie:
Słucham tej tu oto muzyki z Incepcji chodząc po mieście. Extaza. Warto było dożyć 2010 roku, żeby to przeżyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)